PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wrażliwe pokolenie...

Dzisiaj nie o ogrodzie, a o zaprzyjaźnionych przedszkolakach. Pisałam o nich przy okazji warzywnika, warsztatów ogrodniczych. Dzisiaj zasługują na uznanie jako obrońcy zwierząt. Ale po kolei.
Odbierając córkę z przedszkola poszłyśmy, jak to w zwyczaju bywa, jeszcze trochę na przedszkolny plac zabaw. Przy okazji postanowiłyśmy sprawdzić, jak radzą sobie warzywa w naszym warzywniku. Gdy nagle wśród brykających dzieci zrobił się szum i pytanie: co się dzieje z tym ptakiem?
Okazało się, że jerzyk (bo podejrzewam, że to był własnie on czy ona) zaplątał się skrzydełkiem w jakieś sznurki wystające spod dachu pobliskiego domu - kamienicy. Widać było, że budynek był ocieplany niedawno i po prostu "fachowcy" zostawili jakieś szczeliny czy resztki zabezpieczeń, w które właśnie się wplątała ptaszyna. Jerzyk się mota, dzieci w histerię, że trzeba pomóc ptaszkowi, że co się z nim stanie, szukamy drabiny i podobne tego typu krzyki. Zrobiło się poruszenie.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do strażaków. - Najwyżej mnie oleją, albo powiedzą, że nie mają na takie bzdury czasu - pomyślałam. Po wyjaśnieniu co? i gdzie? i dwukrotnym podaniu nazwiska, pan w słuchawce powiedział, ze przyjął zgłoszenie. No i dobrze - pomyślałam, Czyste sumienie mam, dzieci się nieco uspokoiły, a czy przyjadą, pewnie nie sprawdzimy, bo zaraz zamkną przedszkole. Ale po kilku minutach krzyk. - PRZYJECHALI!!!!! No i rzeczywiście podjechał spory wóz strażacki, wysiadło trzech strażaków. Przyznałam się, że to ja (przyznaję, że trochę z duszą na ramieniu), pokazałam, gdzie jest ptaszek. Panowie, w asyście sporej gromadki sprawdzili teren, wyciągnęli wysoką drabinę i uspokajając zaniepokojonych sąsiadów, że to nie pożar, wysupłali ptaszka z sieci.
Dzieci były wniebowzięte. Gdy strażacy wrócili do wozu, biły im głośno brawa i dziękowały. A jeden ze strażaków pokazał im struchlałego ze strachu ptaszka. - Musimy mu wyplątać delikatnie piórka i opatrzyć, a potem wypuścimy - wyjaśnił małym widzom.
Ech, trudno im się było rozejść. Takie emocje.

No i w tym miejscu pragnę podziękować strażakom, którzy nie zlekceważyli zawiadomienia, uratowali ptaszka i dali dzieciom wiarę w to, że strażak zawsze pomoże i w to, że nie należy mówić "nie da się", gdy chodzi o los najmniejszego nawet stworzenia.
Jestem dumna z dzieci i strażaków. Brawo!

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Warzywa z ogródka. Nie mojego, niestety

Załamałam się ostatnio. Z ogrodniczego powodu. Bo u mnie warzywa rosnąć nie chcą. No nie chcą. Kwiaty i krzewy jak oszalałe, a warzywa nie. A uwielbiam warzywniaki, ale jeszcze bardziej warzywniki. Zakochałam się w jednym takim, mojej klientki. Starsza pani sama go oporządza od lat. Wypielęgnowany, z różnościami wszelakimi, tyle ich, że przechadza się między grządkami i można tu skubnąć groszek słodki, a tam truskaweczkę, a tam listek sałaty czy mięty. Przy okazji popatrzeć na ogórki, pomidorki, kalarepki. No cudo.
Dwa dni temu dotarłam wreszcie na działkę znajomej. Opowiadała o niej sporo, plony pokazywała często. Teraz miałam okazję pojechać tam i na własne oczy przekonać się, że choć trochę dzika ta działka, to wysiane rukole, kalarepy, jarmuże, marchewki, pietruszki, groszki, boby i wszelkie takie, idą jak szalone. Ani ślimak nie zje, ani mszyca nie obsiada. No i dostałam sadzonki kalarepek, jarmużu, kolendry, a rukoli nazrywałam w kapelusz Marty, bo tylko takie naczynie miałam pod ręką. Posadziłam te sadzonki, może chociaż to urośnie?
A wczoraj sąsiadka późnym wieczorem w kaloszach i kusej ogrodniczej kiecce wręczyła mi pęk świeżej pachnącej i przepysznej rzodkiewki. - Idą jak oszalałe i choć ciasno tam, bo nie przerywałam, wszystkie mają dorodne kulki - stwierdziła wręczając mi czarowny bukiet. Bo obiecała, że jak wyjdą, to się podzieli. No i udały się.
A u mnie? Nawet mi się pisać nie chce. Tylko po głowie zaczyna się plątać myśl - karczuję połowę ogrodu i robię warzywnik. Dobry pomysł? Hmmm, trochę tego karczowania by było...










Chociaż poziomki jakieś się pojawiły :)


A może jednak warzywnik... W końcu wprawę mam coraz większą. Po przedszkolnym zrobiliśmy też nieduży przydomowy. O taki:
  
 Może by mi taki wystarczył ...

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Rzodkiewka okoniem stanęła

No i po raz kolejny zamiast różowych czy czerwonych kulek mam wybujałe liście albo rachityczne wyrastające na ledwo 2 cm z ziemi siewki. Gwoli wyjaśnienia - obie te formy siane w tym samym czasie tuz obok siebie. Tym samym straciłam serce do rzodkiewek. Przynajmniej uprawianych własnoręcznie. Podejść miałam już... nie pamiętam, ale sporo. I to różne odmiany wysiewałam, w różnych miejscach, o różnej porze roku. Efekt? Za każdym razem podobny jak na załączonym obrazku:
Jeszcze mam plan na uprawę w donicy, ale trochę szkoda mi donicy i miejsca Zastanowię się jeszcze. 
Tymczasem wysiałam fasolkę szparagową. W niektórych miejscach zaczyna już kiełkować. Trzymajcie kciuki, bo szparagówkę uwielbiamy i liczę na odrobinę chociaż z własnej uprawy. 
A sałatę już miałam też fajną. Deszcze ulały, ślimaki zżarły i tyle jej mam. Podobnie jak z popikowanych pięknie astrów łodyżki i kikuciki zostały. No i na kannę się uwzięły. Zapowiada się walka ze ślimakami. 
Macie jakieś sposoby na nie?