PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

niedziela, 21 lipca 2013

W poszukiwaniu swojego miejsca iluzjii

Rzadko oglądam telewizję. Tym razem jednak siadłam z kawą i pilotem w ręku na kanapie. I zagapiłam się do takiego stopnia, że mi kawa wystygła. Wypowiadał się Adriaan Geutze z West 8, holenderski architekt krajobrazu, którego ekipa zrobiła i robi cuda w przestrzeni publicznej, parkach, ogrodach.
Powiedział kilka rzeczy, o których niby wiedziałam, ale uświadomił mi je, potwierdził przypuszczenia, umocnił w przekonaniu, że ogrody to przyszłość. Bo przecież w obecnym tempie życia, zmian zachodzących w świecie, ludzie coraz częściej będą szukać małych miejsc, które powstało bez konkretnego celu, ale w którym czas się zatrzymał. Takie właśnie są ogrody. Jego zdaniem ogród nie ma być praktyczny. Oparty na iluzji ma dawać poczucie odrębności od otaczającego świata, zamknięta przestrzeń dająca spokój.
Parafrazując jednak dalej jego wypowiedzi, ogród jednak powinien być jak domowe zwierzątko. To nasz przyjaciel, ale musimy też zechcieć się nim zajmować, a nie tylko oczekiwać, żeby ładnie wyglądał. Wtedy ogród ma sens. Dlatego kochajmy nasze ogrody!

Porzeczki, porzeczki, ja wszystkie was kuleczki....

Wczesnym rankiem zajechałam na ryneczek. Kupiłam 2,5 kg porzeczki czerwonej oraz 3,5 kg czarnej. Tak kusiły, że nie mogłam się oprzeć. Tym bardziej, że opisywany już tutaj czarodziejski ogród z wiekowymi krzewami zmienił się, a krzewy zniknęły, więc nie mam już skąd brać porzeczek. Musiałam kupić. Musiałam, bo przecież dżem porzeczkowy to podstawa. Tylko śliwkowy ma szanse stawać z nim w konkury.
Bo ja, proszę Państwa, przetworów ogólnie nie robię. Przetworów w sensie ogórków, korniszonów, papryk, sałatek mieszanych na kwaśno, ostro czy w musztardowej zalewie. Grzyby marynowane robiłam raz (śmierdziało potem octem przez trzy dni w domu). W ub. r. marynował je mąż. Też śmierdziało, ale cóż. Smakowały mu potem bardzo, chwalił się nimi przy każdej okazji i zapowiada, że w tym roku zrobi więcej. Oby przy jednym śmierdzeniu.
Ja lubuję się w dżemach. Słodka jestem od zawsze, a nie ma nic lepszego niż świeża bułka z masłem i domowym dżemem. No nie ma i już. No i porzeczkowe tu królują. Stąd te ilości.

To była jednak długa noc. Wprawdzie mama mi pomogła i część porzeczek poobierała, ale i tak sporo zostało do dłubania, potem gotowanie, słoikowanie, etykietowanie. Ale efekt mnie zadowolił. I smakowo (choć niektórzy twierdzą, że za mało dżemy słodkie - marudzą, a cukier niezdrowy), i ilościowo.
A robię tak: owoce wsypuje do garnka i zasypuję cukrem, w dowolnej ilości, ale ja dają najwyżej 1/3 ilości owoców. To jednak kwestia gustu i smaku. To się gotuje na małym ogniu. Jak owoce puszcza sok, to trochę chochelką go wybieram i mam sok, a resztę jeszcze trochę odparowuje i mam dżemik. Polecam!

Strączkowo, zielono, smacznie - warzywa w ogrodzie

Tak. Jestem wielbicielka eklektyzmu w ogrodach. Nie tylko związanego z mieszaniem stylów, kolorów czy faktur, ale też użyteczności. Słowem miedzy roślinami ozdobnymi z lubością sadzę i sieję warzywa, zioła. 
Tak. Miejsc z roku na rok mam coraz mniej, nad czym ubolewam. Ale taka kolej rzeczy. Ozdobne, które cały rok "siedzą" w ziemi, rozrastają się, co było do przewidzenia, nie zostawiając pola zbyt wielkiego na warzywne uprawy. Efekt? Mam zdecydowanie mniej warzyw w tym roku. To nie tylko efekt rozrastania się roślin oczywiście, ale i działań różnych innych czynników. Ale po kolei. 
Sałata mi zmarniała. Ulewy, potem plaga ślimaków, a potem moje zniechęcenie. Wyrwałam kilak dni temu brzydkie główki. Przynajmniej nie straszą. Ale obiecuję, posieję jeszcze sałatę, posieję. 
Obrodził rabarbar. Nawet sama jestem w szoku, bo liście ma ogromne jak pół stołu. Obdarowałam sąsiadkę i rodziców. Zamroziłam. Na zimowe orzeźwienie ciastowe - jak znalazł:) 
Dobrze ma się też lubczyk. Wprawdzie wepchnięty między osiągającym potężne rozmiary wspomnianym wyżej rabarbarem, dereniem i astrami jesiennymi, ale daje radę. Właśnie kwitnie. 
Ziół też sporo mi się uzbierało. Nawet koperek mi wyrósł pod płotem. Z ubiegłorocznych siewów - rzecz jasna. Podobnie jak kolendra. Takie niespodzianki lubię najbardziej. 
Z kolei rzodkiewka po pierwszym udanym zrywie już drugiego kulkowego szaleństwa mi nie podarowała. Do wyrwania. Podobnie jak buraczki. No może chłodnik będzie chociaż z tego:) 
Fasolka. Z tą już inaczej. Już jestem po pierwszym zbiorze. Tej zwyczajnej, zielonej szparagowej. Chociaż z nasianych kilkudziesięciu ziaren wyrosło zaledwie 9 roślinek, to zbiór wystarczył na skosztowanie dla całej rodziny. Pyszna była, bo własna:) 
A to nie koniec, bo fasolka cały czas kwitnie i owocuje. 
A dlaczego tak mało? Bo gołębie wyjadły! Dwa razy siałam i za każdym razem robiły sobie ucztę w moim ogródku schowane za dereniem i krzewuszką. Brrrrr
Kawałek dalej rośnie inna odmiana fasolki o czerwonych kwiatach. Już zawiązuje strąki, ale za to te upodobały sobie ślimaki i co drugi krzaczek w połowie obżarty jest do kikutków. Zobaczymy, co z tego będzie.
Na fasolę tyczną muszę jeszcze poczekać. W tym roku posiałam ja dosyć późno. Ta przy płocie od sąsiadów wplątuje się we wszystko (jabłonka ozdobna, krzewuszka, kalina, liatria), co napotka na swej drodze, ale płotem gardzi, niewdzięczna. Po drugiej stronie ogrodu zaś postawiłam jej wysokie tyczki. Wprawdzie do wigwamu im daleko, ale zobaczymy, jak się sprawdzą. Na każdej tyczce pnie się inna odmiana. Początkowo nie były chętne, musiałam podwiązywać. Ale jak już załapały, o co mi chodzi, poszły jak burza. Już kwitną. Czekam na więcej. 
A pod nimi rośnie sobie pomidor. Na razie w sumie tylko chyba wegetuje, ale trzymam za niego kciuki. 

No i groszek pachnący. Poupychałam go w tym roku w kilku miejscach. Wysiewałam do gruntu i sadziłam te wysiewane do rolek po papierze toaletowym wczesną wiosną. Długo się nie mogły opamiętać i dopiero teraz ruszyły. W sumie są na takim samym etapie rozwojowym, jak te siane bezpośrednio do gruntu, wiec nie wiem, czy w przyszłym roku będę się bawiła w takie zawalanie skrzyneczkami parapetów. Na pewno nie w przypadku groszka, bo innym na pewno nie przepuszczę.

