Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

piątek, 28 listopada 2014

Przygotowania do zimy

Idzie, idzie. Powoli jeszcze wprawdzie i śniegiem na razie nie kusi, ale już zimne podmuchy czuję od kilku dni na policzkach, dłonie grabieją w gumowych rękawiczkach podczas prac ogrodowych. Sporo ich jeszcze mi zostało. Bo chociaż jesień tegoroczna dłuuuuga była bardzo, to jakoś trudno mi było znaleźć czas na porządki we własnym ogródku.
Pewnie nie wszystko zdążę zrobić, ale co konieczne - już za mną.
A co konieczne?
- wygrabienie jak największej ilości liści spod drzew i krzewów, szczególnie gdy pod nimi rosną byliny. Ogólnie rzecz biorąc liście są doskonałą ściółką, rozkładają się ładnie na kompost liściowy (doskonały do sadzonkowania), ale gdy kołderka z liści jest za gruba, a zima wcale nie z tych mroźnych, to byliny mogą po prostu pod nią zgnić.
- obcinamy pożółkłe i nieciekawie wyglądające obeschłe resztki bylin, m. in. rozchodników, liliowców, zawilców, kosaćców, tawułek. Niby na obrazkach ładnie wyglądają przymrożone, oszronione i osrebrzone. Ale, tak szczerze, to takie obrazki mamy za oknem z rzadka, a szare, spleśniałe i rozkładające się nie wyglądają ani ciekawie, ani tez nie wychodzą na zdrowie roślinom.
- wyciągamy karpy dalii i pacioreczników. Przyznaję, że chociaż poobcinałam zwarzone pierwszymi przymrozkami pędy już jakiś czas temu, dopiero teraz wyciągnęłam karpy. Ładnie się rozrosły (szczególnie pacioreczników). Wyciągamy delikatnie, by jak najmniej uszkodzić (można to zrobić widłami amerykańskimi), lekko otrzepujemy z ziemi i chowamy do suchego miejsca, by trochę obeschły.

Gdy tak się już stanie, otrzepujemy z resztek, oglądamy dokładnie, by nie trzymać przez zimę chorych czy podgniłych kawałków, wkładamy najlepiej do kartonu lub skrzynki przewiewnej, zasypujemy trocinami lub piaskiem i przechowujemy w suchym i chłodnym miejscu. No i czekamy na wiosnę.
- okrywamy wrażliwe rośliny. Na pewno warto opatulić róże, hortensje ogrodowe (bukietowe sobie powinny poradzić i bez okrywania), hibiskusy, młode rododendrony i azalie, pierisy, lawendę. Najwygodniejsza jest biała włóknina, ale można tez robić stroisze z gałązek iglaków, okrywać matami słomianymi. Najważniejsze - nigdy do okrywania nie używamy worków foliowych! Nie przepuszczają powietrza, a ono roślinom jest niezbędne. Nawet zimą.

- przycinamy to, co wyrosło poza wszelkie ramy przyzwoitości ogrodowej. U mnie były to pędy winobluszczu, bluszczu, derenia. Zatrzymajmy się jednak na moment przed wyrzuceniem tych poobcinanych badyli. Można z nich szybko i łatwo zrobić ładne ozdoby, albo chociaż ich elementy na zbliżający się zimowy i świąteczny czas.
I nazbierało się coś takiego:



Urzekły mnie te sprężynki :) teraz tylko jeszcze muszę wymyślić, co z nich zrobić:)
A Wy robicie własne stroiki i kompozycje zimowe?

piątek, 7 listopada 2014

Co z tym czasem zrobić?

