PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

niedziela, 30 września 2012

Roślina tej niedzieli

Grujecznik japoński (Cercidyphyllum japonicum), nie wiem dlaczego nazywany jest samurajem w ogrodzie, bo dla mnie to poduchowy pieszczoch, który z surowym i poważnym samurajem jakoś mi się nijak nie kojarzy. Ale to moje skojarzenia. Dzisiaj ten samuraj-pieszczoch wynagrodził mi kilka miesięcy stresów (gdy jego piękne liście zwijało jakieś choróbsko). Gdy zbierałam opadłe liście, by jakiekolwiek patogeny nie wyciągnęły swego łba w przyszłym roku, uraczył mnie tak pięknym, słodki m zapachem, jakiego dawno nie czułam: karmel z cukru, wanilia, nieco przypraw korzennych. Powiem tylko tyle: długo zbierałam te liście, choć drzewko niewielkie.
To samo drzewko - różnica czasowa - ok. 3 tygodni.

czwartek, 27 września 2012

Jesienne impresje

Jeszcze kilka dni, jeszcze niech zostaną, jeszcze niech cieszą - tak mówię o moich jednorocznych roślinach, które nabierają jesiennej patyny i już mogłyby wylądować w kompostowniku, ale żal nieco, szkoda, bo przecież tyle dały radości: fasola ozdobna, nasturcje, nagietki, petunie, kosmosy, cynie... Jeszcze je na trochę zostawię, na trochę, choć ręce aż rwą się do porządków. Bo ja lubię porządek w ogrodzie, taki mój, nieco niepoukładany, ale porządek:)

niedziela, 23 września 2012

Gdzie czas się zatrzymuje...

Rozległe łąki skąpane promieniami zachodzącego słońca, szmer płynącego tuz obok Bobru, leżaki nad rozlewiskiem i malownicza ławka nad rozlewiskiem... brzmi jak laurkowa sielanka, ale właśnie byłam w takim miejscu. Przypadkowo odkryte, ale przepiękne. Dodało sił, spowolniło myśli, poukładało chaos. Po prostu polecam - Stary Młyn w Brzeźnicy koło Krosna Odrzańskiego.

czwartek, 20 września 2012

Moje ukochane jednoroczne, czyli jak zapychać dziury

To one ratowały w tym roku mój ogród, będą ratować pewnie i w przyszłym. Bo mogą uratować każdy zakątek, czy to na balkonie, tarasie czy w ogrodzie wszelakiej wielkości. Mowa oczywiście o jednorocznych kwiatach. Nie potrzebują wielu zabiegów, miejsca, troski. A dają mnóstwo koloru przez cały rok. Niektóre bardziej staromodne, inne oryginalne. Dopasują się do każdego otoczenia. A największa satysfakcja jest nie z tych, które kupujemy hurtem w sklepach ogrodniczych, ale z tych, które wyhodujemy sami z nasion.
Mnie osobiście zawsze to przerażało, bo po prostu w małym mieszkaniu nie miałam gdzie trzymać skrzynek czy doniczek z siewkami. Potem jeszcze robota z pikowaniem itd. A gdy się wyjeżdżało na kilka dni, to zwykle siewki padały z wysuszenia.
Teraz wbrew pozorom nic się nie zmieniło. Marzę o szklarni czy zimnym kompoście, ale muszę się obejść smakiem, bo takowych nie mam i raczej mieć nie będę. Więc nadal hoduję roślinki na parapecie jednego z pokoi. Mąż niechętnie patrzy na porozstawiane wiosną wszędzie, gdzie się da, skrzynki, plastikowe pojemniki. Ale nic nie mówi. Na szczęście.
Które jednoroczne polecam?
Kosmos podwójnie pierzasty (Cosmos bipinnatus), zwany też onętkiem, warszawianką. Pamiętam, jak rósł w ogrodzie rodziców. Z płatków robiłyśmy sobie z koleżankami długie kolorowe szpony. Płatki po prostu przyklejałyśmy szerszą stroną do paznokci. Czym? Śliną!
W mieście za często go nie widziałam. Może dlatego, że uchodzi za wiejski i babciny. A to błąd. Bo jego delikatne łodyżki i listki oraz szaleństwo prostych, ale eleganckich kwiatów pięknie wygląda zarówno na romantycznych czy eklektycznych rabatach, jak i w nowoczesnych, ascetycznych założeniach. Grupie krzewów dodadzą lekkości, koloru, rozjaśnią ciemny zakątek, a rozsiewają się niemal same. Warto to jednak kontrolować i wysiać je samemu. Podobno, jak ktoś raz posieje kosmos, to już ogród na zawsze zostanie kosmiczny. Liczę na to:)

Nagietek lekarski (Calendula officinalis) Wysiałam go chyba już w lutym, bo nie mogłam wytrzymać z nicnierobienia. U znajomej rośnie niemal jak chwast w warzywniaku. Bo tam jest podobno najbardziej pożyteczny - nie tylko przyciąga mszyce, ale też sam jest jadalny (kolejny kwiat z serii ulubionych Marty).


Mnie jednak urzekł na tyle, że posadziłam go przy samej ścieżce prowadzącej do ogrodu. Miejsce mu się spodobało. Tak ogromnych i pięknych kwiatów nagietka jeszcze nie widziałam. Atakował go kilka razy mączniak, ale nie pokonał.

Płatki kwiatów nagietka mogą być stosowane zamiast szafranu, bo nadają potrawom żółty kolor i lekko pikantny smak. Wiedzieli o tym podobno już w XIV w.
Ja ususzyłam ich trochę na ewentualne okłady dezynfekujące i herbatkę. Latem ładowałam po kilka płatków z listkiem mięty i jagódką do pojemników na lód w zamrażarce. Ładnie wyglądały te kostki w dzbanku ze zwykłą wodą czy lemoniadą. No i ususzyłam mnóstwo nasion na przyszły rok.

Cynia wytworna (Zinna elegans). Kolejny kwiat, który kojarzyłam dotychczas z maminym wiejskim ogrodem i letnimi bukietami na stole. To od mamy dostałam pierwsze nasiona i potem brałam kolejne: z największych okazów, najciekawszych kolorystycznie, najmniejszych pomponowych. Bo odmian jest mnóstwo.
Mnie urzekły eleganckie pomarańczowe duże kwiaty, które pięknie kontrastują z zimną lawendą oraz malutkie pompony, których mnogość kwiatów zaskakuje. Są bardzo trwałe. W wazonie pięknie wyglądają przez długie dni. Przyciągają owady i wystarczy wycinać od czasu do czasu przekwitłe kwiaty, by cieszyły oko przez cały sezon. Jedna rada: najlepiej wyglądają w grupach i lepiej, by coś niższego zasłaniało doły łodyg, bo te mogą nie wyglądać najlepiej.

poniedziałek, 3 września 2012

Na początku była brzoza



O ogrodzie marzyłam od dawna. Za każdym razem wyobrażałam sobie siebie na hamaku pod brzózką. Brak własnego kawałka ziemi rekompensowałam sobie dziesiątkami donic na niedużym balkonie w bloku. Wreszcie udało się. Jest domek i malutki, ale własny ogród. I ku naszej wielkiej radości – brzoza. 
Co dalej? Zaczęłam gorączkowo planować, jak ma wyglądać reszta ogrodu. Plany były ambitne: drewniane podesty, żwirowisko z sucholubnymi roślinami, kilka drzewek owocowych i krzewów z jagódkami. Firma zrobiła ścieżki, wyłożyła trawnik z rolki, by efekt był natychmiastowy, Resztę chciałam zrobić sama. Pogrzebać w ziemi, ubrudzić się, pobawić w przestawianie doniczek z sadzonkami jak dziesiątki razy oglądałam w brytyjskich programach o miejskim ogrodniku. Jeździłam bez opamiętania po szkółkach ogrodniczych i zwoziłam rośliny. Te, które zaplanowałam w projekcie oraz takie, których na liście nie było, ale urzekły mnie swymi listkami, kwiatami, pokrojem. Kosze roślin przywoziłam od znajomych, które porządkowały ogród. Brałam wszystko. I sadziłam. To było moje świętowanie.
Przyszła ulewa.