Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

piątek, 31 stycznia 2014

Głosowanie...

No i w erze sms-ów (których nie lubie bardzo) chciałam przemycić informację, że można już głosować na ten blog w konkursie Blog Roku 2013. Konkurencja przeogromna i prześwietna, ale może jakąś przychylność Waszą jednak zyskałam.
Głosować można wysyłając właśnie ten niechlubny sms na nr 7122. W treści wpisujemy tylko A00206 (to indywidualny kod mojego bloga). Koszt - 1,23 zł brutto.
Z jednego numeru telefonu można zagłosować tylko raz, zatem mam nadzieję, nie ani Was ani siebie nie narażę na zbyt wielkie koszty. Ale warto pamiętać, że cały dochód z sms-ów zasili konto Fundacji Gajusz, która prowadzi hospicjum dla dzieci.
Dziękuję. Również za to, że nie wyślecie sms-a, bo jeśli czytacie ten wpis, to znaczy, że i tak tutaj zaglądacie. A to dla mnie najważniejsze i najfajniejsze.

czwartek, 30 stycznia 2014

Zima ładna, ale...

Już nie chcę zimy i mrozu. Ten dał nam się ostatno ostro we znaki. Z duszą na ramieniu patrzyłamprzez okno (no bo na dworze -15) na oklapłe listki rododendronu, kaliny sztywnolistnej. Niby wiem, że to norma przy dużych mrozach, ale i tak martwię się, czy wszystkie moje rośliny przetrwają tę zimę. Wiem, moja wina - najpierw sama zdecydowałam, że się mają hartować, a teraz marudzę. Z lenistwa nieco i z zimna panującego za knem nie przykryłam przed największymi mrozami niektórych roslin, które mogłam jednak okryć. Ale jak przetrwały najgorsze (-17), to i - 6 wytrzymają już, prawda? No potwierdźcie, proszę, bym była spokojniejsza.
Na szczęście jest trochę śniegu, który osłania. Szczególnie jest to istotne dla młodych bylin. Trochę ich mam, troche za dużo, ale to temat na inną opowieść, pewnie w najbliższym czasie.
A tymczasem siedzę w domu, czasem sypnę (tak z rozmachem) ziarna słonecznika ptakom, wywieszam też słoninkę i rolkę po papierze toaletowym wysmarowana smalcem i siemieniem (po ubiegłorocznych takich wywieszkach miałam potem w donicach na tarasie mnóstwo lnu niebieściutkiego:)
Zioła schowałam do domu, ale pietruszkę nieco za późno, bo przemarznięty korzeń zgnił. Cóż, na szczęście zostały te posadzone w ogrodzie. Tylko niech zima sobie pójdzie...
Przejrzałam też karpy dalii, czy nie dzieje sie z nimi coś złego. Tu na szczęście wszystko spokojnie śpi i czeka na wiosnę. Gorzej z moimi sadzonkami werbeny patagońskiej. Marniutkie jakieś, mączniak się na nie sypie co jakiś czas. Chyba je będę musiała przesadzić.
Czyli mam już powód do wizyty w sklepie z ziemią, nasionami, donicami... na pewno nie wrócę z pustymi rękoma, to na pewno:) Bo w lutym juz mozna siać niektóre roslinki, można, a nawet trzeba, ale o tym następnym razem. Teraz w towarzystwie sterty starych gazet ogrodniczych idę pod koc.

czwartek, 23 stycznia 2014

Ptakowi sypnę i policzę

Mrozy, moi drodzy, mrozy. Wychodzić się z domu nie chce. Wciągnęłam do wnętrza doniczki, które jeszcze biednie sterczały na tarasie, resztę poosłaniałam. Posprawdzałam też to, co osłoniłam wcześniej. Wiele tego nie było, bo wyznaję zasadę, że powinny sobie radzić same. Twardą rękę do roslin mam, wiem.
A co z ptakami? Wczoraj widziałam dzięcioła! Pierwszy raz tak blisko. U sąsiada na jabłonce. Najpierw cos czerwonego mi zamajaczyło za oknem, a potem gapiłam sie z 10 minut na to, jak stuka i puka. Cudna ta natura.
No i przypomniało mi sie, że mam ziarna słonecznika, i siemienia lnianego, i pszenicy. I słoninkę niesoloną. Sypnąć ptakom czy nie? Tradycja nakazuje, że karmnik powinien być i sypać trzeba systematycznie, by ptakom nie przysparzać dodatkowego stresu z poszukiwaniem pokarmu. A ja jednak do konca przekonana do takich teorii nie jestem. Utwierdził mnie w tym Adam Wajrak, który wielokrotnie podkreślał, żeby dokarmiać z głową, bo niestety często szkodzimy ptakom. Sypiąc im ziarno nie robimy tego, by im pomóc, tylko dla własnej przyjemności. To nie jest złe. Ale chodzi o to, by nie szkodzić przy okazji naszym skrzydlatym przyjaciołom.
Bo w naturze ptaki nigdy nie miały i nie mają systematycznej stołówki. Takie dokarmianie je rozleniwia i jednocześnie pozwala przeżyc osobnikom słabym, które w normalnych warunkach poddane byłyby selekcji naturalnej, by nie rozprzestrzeniać słabego genomu. Poza tym karmniki to doskonała stołówka nie tylko dla małej kolorowej i urokliwej gromadki sikorek czy dzwońców, ale też krogulców, które mają ułatwione polowanie. No i higiena karminków zapomnianych przez całą zime pozostawia wiele do życzenia.
Czy nie dokarmiać? Dokarmiać, ale z głową!
No to sypnę im trochę dzisiaj, trochę jutro. W największe mrozy. Nie do karmnika, bo nie mam nawet. Ale na drewniany spodek albo na patyk sypnę posmarowany smalcem i powieszę na gałązce.
Najlepszym jednak sposobem (moim zdaniem oczywiście) jest sadzenie roslin, które nie tylko zdobią, ale właśnie karmia zima ptaki: jarzębiny, kaliny, aronie, irgi, ligustry, berberysy, derenie, trzmieliny, bez czarny, jabłonie ozdobne, dzikie róże, winobluszcze. Więcej porad na świetnej "ptasiej" stronie.
 Dzika róża pomarszczona. Owoce zdobią krzew przez cała jesień i zimę. A kwiaty? Piękne ciemne różowe pachną oszałamiająco. Same zalety.
 Jabłonka ozdobna 'Ola'. Moja młodziutka jeszcze ulubienica w ogrodzie.
Berberys. Kolczasty, ale jakiż urokliwy.

A tymczasem zachęcam wszystkich do liczenia ptaków w najbliższy weekend. OTOP po raz kolejny organizuje ogólnopolskie ptakoliczenie. Wystarczy usiąśc na chwilę przy oknie albo pójśc na mały spacer z kartką i długopisem. Wszystkie informacje i rady, jak rozpoznawać ptaki znajdziecie na stronie OTOP-u.
Ciekawe, czy Zielona Góra nadal będzie sroczym miastem:)

niedziela, 19 stycznia 2014

Rankiem...

Smażąc obiecane naleśniki zobaczyłam to: ciemne jeszcze niebo, mroźne trochę, jakby śnieżne. I dachy rozświetlone złociście do granic wytrzymałości zaspanych oczu. I drzewa, których czubki jakby płonęły. Powoli, tak wolno, jak wolno wstaje słońce. Zagapiłam się. Kot, który ostatnio często odwiedza nasz ogród, też przysiadł na chwilę.
Gdy się ocknęłam, naszła mnie myśl - muszę zrobić zdjęcie. Na szczęście szybko minęła.
Niektórych rzeczy nie warto fotografować, wręcz nie wolno. Trzeba tylko na nie patrzeć.
Ten wschód słońca była właśnie czymś takim...

piątek, 17 stycznia 2014

Bez podsumowań i postanowień

Już kolejny tydzień stycznia mija, a ja ani podsumowania nie zrobiłam, ani postanowień. I jakoś mi z tym dobrze. Tymczasem planów na ten rok już mam sporo, wiele podróżniczych, wiele "do zrobienia", wiele "do przemyślenia".
Zacznę od podróżniczych. Już w lutym (27.02 - 1.03. 2014) oczywiście Gardenia. Ciekawam, czy coś nowego, ciekawego się pojawiło na polskim rynku, bo cały czas jesteśmy co najmniej o dwa, trzy sezony ogrodnicze w tyle za tzw. "Zachodem". Głównie chodzi tu o mała ogrodową architekturę. Bo w świecie roślin nie powinniśmy mieć kompleksów. Chociaż (i tu znowu garść dziegciu) brakuje mi cały czas dużych roślin w polskich szkółkach. Drzewa jeszcze jakieś się znajdzie, ale krzewów czy bylin jak na lekarstwo. A jak się ogląda angielskie programy, to jak tam posadzą roślinę, to od razu jest efekt, a u nas byliny to w P9 się sprzedaje (małe kwadratowe doniczki). Znajomy z Niemiec, jak to zobaczył, to się za głowę złapał. Tam to w takich małych doniczkach tylko rozsady dla szkółek się sprzedaje, a nie gotowy produkt dla klienta. No tak. Jeszcze trochę inny świat.
A potem planuje wycieczkę do arboretum w Wojsławicach pod Wrocławiem. Zdjęć naoglądałam się mnóstwo na ich profilu fejsbukowym (jesienne szczególnie urzekają). No czyż nie cudnie?


A że na stronie arboretum już jest plan wydarzeń, wystaw, atrakcji na ten rok, warto sobie powpisywać je w kalendarz, co tez niniejszym uczyniłam.
Później to będę delektować się praca w swoi ogródku, na pewno odwiedzę i Park Mużakowski, i ogród różany w Forst, i ogrody Berlina. A marzeniem jest wycieczka do ogrodów w Anglii. Hmmm, jeszcze chyba nie w tym roku.

czwartek, 16 stycznia 2014

Zima śniegiem sypnęła - czas do ogrodu!

No i poprószyło. Inaczej tego nazwać nie sposób. Mimo ilości niewielkiej i zdradliwie się topiącej, to zaczarowały śniegowe maleństwa świat pięknie.

Efekt? Nawet Marta tego dnia wstała bez szemrania, a wręcz z wielka radością. Co zdarza się jej jedynie w soboty i niedziele. I to tylko niektóre.
No ale mając taki widok wyczekiwany, któż by leżał w łóżku!



Ale do śniegu wracając i zimy, która jednak pokazała swoje prawdziwe lico, to niech was nie zwiodą nastrojowe białe krajobrazy za oknem. Owszem, gapimy się na nie ile się tylko da, ale potem - marsz do ogrodu! Niestety taki mokry śnieg, jaki mamy właśnie za oknem, może być niszczycielski dla niektórych roślin. Szczególnie kolumnowych iglaków, krzewów zimozielonych, traw.
 O ile krzewy liściaste, teraz gołe, sobie bez problemu dadzą radę, to młode koniki się już trochę rozjeżdżają pod ciężarem śniegu.
  Rabata trawiasta leży, i to dosłownie. Po delikatnym otrzepaniu ze śniegu trawy się jednak podniosą, obiecuję. Może nie będą wyglądać jak świeżynki, ale jeszcze będą zdobić ogród przez jakiś czas.
 Laurowiśnia zawalona śniegiem - do szybkiego otrzepania.
 Nawet spartyna, która wytrzyma wszystkie wiatry i burze, padła pod mokrym śniegiem. Wystarczyło jednak lekkie poszuranie i odżyła na nowo.
Kolumnowy cyprysik wygląda wprawdzie malowniczo ze śnieżnymi czapami, ale jeśli nie chcemy mieć miotły przez kolejne lata w ogrodzie, to lepiej go otrzepmy, chociaż troszkę, a najlepiej zwiążmy na zapas - gdyby znów miały przyjść śniegi, a my nie będziemy mieli sposobności go otrzepać. 

Po porannej kawie na stojąco przy oknie, założyłam więc śniegowce i kurtkę na piżamę i ruszyłam na obchód. Najpierw z aparatem, a potem z rękawicami i kijkiem (by sięgnąć do najwyższych gałązek iglaków). I zaczęłam otrzepywać ze śniegu trawy, laurowiśnię, cyprysika, sosnę, koniki. A wszystko po to, by nie połamały się ich gałęzie pod naporem ciężkich śnieżnych czap, albo - w najlepszym wypadku - nie zdeformowały się kolumny iglaków. Wprawdzie potem można popodwiązywać gałązki, ale to dużo trudniejsza praca niż teraz przejście się po ogrodzie i zabawa w śniegu. W dodatku to doskonała gimnastyka na świeżym powietrzu. Kto powiedział, że zima w ogrodzie się nie pracuje? Od razu minął ból głowy, który mnie męczył od kilku dni.
Polecam. I to jak najszybciej - z pożytkiem dla nas i ogrodu.

wtorek, 14 stycznia 2014

Stare, ale jare

Zbieraczy tryb życia odziedziczyłam chyba po ojcu, który w garażu ma wszystko (poukładane oczywiście tak, że dokładnie wie, co ma i gdzie). Mam kilkakrotnie robiła zamachy na jego włości widząc krążących złomiarzy czy trzymając ulotkę o zbiórce śmieci wielkogabarytowych. Na wiele się to nie zdało. Od zawsze lubiłam szperać w czeluściach strychu w naszym starym domu, w garażowych szafkach i zakamarkach szopki. Z takim samym zacięciem (w pozytywnym sensie) lubię flomarki za niemiecką granicą, targi staroci. Nie, żebym kupowała, ale oglądać uwielbiam. Przedmioty z duszą, historią, dziejami, które często nadawałyby się na film - tak przynajmniej sobie wyobrażam.
W domu staram się graciarni nie robić. Mąż nie lubi. Chociaż przymyka oko, gdy w garażu pojawia się sterta pojemników, które mogą posłużyć za doniczki, albo cierpliwie wynosi na strych pudła z kartonikami, rolkami, pudełeczkami, które potem wykorzystuję na warsztatach z dziećmi. Jestem mu z a to ogromnie wdzięczna.
Z rozrzewnieniem jednak oglądam brytyjskie programy ogrodnicze, w których Miejski Ogrodnik wyszukuje ciekawe rzeczy w sklepach z rzeczami używanymi. I idealnie wpasowuje je w przestrzeń ogrodu. Czy to stare obręcze po beczkach, czy pręty wkomponowane w posadzkę kamienną, czy też cynowe wanny jako wielkie donice. U nas niestety jeszcze wiele rzeczy się kupuje chcąc, by były nowiutkie, idealne, ewentualnie celowo postarzałe. Za co oczywiście płaci się o wiele więcej.
Najcudowniejszym miejscem pod względem wykorzystania do maksimum starych przedmiotów i pomysłowości ich przetworzenia są dla mnie ogródki działkowe. Zachęcam do spaceru i inspirowania się.
Tylko niech przestanie padać...
Tymczasem znalazłam świetną stronę z pomysłami, jak nadać nową wartość starej rzeczy.



No i ten sklepik...
Cherrie Carine's photo of the Brimfield Barn

Georgianna Velardi's photo of some mouthwatering junk letters....

czwartek, 9 stycznia 2014

O zagubieniu i kopaniu

Gdy tylko weszłam dzisiejszego ranka na ryneczek od razu je zauważyłam. Ale że były na straganie przy wejściu, a ja miałam jeszcze listę sprawunków wcale nie małych gabarytów do załatwienia, postanowiłam wrócić po nie na sam koniec zakupów. Nie było to wprawdzie łatwe, bo chociaż ryneczek duży nie jest, musiałam go obejść kilka razy, żeby trafić w bramę, którą weszłam. Taka moja orientacja w terenie. Taka, czyli żadna, a przecież nie będę pytać sprzedających, którędy do wyjścia. Bałam się trochę, że wykupią, że przebiorą, że zapakują na pakę i odjadą.
Ale były, czekały na mnie wyciągając do mnie zielone listki i łypiąc białym korzeniem. Otóż, kupiłam trzy korzenie pietruszki z natką. Zapłaciłam tyle samo, jak za te bez natki, więc czemu nie skorzystać. Tym bardziej, że plan miałam inny - zimowa uprawa piertuchy. Nie zasiałam takowej w tym roku, więc zieleniny nieco brakuje, tym bardziej, gdy wspomnę rok ubiegły, gdy mi rodziła nawet pod śniegiem. A i parapetowa miała się całkiem dobrze (więcej o uprawie pietruszki w donicy tutaj).
W tym korzenie staną się moim zbawieniem. Taką mam nadzieję.
Piękne, dorodne, nieco z ziemią (obok na straganie były ładnie umyte, jednak do sadzenia polecam te ziemiste) powędrowały do tej ziemi z powrotem jak tylko dotarłam do domu. Dwie do ziemi przy samym rasaie, żebym miała blisko. A jedna do donicy. Będzie na kuchenny parapet.
Śmiesznie musiałam wyglądać w balerinkach wciśniętych na zimowe skarpety, w których chodzę po domu, z szalikiem opatulającym szyje i głowę i łopatką pamiętającą cały sezon (no dobra, przyznaje się, nie umyłam i nie oporządziłam jeszcze narzędzi. Od wielu dni skrzynka narzędziowa stoi mi wyrzutem sumienia w garażu, ale jakoś tak się złożyło).
Miło było poczuć zapach wilgotnej ziemi, grudki między palcami, miękkość listków. Poczułam zew...

środa, 8 stycznia 2014

Domek dla lalek. Historia tego, co miało być prezentem

To był mój pomysł na gwiazdkę - zrobię Marcie domek dla lalek. Z tektury. A gdyby się nie udało - to kupię. Wybór jest ogromny. Ale dwa tygodnie przed świętami Marta z nudów grzebiąca w moich szpargałach (tekturach, bibułach, papierach, klejach) stwierdziła - Mamo, zróbmy domek dla lalek. Z tych kartonów, co je masz na szafie.
To chyba telepatia zadziałała. Albo nieświadomą łączność między molekułami, czy cokolwiek innego niewyjaśnionego.
No i wzięłyśmy się do pracy. Najpierw naoglądałyśmy się zdjęć z internetu własnoręcznie robionych domków, by potem ustalić, jak ma wyglądać nasz. Stanęło na tym, że domek musi mieć kuchnię, salon, łazienkę, pokój dla rodziców, sypialnię, pokój dziecięcy i taras na dachu. Stanęło na trzech kartonach i dobudówce. A że kartony dosyć spore, powstały półpiętra. Oczywiście na wszystkie prowadzą schody. Bez nich ani rusz. Windę proponowałam, drabinę, zjeżdżalnię. Ale uparła się na schody. No to kleiłam je, kleiłam, nawet dwubiegowe wyszły jedne.
Część elementów robiłyśmy razem (m. in. rewelacyjne łóżko piętrowe dla trójki dzieci), część robiłam w spokoju, gdy Marta była w przedszkolu. Nie zawsze to wychodziło mi na dobre, bo po powrocie słyszałam w pokoju wielki ryk - że nie miała być drabina, tylko schody i mam to odklejać, bo ona tak nie chce i już. Chodziło o fajna drabinę na poddasze. Schody się tam już po prostu nie mieściły. Nie dała się przekonać i schody chciała zewnętrzne budować (pomysły to ona ma, ale jak to zrobić, to już nie wie, ja zresztą też:). No i stanęło na tym, że drabina zostaje, ale prowadzi do niej podest i wchodzi się na nią z małego balkonu. Oj, było doklejania, było.
No i miałam nauczkę - bez konsultacji z Martą nie przykleję już żadnego kawałka tektury.
Po oklejeniu pokoju dziecięcego puchatą wykładzina i wzorzystą tapetą (w tej roli kawałek sfilcowanego szalika i papier do pakowania prezentów), doszłyśmy jednak do wniosku, że nie będziemy kolorować ścian, bo się zrobi za pstrokato. Zawiesimy kolorowe zasłonki, położymy dywaniki, zawiesimy obrazki i będzie kolorowo.
Jeszcze sporo pracy przed nami. Na pomoc przeszło Dzieciątko (bo to Ono w moim rodzinnym domu, gdzie spędzaliśmy święta, przynosi prezenty pod choinkę). Marta dostała komplet mebelków do kuchni, salonu i sypialni. Domek, chociaż niedokończony, nabiera wyrazu i gości już przyjmuje:)