Dzisiaj robiłam zakupy ozdób świątecznych. A z Martą robiłyśmy wieczorem świecidełka na choinkę. Kartonowe serduszka i choinki obklejałyśmy folia aluminiową. Marta podśpiewywała świąteczna piosenkę, której się uczyła na rytmice w przedszkolu, a w kominku strzelały iskry. Poprzewracało się nam trochę w głowach, a na pewno w kalendarzach. Ale lubię ten czas wolniejszy, taki mający swój zapach ognia w kozie, smak czerwonego wina pod ciepłym kocem. Takie trywializmy, które czyta się w każdym kolorowym pisemku i niemal na każdym blogu. Dajemy się wtapiać w klimat świąteczny już w połowie listopada. Ale mi wcale z tym nie jest źle. O ile nie towarzyszy mu pęd konsumpcjonizmu i szaleństwo zakupów, a raczej właśnie wprowadza takie zawieszenie, jakby woda spokojnie nas niosła w bezpieczne miejsce (uczę się pływać i wciągnęłam się w wodną przygodę na całego:).
A za oknem ciepło. W połowie listopada mamy aurę rodem z połowy września. Z jednej strony to bardzo miłe, gdy słoneczko przygrzewa w gołe stopy wystawione na tarasie. Ale z drugiej strony już mnie ciągnie do tej szarugi jesiennej. Ona niby depresyjna, smutna, dołująca, ale mi potrzebna.
Na zamknięcie sezonu, na zatrzymanie się, zastanowienie się, poplanowanie, poleniuchowanie i pogapienie się w krople dżdżu za oknem.
A tu nadal jestem w pędzie, wprawdzie nie szaleńczym już, ale cały czas praca, praca, zobowiązania, bo jeszcze można sadzić, jeszcze trzeba uporządkować, jeszcze liście zgrabić, jeszcze trzeba...
I nie to, że moja praca mnie mierzi, bo absolutnie tak nie jest. Uwielbiam ją! Ale widzę, że i ogród nie może się zdecydować, czy zasypiać, czy może trochę jeszcze pobumelować. A wiadomo, jak dobrze wyspany, to z większą werwą i urodą pojawi się wiosną. I tak szarpiemy się trochę w tej listopadowej niewiadomej.
Może to stąd te zapędy Marty do robienia ozdób i chowania ich w pudełko z opisem "na choinkę". Może to dlatego oglądam zdjęcia inspiracje, szukam ciekawych pomysłów na kompozycje zimowe i świąteczne do ogrodów klientów. Chociaż czasu sporo, nie chcę się spieszyć potem.
Spowolnienia mi trzeba i spowolnienia życzę wszystkim wokół. Spokojnego spowolnienia zatem!

sobota, 1 listopada 2014

Pożegnanie jesieni?

Czas umyka szybko. Trywializm osnuty i datą, i aurą, i nastrojami, i zaległościami. Te ostatnie to maja do siebie, że się mszczą. Mam nadzieję, że nie za złośliwie, bo wystarczą niespełnione literkowo plany i lista rzeczy, o których mogłam, a nie napisałam, bo...
No ale do czasu wracając. Jego tempo parcia naprzód, i dalej, i szybciej oglądam co dzień rankiem przez okno. A dodam, że dzisiaj to nawet z lodowym deserem na tarasie wygrzewając się w słoneczku. Ano, taką to mieliśmy pogodę na 1 listopada.
A jeszcze kilka dni temu poranek powitał mnie takim obrazkiem:




Nad ranem -3 stopnie Celcjusza. No i pożegnałam większość jednorocznych - dalii, kann, cynii. Tym samym był to sygnał, że czas zrobić porządki w ogrodzie, bo chociaż oszroniony klimatycznie wygląda, a ośnieżony pewnie jeszcze piękniej by wyglądał, to jednak w naszej szerokości szron utrzymuje się tylko rankiem, a śniegu czasem mamy tyle, ile udało nam się sfotografować kilka lat temu.
W wielu pismach ogrodniczych, na portalach przekonują specjaliści, by zostawić przekwitłe kwiaty na rabatach. By właśnie oprószone śniegiem dodawały uroku naszemu ogrodowi. I owszem można tak zrobić, ale ja do takich rozwiązań podchodziłabym ostrożnie. Z kilku powodów.
Przede wszystkim estetycznych: jak wspomniałam śniegu czasem mamy niewiele, a bure i połamane kikuty oglądamy przez cały dzień, nie tylko zmrożone o poranku.
Druga sprawa to kwestia również związana z aurą - jeśli nie ma śniegu ani mrozu, to suche liście i łodygi zaczynają gnić, a to nie zawsze wychodzi naszym roślinom na zdrowie.
Oczywiście nie chodzi o  to, by ogałacać do zera ogród (iglaków oczywiście nie mam tutaj na myśli, ani krzewów czy drzew), ale zostawić te rośliny, które rzeczywiście wytrzymają zimę w miarę w dobrym stanie.
Co warto zostawić? Na pewno trawy. Aby się nie pokładały pod ciężarem śniegu czy wilgoci, warto je związać dość mocno 20-30 cm nad ziemią i zrobić coś w rodzaju snopka.
Dosyć dobrze wyglądają też hortensje, szczególnie ogrodowe, których kwiatostany nie czernieją tak szybko, jak bukietowych. Przy większych mrozach ogrodowe trzeba jednak zabezpieczyć przed chłodem. Inaczej nie zakwitną w roku następnym.
Zostawiam też liście bylin, które są bardzo wytrzymałe na chłody i czasem w zieloności stawiają opór chłodom przez całą zimę. Po prostu jeśli coś dobrze wygląda, zostawiamy i już, a co przysycha, zaczyna czernieć  czy gnić - wycinamy.
Pracy jest z tym sporo. A ogród może wydać się nam w pierwszym momencie pusty. To jednak okazja, by przyjrzeć się mu z innej perspektywy, poplanować działania na wiosnę, dać mu odetchnąć i zasnąć.
A tymczasem wspomnienie jesieni sprzed kilku dni (dzisiaj ogród wygląda już całkiem inaczej...)