piątek, 12 lipca 2013

Polnych kwiatów uroki niezaprzeczalne

Zachwycamy się wypielęgnowanymi rabatkami, trawnikami jak na w ogrodach angielskiej królowej, przystrzyżonymi żywopłotami... ale co rusz natura pokazuje nam pazurki, nie pozwala o sobie zapomnieć i wskazuje, że chyba nie tędy droga do równowagi. I niewidzialna ręka sieje w naszych ogródkach pokrzywy, lebiody, mniszki... Ich prawdziwy urok dostrzegli już niektórzy projektanci wplatając rośliny, uznawane dotychczas za chwasty, w kompozycje rabatowe. O ile w Anglii, mateczniku europejskiego ogrodnictwa, wielu chwastów już po prostu nie ma i ich obecność w ogrodzie może stanowić na prawdę oryginalny element, to u nas jeszcze (na wielkie szczęście) chwastów jeszcze trochę żyje w naturalnym środowisku. Wystarczy pójść na spacer na łąki, pola, do lasu. Teraz jest moment, gdy natura aż bucha różnorodnością i dzikością. Jest cudna...


Byłam na takim spacerze niedaleko Kożuchowa. Jechałam z jednej wioski do drugiej i nie mogłam się napatrzeć na kolorowe pobocza. Wjechałam w boczna dróżkę i nie zważając na poranną rosę i mokre do kolan spodnie (nie wspominając o przemoczonych butach) ruszyłam na spacer miedzą. Oto żniwo:)
Ależ potem pachniało w samochodzie rumiankiem. A ileż owadów przywiozłam przy okazji do domu:) Chociaż odchorowałam ten spacer w mokrych butach, to i tak się opłacało. Piękny czas, tylko dla mnie. A bukiet oszołomił i zachwycił wszystkich, którzy go widzieli. 

Maliny, maliny, słodkie maliny

Pierwsze zbiory własnych malin już za nami. Na razie po kilka dziennie, ale są cudnym smakowym dopełnieniem poziomek. Bo truskawki już się nam skończyły. Do teraz czuję smak pierwszej tegorocznej maliny, hmmm. Wiem, byłam egoistką i nie przyznałam się nawet Marcie, że to ja pierwszą zjadłam, a nie ona. Cóż. Kusiły niepomiernie i przywołały wspomnienia ubiegłoroczne, od których to zaczęła się moja ogrodowa przygoda z malinami.
Mam jednak z malinami kłopot. Rozrastają się mocno, mocno... wiosną obdzieliłam sadzonkami malin sąsiadki, wydałam kilku znajomym. I nadal krzaczor mam wielki. Nawet pęcherznica, która z natury jest bardzo waleczna, wysiada przy malinkach. Nie wspominając o czerwonej porzeczce, którą zasadziłam w pobliżu (Zbiór porzeczek już też za nami. Pełna garść błyszczących gron).
Więc będę wiosną karczowała maliny na poważnie. Już teraz chętni mogą się zgłaszać. Dlaczego dopiero wiosną? Bo teraz jeszcze owocków sobie podjem. Mam odmianę 'Polana', która owocuje przez cały sezon aż do pierwszych przymrozków. A poza tym wiosna jest dobrym czasem na sadzenie malin.
Kilka rad w tym zakresie:
Wybierając krzewy warto zwrócić uwagę na jakość. Ważne by korzenie nie były przesuszone. Przed sadzeniem i tak trzeba jeszcze korzenie wsadzić na godzinkę chociaż do wody.
Są dwa rodzaje malin: letnie i jesienne. Te pierwsze wymagaja podpód, bo rosna wysoko. Najlepiej wbić dwa paliki na koncach planowanej linii sadzenia i połaczyc w dwóch miejscach drutem, do którego potem bedziemy przywiązywac pędy.
Jesienne sa niższe i bardziej rozłozyste. Sadzimy je w wiekszoj odległości od siebie (ok. 60 cm).
Jak sadzić? najlepiej wykopać długi rów na głębokośc ok. 30 cm, ale dosyć szeroki, bo korzenie malin nie ciagną w dół, ale lubią rozrastac sie w bok (stad tez odrosty, które potem mozemy wykorzystać do rozmnożenia planacji:)
Na spód roku dajemy sporo nawozu organicznego, najlepiej obornik lub nawóz koński, bo maliny lubia podjeść:)
Letnie odmiany, które zwykle kupujemy, maja pędy skrócone do ok. 40-50 cm. W roku posadzenia raczej owoców już nie bedziemy jednli, ale z jesiennych odmian - i owszem.