Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

niedziela, 3 lutego 2013

Zimowa pietruszka z parapetu

Ostatnio spotkałam znajomą i rozmowa zeszła na... pietruszkę. Otóż znajoma planuje ją wysiać, bo sklepowa smaku nie ma, a pietruszkę uwielbia po prostu. Pietruszka jednak ma to do siebie, że długo kiełkuje.
Osobiście pietruszki mam spory zapas (zamroziłam i posuszyłam w sezonie), a i w ogródku nieźle sobie radzi, to nigdy listków aromatycznych i zdrowych za wiele.
Przypomniał mi się jednak stary sposób na zimową pietruszkę. Zupełnie wypadł mi z głowy, chociaż do dziś mam obraz pietruszki na maminym oknie. Mama, prócz mrożenia, zawsze miała korzeń pietruszki w słoiku wypełnionym woda i świeże listki np. na przybranie potrawy. Podobno nawet wystarczy tylko sama "główka" korzeniowa pietruszki, czyli to, co zwykle wyrzucamy, bo to stamtąd wyrasta nać. Kładziemy ją na wilgotnej wacie czy ligninie i za jakiś czas nam się zazieleni.
Oczywiście lepsze efekty przeniesie cały korzeń. Można w wodzie, ale szybciej się psuje i więcej zachodu z wymienianiem wody. Łatwiej po prostu posadzić kilka korzeni w stosunkowo wysokiej doniczce tak, by się nie stykały korzenie. I czekać.
Planowałam wstępnie kupić korzenie na ryneczku, ale z powodu nagłego ochłodzenia, o czym już pisałam, i buntu Marty, kupiłam korzenie w markecie. O ile pietruszki luzem miały "główki" poobcinane, to w zestawach włoszczyznowych znalazłam dorodne w całej okazałości, a z jednego korzenie nawet listki zaczynały wyrastać:)

Doniczkę miałam do wyboru jedną, a że korzenie były dosyć długie, to je poobcinałam, od dołu oczywiście. Najważniejsze, by nie uszkodzić sławetnej już tu "główki". No i czekam:)
Taka wiosenna ziemna robotka:)
I jeszcze jedna przy okazji była - rozsadzanie bazylii. Jak już byłam w markecie, to kupiłam doniczkę z bazylią. Gotowiec, wiem, ale jakoś sama jeszcze na sianie bazylii się nie skusiłam. Tylko, że sklepowe wersje są bardzo podpędzane, w doniczkach roślinek gęsto jak licho, więc i szybko padają. Sposób na nie to właśnie rozsadzenie do kilku doniczek. Na początku mogą trochę wyglądać marnie, ale po dwóch dniach zaczną rosnąć z werwą, obiecuję. Tylko uwaga na delikatne bardzo młode łodyżki bazylii, bo łatwo je połamać.


A tym, którzy trzymają kciuki za moje przygody z kiełkami i kiełkownicą spieszę donieść, że kiełki chyba się mają dobrze i niedługo zaczniemy z Marta konsumować:) Będzie święto!
Mieszanka ostra, a poniżej słonecznik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz