PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Pomarzmy...

Zamiast życzeń, postanowień i planów, takie motto na ten rok:
"Jeżeli marzy jedna osoba - pozostanie to tylko marzeniem. Jeśli będziemy marzyć wszyscy - będzie to początek nowej rzeczywistości."
(Helder Camara)

niedziela, 30 grudnia 2012

Muszę - chcę - zrobię:)

Znalazłam to w internecie - lista rzeczy, które musisz zrobić z dzieckiem (lub bez dziecka). Lista była o wiele dłuższa, ale te punkty spodobały mi się najbardziej. Niektóre już zrobione, ale podaję dalej tym, którzy na przykład nigdy jabłka prosto z drzewa nie zjedli:) Czas zacząć odhaczać zrobione!
- wspiąć się na drzewo
- sturlać się z wysokiego wzgórza
- rozbić obozowisko w lesie
- zbudować szałas
- puszczać kaczki na rzece czy jeziorze
- biegać w deszczu
- puszczać latawiec
- złapać rybe w sieć
- zjeść jabłko prosto z drzewa
- przejść się na szczudłach
- stoczyć bitwę wodną
- brać udział w poszukiwaniu skarbu na plaży
- zrobić bardzo dużą babkę z piasku
- wziąć udział w budowaniu tamy na strumieniu
- bawić się hula hop
- zakopać kogoś w piasku na plaży
- przejść po zwalonym pniu drzewa
- huśtać się na linie
- bawić się w błotnej ślizgawce
- zjadać jeżyny prosto z krzaka
- zajrzeć w dziuplę drzewa
- nakarmić z dłoni ptaka
- polować z aparatem na robaki
- znaleźć żabi skrzek
- śledzić dzikie zwierzę
- zagrać na źdźble trawy
- szukać skamieniałości
- zobaczyć wschód słońca
- zagrać w gumę
- pójść w nocy na spacer przyrodniczy
- rozpalić ogień bez użycia zapałek
- odnaleźć drogę z mapą i kompasem w ręku
- zorganizować piknik
- ugotować posiłek nad ogniskiem


Zmienność natury

Staram się umieszczać tu tylko swoje zdjęcia, ale to mnie urzekło. To zdjęcie znalazłam na facebooku podpisane jako GC Gabriela Cimpoaie. Oddaje całą istotę natury, przemijania, ale też zmian, które są niezaprzeczalnie interesujące, ale i nie da się ich powstrzymać. W sumie - po co? Niech nowy rok pełen będzie takich zmian, które przynoszą nowe jutro i zapowiadają przepiękną całość.

sobota, 29 grudnia 2012

Przednoworocznie

Miał być koniec świata. Nie było. Chyba. Mam wrażenie, jakby się coś kończyło, a może właśnie zaczynało? Z tym drugim to nawet jestem pewna. Zaczyna się u mnie nowy okres, zmiany szykują się na całej linii. Dobre zmiany, wierzę w to. Tego sobie też życzę: żeby te zmiany przyniosły mi to, czego dotychczas mi brakowało lub na co czasu było za mało. Niech nauczą mnie nowych rzeczy i uważności na każdy niuans codzienności.
Wam też życzę, żeby spełniło się to, czego sobie sami życzycie i to, czego życzą Wam wasi przyjaciele.

niedziela, 16 grudnia 2012

Zimowy ogrodnik ma wolne

Biało za oknem. Śnieg przywalił nawet najbardziej dotąd opierające się miskanty. Pięknie za to wyglądają drzewa i krzewy. A co robi zimą ogrodnik? Patrzy na ogród, popija gorąca herbatę z imbirem i miodem, słucha fajnej muzyki i... już myśli o kolejnym sezonie. Chyba że tylko ja mam takie zboczenie.
W ogrodzie można najwyżej odśnieżyć ścieżkę do kompostownika. Ja nawet z tego zrezygnowałam, by nie zdeptać za mocno trawnika. No i wystawić karmniki czy wywiesić pokarm dla ptaków, sprzymierzeńców w walce ze szkodnikami. U mnie na razie wisi słoninka, bo karmnik się rozsypał i trzeba zrobić nowy. Zadanie na wolny weekend.
A tymczasem zima jest piękna...






wtorek, 20 listopada 2012

Nasturcje - wesołe oczka, które można jeść


Właśnie popakowałam nasiona do papierowych torebek. Długo się suszyły, wiem, ale po prostu zapomniałam o nich, malutkich leżących na parapecie za firanką. Nasiona zbierałam różne, królowały jednak pomarszczone asymetryczne nasionka nasturcji. W przyszłym roku planuję zawojować nimi cała okolice, a przynajmniej zarazić nimi znajomych. Nie nasionkami oczywiście, ale sianiem nasturcji. Bo warto. 













Do tego roku do nasturcji nie byłam zbyt przyjaźnie nastawiona. W sumie nie wiem, dlaczego. Ale musiałam jakoś powypełniać puste jeszcze przestrzenie między krzewami. W miarę tanio i efektownie, a przy okazji jadalnie, bo staram się mieć jadalnych rzeczy w ogródku jak najwięcej. No i padło na nasturcję. Kilka siewek w donicy było tak rachitycznych, że ledwo ledwo wytrzymały przesadzenie. Ale za to te wysiane bezpośrednio do gruntu kazały długo na siebie czekać, ale gdy się zadomowiły, oszaleć można było od masy talerzykowatych liści i intensywnie pomarańczowych kwiatów. 
Marta tez była zachwycona, bo pozwalałam jej nie dosyć, że kwiaty zrywać, to jeszcze je jeść, a nawet częstować koleżanki (nie były zbyt przekonane, ale dały się namówić:).
Miałam z nimi jeden kłopot - nie zjadły ich mszyce, jak zapowiadano w książkach, ale zżerały je gąsienice bielinka kapustnika. Co ciekawe, tylko w jednym miejscu ogrodu. Na nieszczęście tuż przy tarasie. Zbierałam obrzydlistwa pełzające do reklamówki i wywalałam dziesiątki do kosza na śmieci. Co chwilę pojawiały się nowe w oczach pochłaniające listki zostawiając tylko łodyżki z nerwami. Z żalem w październiku wyrwałam część nasturcji. Reszta nadrabiała za swoje koleżanki. 
A kilka dni temu oglądałam jeden z programów Jamiego Oliviera, który zrywał tez młode listki nasturcji jako ciekawy dodatek do sałatek. W przyszłym roku na pewno spróbuję. Tym bardziej, ze podobno całe nasturcje mają siłę wprowadzania w dobry nastrój. Nasiona można marynować - wtedy stanowią substytut kaparów (jeszcze nie próbowałam, ale może się skuszę. Ma ktoś przepis?)
A tymczasem zdjęciami zadaje kłam informacjom, jakoby nasturcje były tylko pomarańczowe. Zobaczcie sami.




-

środa, 14 listopada 2012

Już czekamy na zimę

No i zrobiłam to wreszcie. Był przymrozek, minus 4 stopnie na termometrze rano mnie zmroziły. Nie, nie byłam na zewnątrz, ale spojrzałam przez okno na mój ogród. Piękny był taki oszroniony o świcie, nie powiem, że nie, ale zupełnie nie okryty!!! Plan na dziś był taki: wychodzę szybciej z pracy, mąż załatwia w tzw. międzyczasie korę i opatulam, co trzeba, póki świeci słońce. Ale oczywiście nie wyszłam wcześniej, więc z latarką "czołówką" udałam się do domku gospodarczego w celu wyszperania ubiegłorocznej geowłókniny i innych okryć. No i po ciemku wiązałam, przykrywałam, przesuwałam i wpychałam. Było już za zimno i za ciemno na zdjęcia i dokładne przejrzenie moich poczynań. Jutro zweryfikuję. Tymczasem życzę miłych snów.

niedziela, 28 października 2012

Minęła niespełna doba od...

Jeszcze wczoraj było tak: 

Jesienne miasto skrzyło się złotymi liśćmi, w ogrodzie kusiły truskawki i maliny. 
Lawenda kwitła, jakby był środek lata.
Poziomki czarowały jak opętane.
Róża pomarszczona kusiła kwiatami i czerwonymi owocami, a feeria kolorów przebarwiających się liści urzekała do oniemienia. Zobaczcie sami.







I chociaż znałam prognozy zapowiadające śnieg, trudno mi było w to uwierzyć wygrzewając się w słońcu. W nocy jednak spadł. Zaskoczył, przyznaję.








I jeszcze dwa zdjęcia z serii przed i po:

 




piątek, 26 października 2012

Kogo interesuje zieleń

BYłam dzisiaj na spotkaniu w zielonogórskim BWA nt. zieleni w Parku Tysiąclecia. To jedno z cyklu spotkań w ramach konsultacji społecznych projektu społecznej rewitalizacji parku. Mimo uciążliwego kaszlu i antybiotyku do wzięcia, poszłam.
Po pierwsze zadziwiło mnie to, ze tak mało osób przychodzi na takie spotkania. Byłam juz na kilku na różne tematy dotyczące przestrzeni miejskiej i miasta, i zawsze to bolesne rozczarowanie. Nikt się w tym mieście nie interesuje

niedziela, 21 października 2012

Chwile

Taka cicha jesień dzisiaj, mgła najpierw opatuliła wszystko w zasięgu wzroku. Lekkie niedopowiedzenie rzeczywistości o poranku. Potem słońce gorące, kuszące, by ściągnąć ciepłe swetry, a przez to zdradliwe nieco. Złote miasto pełne liści i spacerujących ludzi. Herbata w miłym towarzystwie, radość, opowieści mimo kaszlu i kichania. I znowu mgła na pożegnanie ostatniego chyba dnia Złotej Polskiej Jesieni. Teraz wieczór, cisza, jesienny chłód i zapowiedź deszczu w powietrzu. Lubię takie chwile.

piątek, 19 października 2012

Rysunkowe inspiracje

Tak rysować chciałabym, bede cwiczyć, ale pewni i tak ręi sobie w ten sposób nie wyrobię. Pocieszam się jednak, ze wyrobię sobie w inny sposób:)
Ale nawet jesli ktoś nigdy nie bedzie miał nic wspólnego z rysunkiem architektonicznym, miło popatrzeć. perspektywa
drzewo
http://www.youtube.com/user/drazizi1955
http://www.youtube.com/watch?v=ONIpzoDOr6Y&feature=related
zasady architektury
Shahram Azizi

Trawami jesień mnie zdobywa

Trawy zachwycały mnie od dawna. Jednak to mój mąż jest pierwszym "trawiastym" w rodzinie i w centrach ogrodniczych wyszukuje kolejne gatunki. Przystaję na to chętnie, bo trawy w ogrodzie to same plusy. Pod względem estetyki dodają dynamiki, nadają rabatom lekkości, pięknie wyglądają przez cały sezon, a jesienią, gdy większość roślin już opada z sił, trawy górują nad nimi swą elegancją i filuternością.
Są też doskonałym elementem "grającym" w ogrodzie. Ich kojący szum na wietrze, delikatny hałas pocierających się o siebie liści i wiech z nasionami, piękny poświt jesiennego słońca w smukłych liściach i elegancja zmrożonych kwiatostanów zimą. Czegóż chcieć więcej.
Powyżej jedna z nich - miskant cukrowy (Miscanthus sacchariflorus). Rośnie bardzo silnie, ale nie osiąga 2 m jak inne odmiany. Ten ma ok. 1,5 m wysokości, ale za to ma efektowne malownicze kwiatostany, najpierw brązowe, a potem srebrzyste i puszyste. Jesienią liście przebarwiają się na złoto-brązowy kolor. Rośnie dobrze w każdej glebie, wszędzie sobie poradzi, warto więc go zasadzić, bo urok w sobie ma, oj ma.
Obok niego lekko wychyla się proso rózgowate (Panicum virgatum) - jedna z moich lubionych traw. Ładnie się rozrasta, wiosną szybko pojawiają się liście, a potem delikatne wiechy kwiatostanów wirujących zalotnie na wietrze. Najpierw intensywnie zielona, jesienią przebarwia się na złoto. Jest ozdobna przez całą zimę, a jej kwiatostany ścina się wczesną wiosną. Wtedy też można ją rozmnożyć przez podział. Wiosną taki zabieg czeka i moje trzy okazy, bo już pięknie się rozrosły. Może rosnąc w pełnym słońcu i półcieniu, ale woli ziemie wilgotne niż suche.
A teraz kolorystyczna bomba. Przynajmniej dla mnie.

To również proso rózgowate (Panicum virgatum), ale odm. 'Rotstrahlbusch'. Dostałam tę trawę od znajomej jako małą sadzonkę. Nieco zmarnowaną przywiozłam do swojego ogrodu i posadziłam. Rosła słabo. Przesadzałam ją kilka razy nie wiedząc, co to właściwie za trawa. Okazała się jednak cierpliwa, nawet bardzo. I wytrzymała. Gdy po którejś ulewie została totalnie zalana, to na szpadlu ją przeniosłam ociekającą z błota na inne miejsce. Ledwo ją zakopałam, bo już nie miałam sił po kolejnej walce z naturą. Ale po jakimś czasie wypuściła zielone liście, potem kwiatostany, przy okazji niektóre liście zaczęły się przebarwiać na czerwono. I już byłam w domu. Oto moje proso już w pełnej okazałości (chociaż niedawno znowu przesadzane:) Pięknie komponuje się z czerwonym berberysem i cyprysikiem.
Spartyna grzebieniasta (Spartina pectinata) 'Aureomargnata' na zdjęciu powyżej rośnie obok rozplenicy (o której nieco później). Przyznaję, nie wiedziałam, co biorę, gdy ją kupowałam. Dziś nazywam ją ogrodowym zwierzakiem, bo okazała się piękną, wytrzymałą, majestatyczną trawą, której podziemne rozłogi pokonają wszystko, nawet zbitą ziemię, podwójną warstwę geowłókniny i grubą warstwę żwiru. Na razie bardzo się z tego cieszę, bo w ciągu roku z niewielkiej sadzonki wyrosła na cudny okaz. Trochę się jednak boję o przyszłość tego skrawka ogrodu. Znajoma mnie pocieszyła, że chętnie mnie wtedy odwiedzi ze szpadelkiem:). W sumie się jej nie dziwię, bo trawa jest ozdobna przez cały rok. Nawet zimą jej liście są zielonkawe i zdobią ogród. Kwiatostany podobne do grzebyków (stąd pewnie jej nazwa), są inne od tradycyjnych trawiastych pióropuszy. Taki oryginał:)
Trzcinnik ostrokwiatowy 'Overdamm' (dwa okazy na pierwszym planie)- lubi słońce, tworzy gęste kępy. Liście ma ostre, ogólnie roślina z charakterem. Wiosną czeka je przesadzenie, bo jednak doszliśmy do wniosku, że powinny tu rosnąć trawy wyższe, które zasłonią podest. Na razie sobie rosną trzcinniki.
Powyższe zdjęcie zrobiłam kilka lat temu podczas wakacji we Francji. Od tych roślin zaczęła się miłość mojego męża do traw. Gdy w nie wlazł, to musiałam mu zrobić całą serię zdjęć na pamiątkę:) W swoim ogrodzie na razie jej nie mam. To rozplenica szczcinkowata (Pennisetum setaceum) 'Rubrum'. W naszym klimacie ma ten minus, że może nie wytrzymać mrozów, więc albo trzeba ją bardzo mocno opatulać, albo po prostu sadzić w pojemnikach i na zimę chować do jasnego, ale chłodnego pomieszczenia. Dorasta do 1,2 m w czasie kwitnienia. Ale nie rozmiar jest tu najbardziej istotny, a kolor. Liście ma ciemno bordowe mieniące się w słońcu. No i te kwiatostany - długie, bordowo-różowe, delikatne. Lubi słońce i przepuszczalną glebę. Ozdobi każdą rabatę.
W tym roku skusiliśmy się natomiast na kortaderię srebrzystą (Cortaderia selloana) - zdjęcie poniżej. Tak ładnie się nazywa w książkach fachowych trawa pampasowa o charakterystycznych ogromnych białych kwiatostanach królujących nad rabatami. Brakowało mi mocnego trawiastego akcentu na podwyższonej trawiastej rabacie. Padło na pampasówkę, choć nie do końca jestem do niej przekonana. Głównie z powodu jej ostrych liści (można się poranić) i wrażliwości na mróz. Już się zastanawiam, jak ja ją osłonię zimą na żwirze. Bo trzeba chronić ją nie tylko przed mrozem, ale przede wszystkim przed wilgocią. Liście trzeba związać jak namiot i owinąć matą. Ale tymczasem prezentuje się całkiem fajnie, choć jeszcze nie zakwitła i w tym roku już chyba szans na to nie ma.
Kortaderia lubi ziemię przepuszczalną, ale stale lekko wilgotną glebę. Z tym więc nie powinno być wielkiego problemu. Gdy jednak uraczy mnie swoimi wiechami sterczącymi na 2 m w górę, będę w siódmym niebie:) Na zdjęciu z werbeną patagońską i rozplenicą.

A poniżej królowa wszystkich traw - rozplenica. Kto przechodzi ulicą, patrzy właśnie na nią. Inaczej po prostu nie można. Wyrosła piękna, dorodna, cudna. 

Rozplenica japońska (Pennisetum alopecuroides) to chyba jedna z bardziej popularnych traw, jakie sadzi się w ogrodach. Jest wdzięcznym gatunkiem o malowniczych i eleganckich kwiatostanach. Delikatnych, mięciutkich, "kotkowych" - jak mówi moja córka. Tworzy gęste kępy, nie rozłazi się po ogrodzie, nie rozsiewa. Gdy posadziłam kilka kęp w ub. r., bałam się, że wszystkie wybije mróz i ciężka ziemia. Ale dały sobie doskonale radę. Dały, bo mam dwie odmiany: 'Moudry', która wykazuje się pełna mrozoodpornością i 'Hameln' dorastająca do 60 cm. 
Wracając do sadzenia, to gdy jednak ktoś ma wybór, to lepiej sadzić ją w miejscach osłoniętych od wiatru i w ziemi wilgotnej, owszem, ale jednak przepuszczalnej. Jedno jest pewno - jest rośliną żarłoczną, więc może dlatego jej u mnie tak dobrze, bo się dużo najada i odwdzięcza się pięknymi "piórami". Na zimę lepiej okryć. 
Na zdjęciu poniżej widać obie odmiany rozplenicy i spartynę. 
No i hakonechloa smukła (Hakonechloa macra) 'Aureola' - to jeden z ostatnich naszych nabytków. Ta trawa od dawna bardzo mi się podobała, mężowi również, więc gdy przejeżdżał koło jakiegoś centrum ogrodniczego, to po prostu kupił. Tylko dlaczego dwie sztuki, a nie na przykład trzy? nigdy się nie dowiedziałam. Ale cóż, posadziłam koło siebie, by tworzyły zwartą kępę i już się zadomowiły wypuszczając nowe pędy. To cieszy, nawet bardzo. Trawa ta lubi wilgotne podłoże, więc mam nadzieje, że będzie jej u mnie dobrze. Wody ci mam przecież pod dostatkiem. Na zimę zaleca się okrywanie. Zrobi się:)

Ostnica piórkowa (Stipa pennata) 'Ponny Trails', czyli "końska grzywa", to ostatni zakup męża. Tym razem trzy sztuki posadziłam na jego prośbę przy furtce do ogrodu, "gdy będę wchodził, żeby muskały mnie po nogach" - cytat niemal dosłowny:) Ostnice lubią słońce i bardziej suchą ziemię. Zobaczymy zatem, czy sobie przy tej furtce poradzą. Na pewno wyglądają tam malowniczo, a gdy rozrosną się i one, i sąsiednie byliny (rudbekie, tojeść kropkowana) to stworzą zwartą cudną rabatę. Już to widzę oczami wyobraźni:)

na czerwono





Halloweenowa dynia

Zrobiłyśmy z Martą dynię na konkurs do przedszkola. Chciałam wstępnie, żeby była wesoła, śmieszna, ale Marta się uparła, że musi być straszna. Trochę się zdziwiłam, bo moja córcia do najodważniejszych nie należy. No ale niech będzie w typowym stylu halloweenowym. Najpierw poprzeglądałam setki zdjęć w google, by jakieś pomysły ściągnąć. Wszystko na nic, bo Marta wymyśliła czarownicę, a takiej dyni w internecie nie znalazłam. Na szczęście dynia była z babcinego ogrodu i na szczęście miała dosyć miękką skórkę. Z wycinaniem nie było większych problemów. Co do ozdabiania, to Marta wymyśliła piegi i pieprzyk z suchego kwiatu rudbekii. Włosy zrobiłyśmy z suchej trawy (nawet nie wiem, skąd ją miałam w domu:), a kapelusz... zrobiłam z gazety i pomalowałam tuszem, o którym mi się przypomniało w nocy, ze powinien gdzieś być jeszcze z czasów studiów. Przy okazji powspominałam projekty kreślone tuszem i rapidografem. Ech, to były czasy. A dynia? Dostaliśmy dyplom i słodką nagrodę:)
Kolejny konkurs to szopki bożonarodzeniowe. Tak łatwo już chyba nie będzie...

Korale, czerwone korale..