Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

środa, 26 czerwca 2013

Gdy pada deszcz... poziomki pachną jeszcze pyszniej

Za oknem kolejny dzień strugi deszczu leją się z nieba, a wiatr niemiłosiernie szarga roślinami. Ze strachem wręcz patrzę na trawy, które kłaniają się w pas. Oby wytrzymały, bo ostróżki już się wyłożyły do parteru, podobnie eleganckie dotychczas kwiaty kozłka lekarskiego. Młode drzewka motają się przy palikach tak mocno, że dwa pozrywały taśmy zabezpieczające. Pod brzózką jest ogromna kałuża wody. Ziemia po prostu już nie przyjmuje wody. I co tu zrobić? Przeszłam w kaloszach (które okazało się, że przeciekają) po ogródku i ... wróciłam do domu.
Ale nie z pustymi rękoma:) Garść poziomek i druga truskawek poprawiły odrobinę humor:)

Codzienny plon czerwoności mnie wręcz oszałamia. No dobra, niektóre jeszcze może nie są najdojrzalsze, ale perspektywa, że mógłby je zniszczyć kolejny deszcz przekonała mnie do ich zerwania.
Na pogryzkę jak znalazł. A wiecie, że poziomki, nawet zrywane w deszczu, pachną lasem? coś cudnego...

piątek, 21 czerwca 2013

Jak ściągnąć zdrowe warzywa na swój stół - kooperatywa spożywcza

Dzisiaj dowiedziałam się, że w Zielonej Górze działa już coraz prężniej i prężniej Kooperatywa Spożywcza. Idea jest taka, że grupa zapaleńców najpierw szuka w okolicy gospodarzy, którzy produkują warzywa i owoce bez chemii, a potem co tydzień odbierają sezonowe plony.
Dotychczas o takich inicjatywach słyszałam tylko w większych miastach (więcej na stronie http://kooperatywy.pl/ ), a w naszym mieście tylko słuchy chodziły, że by się przydało, że niby chętni by byli. Ale wiadomo, jak to czasem z chęciami bywa. A tu abstrakcyjne wydawałoby się planowanie stało się realne.
Co tydzień zbierane jest zamówienie na aktualnie rosnące warzywa, które potem do odbioru są w Zielonej Farmie na ul. Żeromskiego 21. To tymczasowa miejscówka, bo już szykowane jest docelowe miejsce odbioru warzyw.
Zostałam wpisana na listę mailingową:) więc czekam na wieści, co jest w ofercie. Z dotychczasowych podobno szałowa była pietruszka. Pęczek okazał się wielgachnym pękiem pachnącym oszałamiająco. Były też truskawki, szczypiorek. W sumie za wiele jeszcze w warzywniaku nie ma, ale zaczyna się, oj zaczyna:)
Szczegóły pod nr. tel. 500 673 267 (Monika). Polecam!

wtorek, 11 czerwca 2013

Bzu czarnego zapach duszący

Już gdzieniegdzie kwitnie, już pachnie zabójczo. Oto on - bez czarny, synonim dziecięcych zabaw w dom i symbol lekarskich właściwości roślin. Przynajmniej dla mnie sprzed iluś tam lat. Z kwiatów wymieszanych z błotem i piaskiem lepiłam placuszki dla lalek w domku ukrytym pod rozłożystym drzewem. I kazałam koleżankom jeść, a gdy nie chciały, karmiłam lalki.
Charakterystyczny korzenny zapach potartych w dłoniach liści czy zdartej z gałązek kory pamiętam do dziś. A potem w gorące letnie dni czarne palce babci zrywającej zwieszone wiechy owoców. Sokowirówka na piecu i aromatyczny sok. Dobry z wodą na gaszenie pragnienia latem, a zimą dolewany do herbatki lipowej (zrywanie kwiatów lipy to była specjalność dziadka) jako panaceum na zmarznięte wiecznie nogi i dłonie oraz przeciw przeziębieniowy eliksir dla każdego.

