Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

poniedziałek, 3 września 2012

Na początku była brzoza



O ogrodzie marzyłam od dawna. Za każdym razem wyobrażałam sobie siebie na hamaku pod brzózką. Brak własnego kawałka ziemi rekompensowałam sobie dziesiątkami donic na niedużym balkonie w bloku. Wreszcie udało się. Jest domek i malutki, ale własny ogród. I ku naszej wielkiej radości – brzoza. 
Co dalej? Zaczęłam gorączkowo planować, jak ma wyglądać reszta ogrodu. Plany były ambitne: drewniane podesty, żwirowisko z sucholubnymi roślinami, kilka drzewek owocowych i krzewów z jagódkami. Firma zrobiła ścieżki, wyłożyła trawnik z rolki, by efekt był natychmiastowy, Resztę chciałam zrobić sama. Pogrzebać w ziemi, ubrudzić się, pobawić w przestawianie doniczek z sadzonkami jak dziesiątki razy oglądałam w brytyjskich programach o miejskim ogrodniku. Jeździłam bez opamiętania po szkółkach ogrodniczych i zwoziłam rośliny. Te, które zaplanowałam w projekcie oraz takie, których na liście nie było, ale urzekły mnie swymi listkami, kwiatami, pokrojem. Kosze roślin przywoziłam od znajomych, które porządkowały ogród. Brałam wszystko. I sadziłam. To było moje świętowanie.
Przyszła ulewa.
W pierwszy dzień cieszyłam się, że roślinki będą dobrze podlane. Ale lało przez tydzień. Z ogrodu robił się staw. Połowa trawnika pod wodą, a wraz z nim większość ogrodu. Gliniasta żyzna ziemia, która miała być moim błogosławieństwem, stała się przekleństwem. Najbardziej szkoda mi było tonących rozchodników olbrzymich. Tak pięknie wyglądały na żwirowisku. Okazało się, że „suchy ogród” był najbardziej mokrą częścią ogrodu. Nawet aksamitki, niby nieśmiertelne, nie wytrzymały i stały się pośmiewiskiem.

Patrząc na spustoszenie po pierwszej ulewie dotarło do mnie, że nie mam w tym ogrodzie za wiele do gadania. Tu rządzi natura. Rozchodniki przesadziłam do podwyższonej rabaty, a w wolne miejsca posadziłam kaliny. Dużo kalin. Pęcherznice, derenie, irysy, niezapominajki, kaczeńce. Zamiast gruszy jest wierzba, a w miejsce truskawek posadziłam poziomki leśne. Jako pierwsze uraczyły nas swoimi owocami.  
Z ogrodu pokazowego mój kącik stał się ogrodem swojskim. Dotarło do mnie, że z naturą walczyć nie warto, bo dzięki jej oporowi mam ogród pełen życia i "do życia". I spełniło się moje marzenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz