Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

sobota, 23 listopada 2013

Zimno wszędzie, wieje wszędzie - o okrywaniu roślin słów kilka

Co roku zastanawiam się, czy lubię tę porę roku, czy nie. W tym roku lubię. Ale różnie bywa.
Ogród robi się szary, sterty suchych badyli wynoszę częściowo na kompostownik (ale już go zapchałam), a resztę do śmietnika (muszę porcjować sprzątanie, by w kuble zostało trochę miejsca na śmieci tradycyjne, a wywożą go raz na tydzień).
Ogołocone rabaty cieszą jeszcze gdzieniegdzie koralami berberysów, kaliny, jabłoni ozdobnej, wiotkimi liśćmi i źdźbłami traw, zeschniętymi kwiatami hortensji i kwitnącą nadal krzewuszką. Witalnością tej ostatniej to jestem wprost oszołomiona. Rośnie pod kuchennym oknem, przy którym zmywam, więc widuję ją często i cieszę się, że ją mam. Kwitną też nagietki, i to na "grubo" czyli niemal pełnymi kwiatami.

Ale idą przymrozki, więc pojawia się dylemat - czy już okrywać rośliny, czy jeszcze nie. Ogólna zasada jest taka, że okrywamy je gdy temperatura spada poniżej minus 5 stopni. Gdy zacznie się robić chłodniej, warto się zatem przygotować do akcji.
Przede wszystkim pozwalamy roślinom zasnąć. Nie nawozimy i nie przycinamy (ewentualnie usuwamy połamane suche gałęzie). Wiem, że wiele osób stosuje zimowe cięcie. Ja osobiście tego nie preferuję z kilku powodów. Przede wszystkim zimą roślina odpoczywa, więc i zabliźnianie rany jest bardzo ograniczone, a co za tym idzie - otwieramy bramę do ataku różnym grzybom chorobotwórczym. Bo przecież zimy są u nas różne, często jednak wilgotne, co sprzyja atakom chorób. Najlepiej, moim zdaniem, ciąć rośliny wraz z końcem zimy lub bardzo wczesną wiosną (luty-marzec), gdy niby jeszcze śpią, ale już szykują do nowego sezony, mają wiele sił witalnych, są wypoczęte po zimowym śnie i ze zdwojoną siłą ruszą wiosną.
W ogrodzie najważniejsze są teraz liście, a dokładniej - ich usunięcie. O ile na rabatach można sobie pofolgować nieco i poleniuchować (liście ochronią niektóre wrażliwsze byliny, ale mogą być tez siedliskiem gryzoni czy pędraków - wybór należy do Was), to z trawnika liście usuwamy obowiązkowo. Inaczej wiosną będziemy mieć brzydkie żółte plamy na naszym trawniku.
Wykopałam już bulwy dalii i zabezpieczyłam w pojemnikach z piachem. Sadzonki w donicach nocują w kuchni, bo ranki bywają już u nas białawe i oszronione. Jeszcze część czeka na znalezienie im miejsca pod dachem. Muszą wytrzymać. W sumie lekkie przymrozki roślinom nie szkodzą (chyba że to rośliny ciepłolubne, które już dawno powinny były powędrować do garażu czy piwnicy, z oknem oczywiście). Zadołowałam też donice, w których posadziłam tulipany, konwalie i krokusy. Do ziemi poszły też rośliny, dla których jeszcze nie znalazłam odpowiedniego miejsca w ogrodzie, więc na przeczekanie wsadziłam w ziemię razem z donicą.
Poidełko dla ptaków też już oczyszczone i schowane w garażu, a woda w zewnętrznym kranie zakręcona, no i nawadnianie wyłączone. Polecam "przedmuchanie" linii, bo szczególnie zraszacze trawnikowe mogą pod wpływem mrozu popękać)
To też dobry moment na rozłożenie kompostu wokół krzewów i bylin, by miały cieplej zimą, były zasilone od samiutkiej wiosny, a i kompostownik powinnam trochę opróżnić, bo pełen. A poza tym podczas przesadzania, wysadzania i takich tam innych "kopań" w ogrodzie porobiłam trochę dziur. Kompostem zatem też ładnie wyrównałam nawierzchnie rabat.
Co jeszcze mnie czeka? Osłanianie. Do osłaniania używamy najlepiej białej włókniny (nigdy nie czarnej!). Jeśli chodzi o cieniowanie, czyli osłanianie głównie roślin zimozielonych przed ostrym zimowym słońcem i wysuszającymi wiatrami, wystarczy cienka włóknina o gramaturze 18 gram, ale jeśli ma ona jednak też trochę ochronić rośliny przed chłodem, lepiej wybrać tę o gramaturze 50 gram.
Przyznaję, że jestem wygodna i trochę leniwa. Sadzę zatem głównie takie rośliny, które sobie poradzą z naszymi zimami. Faktem jest, że Zielona Góra leży w łagodnej pod tym względem części kraju, co sprzyja mojemu lenistwu. Są jednak rośliny, które warto ochronić i u nas. Tak na wszelki wypadek.
- róże  - kopczykujemy ziemia lub korą. szczepione na pniu delikatnie przyginamy do ziemi i osłaniamy, ale robimy kokony chroniąc miejsce szczepienia, bo to ono jest najbardziej wrażliwe
- kopczykujemy też kalmie, pierisy, różaneczniki, wrzosy - a zatem większość roślin zimozielonych. Górę osłaniamy delikatna geowłókniną
- budleje i hortensje bukietowe tylko kopczykujemy, bo nawet jeśli pędy przemarzną, rośliny doskonale odbijają z korzeni
- ketmie, hortensje ogrodowe i piwonie krzewiaste osłaniamy zdecydowanie dokładniej (kopczyk plus włóknina)
- lawenda kilkuletnia powinna sobie poradzić bez osłony, ale gdy zapowiadany jest ostry mróz, a śniegu nie ma, to lepiej ją osłonic cienka warstwą włókniny.
- Dobrze też stroiszem (gałązki iglaków) czy korą osłonić trochę byliny, które posadziliśmy późną jesienią. Niech chociaż w pierwszym roku mają sobie cieplutko.

A na koniec trzeba oczyścić narzędzia, naoliwić, wyprać rękawiczki, zrobić porządek w środkach ochrony roślin i nawozach. I tylko ... czekać do wiosny:)

środa, 20 listopada 2013

Wino się poleje

Do lubuskich win i winiarzy mam wielka słabość. W obcowaniu z twórcami i ich trunkami zawsze jest zaskakująco, serdecznie miło i niezwykle aromatycznie. Ludzie z pasją robiący coś niezwykłego. Niby od nowa, ale jednak zakorzenione głęboko w tradycji miasta, regionu. Pięknie o tym pisze Krzysztof Fedorowicz w swojej książce "Grunberg" (rozmowa z autorem).
O lubuskim winie mówi się ostatnio sporo i to w różnych kontekstach. Że kwaśne, że drogie, ale również, że przyszłościowe. Nie bez kozery chyba w nasze strony ściągają Francuzi, podobno najlepsi znawcy win, by tutaj uprawiać winorośl i produkować szlachetny trunek. No i koło Zaboru powstaje największa winnica w Polsce.
Czy to świadectwo tworzenia symbolu na siłę? Chęci wyróżnienia się, by wreszcie przestano nas mylić z Lubelszczyzną, a Zielonej Góry z Jelenią Górą? A może interpretowania na wyrost poczynań dawnych mieszkańców?
Czy rzeczywiście wino tutejsze ma przyszłość, znajdzie swoje miejsce nie tylko na stołach koneserów, ale również zwykłych wielbicieli wina, którzy zwykle zaopatrują się w biedronkowe, wcale nie najgorsze trunki? Warto się o tym przekonać, a okazja jest nie byle jaka - Gala Lubuskiego Wina.

W piątek 22 listopada od godz. 18 będzie można skosztować dziewięć win rocznika 2012 z dziewięciu winnic: Cantina, Julia, Kinga, Ingrid, Miłosz, Na Leśnej Polanie, Equus, Pałac Mierzęcin oraz Krucza.
Do win podane będą przystawki specjalnie dobierane przez winiarzy do ich pokazowych trunków. Każdy z winiarzy opowie też historię tego, co będzie można skosztować.
Bilety w zielonogórskiej palmiarni. Ja już kupiłam:)
A tutaj na dokładkę o tym, jak lubuskie wino powstaje:)

Jak dzieci miasto tworzyły

Chociaż mieszkam nieco na uboczu miasta (żeby nie napisać "na zadupiu", jak mówią niektórzy), cały czas interesuje się tym, co się w mieście dzieje. Nie w kontekście koncertów, wydarzeń czy plotek politycznych, ale w kontekście życia miasta. Od dawna interesuję się miastem jako miejscem do życia i finkcjonowania w szerokim tego słowa znaczeniu. Poszukuję jego drgań, szperam w oddziaływaniach architektury na przestrzeń i przestrzeni na ludzi, zaglądam w podwórka i przysiadam na krawężnikach. Lubię patrzeć na ludzi, obserwować zachowania w tkance miejskiej. I mieszkańców, i kotów, i ptaków, i lebiody. A najbardziej pochłaniają mnie interakcje z dziećmi, które zawsze znajdą sobie ciekawsze miejsce, rzecz do zabawy, trakt do przejścia czy atrakcję do zobaczenia niż wyznaczyli im rodzice.
I dzięki temu ich poznawanie swojego miejsca życia jest o wiele ciekawsze, bez względu na to czy to wielkie miasto, czy mała wieś, czy mieszkają w wielkiej willi czy bloku. Ich patrzenie na świat jest o wiele bardziej intrygujący. Warto się tego nauczyć. Jak? Podpatrując.
Ja radzę sobie jeszcze inaczej - prowadzę warsztaty, w tym architektoniczno-urbanistyczne dla dzieci i młodzieży. I prowokuję najmłodszych do wyrażania swych wizji, tworzenia swoich wymarzonych budowli, miejsc.
Oto kilka obrazków z ostatnich zajęć.
Miasto zbudowane przez uczniów SP 17 i kolegów z Cottbus. Zauważyliście, ile tu kolorów?
Dzieci z Miejskiego Przedszkola nr 30 i koledzy z Europakita w Cottbus tez budowały swoje miasto.Zieleni nie zabrakło. Fot. Tylna 37
Młodzi architekci i ich dzieło, które można do woli zmieniać. Fot. Tylna 37 
Momentami aż trudno mi uwierzyć w swoje ograniczenia wyobrażeniowe, gdy patrzę na ich prace i nie do końca kumam, o co w nich chodzi. Choć wydają się nieokiełznane, to wszystko jest logiczne, przemyślane, ma swój sens.
Wystarczy posłuchać dzieci, pójść z nimi na spacer i pozwolić się prowadzić. Czysta przyjemność!

niedziela, 17 listopada 2013

Guma, czyli historia zadyszki

Od jakiegoś czasu Marta bardzo lubi bawić się w przyjęcie urodzinowe jednej z jej siedmiu lal (wśród 6 dziewczynek jest i jeden chłopak, co zawsze mnie trochę zastanawia:). Ostatnio główna atrakcja przyjęć, oprócz oczywiście tortu ze świeczką, jest zabawa w tor przeszkód. Od głównych drzwi do drzwi tarasowych jest kilkanaście metrów, więc jest gdzie układać przeszkody, slalomy, przeszkody do przeskoczenia i inne. Dzisiaj podczas poszukiwania w całym domu przedmiotów, które mogłyby urozmaicić po raz kolejny organizowany bieg przez przeszkody znalazłam gumę do skakania. Marta chyba ja kiedyś dostała z jakimś gadżetem, nie pamiętam. Oczywiście ładna, fioletowiutka, bez węzłów, jakie bywały gęsto i często w majtkowych gumach z dzieciństwa.
Ambitnie podeszłam do sprawy. Martę postawiłam na jednym końcu, męża na drugim końcu gumy i zaczęłam się popisywać, jak to ja kiedyś w gumę skakałam. No właśnie - kiedyś.
Dwie porachy, potężne. Nie pamiętam, jak były czwórki, a poza tym przy dziewiątkach już omal nie wyzionęłam ducha, a przyznam, że w siódemkach (obracanych) zrobiłam odpoczynek. Dziesiątki mnie dobiły. Psychicznie i fizycznie. Kondycje mam zerową. Od dzisiaj razem z Martą biegam w torze przeszkód podczas urodzinowych przyjęć jej lal. Obiecuję.
Dla tych, którzy z sentymentem wspominają dawne podwórkowe zabawy, polecam coś takiego: http://zabawy.zrodla.org/pliki/wychodza-z-cienia-podworkowe-wspomnienia-web.pdf
Przewspaniała lektura:)