Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

środa, 8 stycznia 2014

Domek dla lalek. Historia tego, co miało być prezentem

To był mój pomysł na gwiazdkę - zrobię Marcie domek dla lalek. Z tektury. A gdyby się nie udało - to kupię. Wybór jest ogromny. Ale dwa tygodnie przed świętami Marta z nudów grzebiąca w moich szpargałach (tekturach, bibułach, papierach, klejach) stwierdziła - Mamo, zróbmy domek dla lalek. Z tych kartonów, co je masz na szafie.
To chyba telepatia zadziałała. Albo nieświadomą łączność między molekułami, czy cokolwiek innego niewyjaśnionego.
No i wzięłyśmy się do pracy. Najpierw naoglądałyśmy się zdjęć z internetu własnoręcznie robionych domków, by potem ustalić, jak ma wyglądać nasz. Stanęło na tym, że domek musi mieć kuchnię, salon, łazienkę, pokój dla rodziców, sypialnię, pokój dziecięcy i taras na dachu. Stanęło na trzech kartonach i dobudówce. A że kartony dosyć spore, powstały półpiętra. Oczywiście na wszystkie prowadzą schody. Bez nich ani rusz. Windę proponowałam, drabinę, zjeżdżalnię. Ale uparła się na schody. No to kleiłam je, kleiłam, nawet dwubiegowe wyszły jedne.
Część elementów robiłyśmy razem (m. in. rewelacyjne łóżko piętrowe dla trójki dzieci), część robiłam w spokoju, gdy Marta była w przedszkolu. Nie zawsze to wychodziło mi na dobre, bo po powrocie słyszałam w pokoju wielki ryk - że nie miała być drabina, tylko schody i mam to odklejać, bo ona tak nie chce i już. Chodziło o fajna drabinę na poddasze. Schody się tam już po prostu nie mieściły. Nie dała się przekonać i schody chciała zewnętrzne budować (pomysły to ona ma, ale jak to zrobić, to już nie wie, ja zresztą też:). No i stanęło na tym, że drabina zostaje, ale prowadzi do niej podest i wchodzi się na nią z małego balkonu. Oj, było doklejania, było.
No i miałam nauczkę - bez konsultacji z Martą nie przykleję już żadnego kawałka tektury.
Po oklejeniu pokoju dziecięcego puchatą wykładzina i wzorzystą tapetą (w tej roli kawałek sfilcowanego szalika i papier do pakowania prezentów), doszłyśmy jednak do wniosku, że nie będziemy kolorować ścian, bo się zrobi za pstrokato. Zawiesimy kolorowe zasłonki, położymy dywaniki, zawiesimy obrazki i będzie kolorowo.
Jeszcze sporo pracy przed nami. Na pomoc przeszło Dzieciątko (bo to Ono w moim rodzinnym domu, gdzie spędzaliśmy święta, przynosi prezenty pod choinkę). Marta dostała komplet mebelków do kuchni, salonu i sypialni. Domek, chociaż niedokończony, nabiera wyrazu i gości już przyjmuje:)










5 komentarzy:

  1. Dziękuję, ale to jeszcze nie koniec! Znajome zaczęły wspominać swoje domki z dzieciństwa i podniosły ostro poprzeczkę. Weekend mam więc z głowy. Z nockami. Ale i tak domku z dzieciństwa każdej z nich nie przebiję, bo sentymenty robią swoje. Najważniejsze, że Marcie się podoba, no i że ma swój w nim układ. Jest to zatem nasz idealny, najpiękniejszy, najciekawszy, najsłodszy, najbardziej wyszukany i najefektowniejszy domek na świecie. Przynajmniej na razie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny! Właśnie jestem na etapie przeglądania internetowych inspiracji do domku dla mojej córki:) Mogłaby Pani napisać, jak zrobić takie schody?

    OdpowiedzUsuń
  3. Schody zrobiłam z tektury. Wycięłam dwa identyczne boki, a potem jednakowej długości stopnie w formie "deseczek", oczywiście też z tektury. Sklejałam klejem introligatorskim, ale myślę, ze wikol tez spokojnie powinien dać sobie radę:) Właśnie kilka dni temu odnawa=iałyśmy domek z wymianą "dachówki", tapetowaniem i nowymi dywanami:) Po roku przerwy dmek wrócił do łask i salony:) Trzymam kciuki za pracę i czekam na jakieś zdjęcia z realizacji. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń