czwartek, 17 sierpnia 2017

Jak zostałam działkowczynią

Za płotem miałam działki od kiedy wprowadziliśmy się do domku. Piękny widok z okien cieszył wiosną, gdy drzewa wocowe zaczynały obsypywać się kwieciem, jesienią, gdy mgły unosiły się nad złotym listowiem, w sumie o każdej porze roku.


Od jakiegoś czasu krążyła mi po głowie myśl o działce, bo w moim ogródku już ciasno coraz bardziej. Swoim pomysłem zaraziłam Martę. Razem powiesiłyśmy ogłoszenie, że chętnie kupimy działkę. To było wiosną. Nikt się nie zgłaszał, a ja nie miałam czasu zająć sie tym tematem. Aż wreszcie telefon, pierwsza wizyta i decyzja podjęta.
Nie wiem, czy pokazywać zdjęcia sprzed jakichkolwiek działań, z dnia zakupu. Nie jest to widok zachęcający, ale od razu poczułam potencjał miejsca. Tydzień temu stałam sie oficjalnie właścicielka praw do działki nr 63 i dostałam do ręki spory klucz.
Dotychczas tylko chodziliśmy i oglądaliśmy naszą działkę, dumaliśmy, jak zrobić furtkę w płocie, cześciowo planowaliśmy, co powycinamy. W myślach widziałam już rabaty warzywne, morze kwiatów i gałęzie uginające się pod ciężarem owoców.
Największym problemem okazał sie wielki barakowóz. Kolos o spróchniałych ścianach, zbutwiałym dachu okrytym resztkami papy i przeciężkim zardzewiałym stelażu na kołach. Na początku chcieliśmy wynająć kogoś do rozwalenia budy, ale po różnych ustaleniach i nieustaleniach K. postanowił, że spróbuje sam. I dzisiaj podziałalaliśmy. Cała rodzinką.
Nie ma jeszcze furtki w płocie, więc drabina, szpadel, kilof, łom, siekiera i sekatory powędrowały przez płot.
Marta znalazła od razu miejsce dla siebie - pod jabłonką zrobiła sobie domek, a potem i domek na drzewie. Wreszcie ma drzewa, na które może sie wspinać. Już poplanowała, gdzie powisimy hustawkę, a gdzie będzie scena.
K. walczył z dyktami, dechami, prętami, a ja z zapuszczonymi krzewami kaliny, forsycji.
W tym ferworze ledwo dosłyszeliśmy: "dzień dobry". To sąsiadka zza płotu podeszła przywitać nowych. Zaoferowała pomoc, gdyby nam jakichś narzędzi brakowało, opowiedziała, jak działka kiedyś wyglądała, podpowiedziała, gdzie są cebulki tulipanów, a która jabłoń ma dobre owoce i warto zachować, a której nie za bardzo. Pochwaliłam jej przecudne płomyki i już się umówiłyśmy na jesienne dzielenie kęp tychże :)
Działka jest zarośnięta, ale są dwie spore rabaty, które jeszcze niedawno były przekopywane. Perzu sporo, ale do ogarnięcia. Na działce od razu zauważyłam też sporo krzewów piwonii. Niektóre dorodne niesamowicie. Pewnie rosną tam od dawna. Kilka z nich rosło przy samym barakowozie. Aby nie zostały zniszczone, musiałam je przesadzić. A żeby to zrobić, musiałam przekopać i przygotować kawałek ziemi pod kwiaty. I zaczęłam kopać.
Moi drodzy - toż to samo złoto!!! Osoby, które twierdziły, że jest tam dobra ziemia, a pory rosną jak ramię, mieli rację. Z porami jeszcze sprawdzę, ale jak na razie czarna, wilgotna, na "gołe oko" przebogata i żyzna gleba mnie po prostu urzekła.
Przyjemności grzebania w ziemi nieco zabierały chmary komarów, ale trudno. Między jednym, a drugim machnięciem ziemistą rękawicą (czyli cała byłam w ziemi) usłyszałam kolejne "dzień dobry". To jedna z dziełkowczyń jechała właśnie do domu i z wszystkimi sie żegnała. Z nami też. W końcu też jesteśmy juz działkowcami. A za kilka minut kolejne "dzień dobry" i "może chcą Państwo kabaczka, bo mamy dużo, a nie chce mi się tyle do domu nosić". I chociaż w domu już cztery kabaczki czekają na przerobienie, oczywiście, że z chęcią wzięłam, tym bardziej, że z uśmiechem i kilkoma radami okraszone. Kolejna znajomość działkowa zawiązana.
A to dopiero początek:) Uff