Bez czarny uchodzi za krzew-chwast. Raczej nielubiany, wycinany, odpychany. Chociaż pojawiły się odmiany ozdobne z różowymi kwiatami, o liściach powcinanych, bordowych, nakrapianych i strzępiastych, to nie dorównują oryginałowi. Tylko owoce tego zwykłego, rosnącego niemal wszędzie bzu są jadalne i mają  właściwości lecznicze.
W moim ogrodzie nie mam nań niestety miejsca. Może uda mi się go posadzić gdzieś na obrzeżu pobliskiego lasku...a tymczasem uprosiłam rodziców, by nie wycinali bzu w podwórzu, chociaż przeszkadza im tam bardzo. Kłopot w tym, że bardzo rzadko udaje mi się utrafić z pobytem u nich w czas kwitnienia czy owocowania. W tym roku może mi się uda. Bo warto.

Z baldachów kwiatowych można bowiem smażyć aromatyczne naleśniki (podobnie jak z kwiatami akacji, ale ta już przekwitła). A tutaj przepis, gdyby ktoś miał ochotę.
Z owoców robi się od dawien dawna soki i nalewki, podobno bardzo dobre na przeziębienia.
Podczas ubiegłorocznego Święta Bzów w Siedlisku (polecam serdecznie imprezę, chociaż w tym roku nie było mi dane tam dotrzeć) zainteresowało mnie baaardzo stoisko pań z jednej z okolicznych miejscowości, które częstowały trunkami, nalewkami i innymi cudami z czarnego bzu.
Aby zachęcić Was, a siebie zdopingować do pilnowania w tym roku pory kwitnienia i owocowania bzu podaje przepis na leczniczą nalewkę z czarnego bzu, a jakżeby inaczej. Podobno rewelacyjnie oczyszcza organizm:
SKŁADNIKI:
1 kg dojrzałych owoców czarnego bzu
1 l spirytusu
syrop cukrowy
0,5 l wody
25 dag cukru
PRZYGOTOWANIE:
Owoce bzu szybko opłukać na sicie, włożyć do gąsiora i zalać spirytusem. Trzymać w szczelnie zamkniętym gąsiorze przez miesiąc. Po tym czasie zlać i przefiltrować przez bibułę filtracyjną. Dolać do przygotowanego wcześniej syropu z wody i cukru. Zamknąć gąsior, a nalewkę odstawić na 7 dni. Po tygodniu przefiltrować i rozlać do butelek. Szczelnie zamknąć i postawić na 6 miesięcy w ciemnym i średnio chłodnym miejscu. Działa napotnie, moczopędnie, czyści krew, uśmierza gorączkę, pomaga w przewlekłych zaparciach, pozwala pozbyć się toksyn.
To wszystko z ulotki drukowanej na zielonym papierze. Mam ją do dziś:)
Ja spróbuję:)

sobota, 1 czerwca 2013

Ślimaki atakują

Zwykle pojawiały się, i owszem, zbierałam, zgarniałam, a część zostawiałam. W końcu tyle roślin w moim ogrodzie, że mogę się nimi trochę podzielić nawet z nielubianymi (a i to za łagodnie powiedziane) mięczakami.
Ale teraz przesadziły. I to zdecydowanie. Stąd i moje zdecydowane kroki. Innych poczynić nie mogłam, gdy zobaczyłam na niewielkiej szałwii osiem pomrowców, w tym dwa ogromne. Na sąsiedniej szałwii kolejna rodzinka i kolejna na kolejnej. Na kokoryczce to chyba nie rodzinka a rodzinacha się cała spełzła, bo naliczyłam (i zebrałam) ich chyba z 20. Upatrzyły sobie też przymioto, hortensje, astry jesienne...
Byłam bezlitosna. Zebrałam i wyrzuciłam do kosza na śmieci. Po 10 minutach już spokojniejsza spaceruję sobie po ścieżce, dumna z siebie. I co widzę? Kolejną partię oślizgłych obrzydlistw wyłażących i wspinających się na rośliny. Nie poddam się łatwo. Nie. Jutro jadę do znanego marketu m. in. z różnymi środkami. Coś na pewno znajdę i na pewno to się pomrowcom nie spodoba. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Macie jakieś sprawdzone sposoby na ślimaki? Jeża mi trzeba. Najlepiej chyba z całą rodzinę.