PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

czwartek, 26 września 2013

O jabłkach i niewinnych flirtach na targu

No i znów pada. A niech tam. Niech pada. Orzeźwiająco się przy okazji zrobiło. Tylko trochę z obawa patrzę na niektóre rośliny, bo mączniak zaczyna je atakować, a tu ani pryskać, ani chronić nie ma jak, bo wilgotno na 1000 proc. Na kaloryferze ich przecież nie podsuszę, chociaż - co miło mi przyznać - ciepłe są już:)
I w taka oto deszczowa aurę uzbrojona w kurtkę z kapturem, dwie wielgachne torby i chęci miłych zakupów ruszyłam na targowisko. Plan taki: kupić jabłka. Do jedzenia też, ale głównie do smażenia i słoików, by potem na jabłecznik było jak znalazł. W ub. r. porobiłam ze 20 słojów z cynamonem, goździkami, jak Pan Bóg przykazał. Rozeszły się w mig. W sensie, intensywność pieczenia jabłeczników przerosła efekty domowej manufaktury. W tym roku zatem postanowiłam posmażyć więcej, więcej, więcej... Nie przez zachłanność, ale uwielbienie tego zapachu prażonych jabłek. No i świadomość, że jabłecznik to ulubione ciacho Marty. Miód na serce każdej matuli:)
Kłopot był w tym, że zwykle jabłka zwoziłam spod rodzicielskich drzew. W tym roku jednak anomalie pogodowe jakoś tak zadziałały, że jabłek na drzewach mało. A że mamina drożdżówka z jabłkami czy też "myrptajg" nie ma sobie równych, to nie będę się pozbawiała tych drobnych smakowych przyjemności podbierając mamie jabłka.
No i dotarłam wreszcie na ryneczek. Wyszukałam jabłka nieco nierówne, z robaczkiem gdzieniegdzie, a przez to... tańsze (odwrotnie proporcjonalna zależność w stosunku do sklepów ze zdrową żywnością:). Pan sprzedający nawet mi zaproponował wspólne jedzenie tych jabłek (a kupiłam 6 kg), al gdy go uświadomiłam, że najwyżej może i pomagać w obieraniu tychże, z uśmiechem zmienił temat.
Ech, te niewinne rozmowy na targu...:)
Z samymi jabłkami jednak nie wróciłam do domu, nie. Natachałam się jak osioł, ale jaki zapach do domu przyniosłam!!!!!
Pietruszka i koperek skąpane deszczem porannym (posiekać, do małego słoiczka i do zamrażalki, potem tylko w razie potrzeby ostrym nożem wyskrobuję potrzebną ilość i jest jak świeżutkie:). Pomidorki od starszej pani na chodniku (malinówki jak się patrzy z pękniętym nieco boczkiem), czosnek rodzimy (główki średnie). Dwie cukinie (nie mam na nie jeszcze pomysłu, ale urzekły. Może placki, albo leczo...). Młoda kapusta na surówkę i gotowaną z masłem - ulubiona forma kapusty, hmmmmm
No i moje ryneczkowe odkrycie. No dobra, może oryginalna nie będę, ale pierwszy raz spotkałam świeże liście szpinaku na ryneczku. Może za mało się rozglądałam, albo zdecydowanie za rzadko tam bywam i się rozmijam z tymi liśćmi. Koniec końców - kupiłam pół kg (to sporo!). I od razu wróciwszy do domu zrobiłam sobie jajecznicę z jaj od mamy ze szpinakiem świeżym i kruchutkim, do tego bułka z masłem. I na dokładkę przeglądałam sobie "Sielskie Życie", które zakupiłam po drodze i urzekły mnie same obrazki. A za oknem deszcz...

środa, 25 września 2013

Żeby jesienne doły nie wciągnęły

Wystarczył dzien jesieni, a mnie juz doły zaczęły łapać. Bywa. Nie zawsze wszystko poukładane zgodnie z terminarzem i zegarkiem jest takie przewidywalne i zdodne z moimi oczekiwaniami. Hmmm.
Aby się trochę wyrwać z zakręconego koła przesuwanych terminów, lawiny maleńkich spraw, które trudno załatwić i strug deszczu spontanicznie pojechaliśmy na weekend nad morze. To był dobry pomysł.
Słońce, szum fal, latawce, wieczorem kino i domowe ciacho ze śliwkami.

 A dzisiaj (po kolejnym dniu szarości, której ze wszystkich sił staram się nie poddawać:) wyszło na chwilę słońce. Krótka była chwila, ale jakże piękna:










 A poniższe zdjęcie ze specjalna dedykacją - Aniu, tak wyglądają nasiona kosmosu:)

wtorek, 24 września 2013

Cebulowe sadzenie - czas pomyśleć o wiośnie

Ogród pachnie dziś deszczem, plackiem ze śliwkami zajadanym na tarasie w kocowych pieleszach i karmelem. Tak pachną złocące się już powoli liście grujecznika.
Właśnie nad przemoczonym ogrodem przeleciała chmara niedużych ptaków. Chyba z setka. Przycupnęła na sekund pięć na drutach pobliskich i pofrunęła dalej. Znak, że i ptakom pogoda się już u nas nie podoba i szykują się na wakacje. Też bym tak chciała...
Ja tymczasem szykuje się do innego zadania: cebulkowania. Te cebulki, które zebrałam latem po mniej lub bardziej (bardziej mniej) obfitym kwitnieniu już są w ziemi. Ale przy okazji wizyty w centrum ogrodniczym nie mogłam, no nie mogłam (ech, zawsze to powtarzam przy zakupie roślin:) się oprzeć i nakupiłam torbę cebul maści wszelakiej: tulipany, żonkile, szafirki, oczywiście hicior ostatnich lat czyli czosnek ozdobny, a także szczawik Deppego (pierwszy raz zobaczyłam i... wzięłam, a co).
A zatem, jeśli chcecie, aby Wasz ogród wyglądał za kilka miesięcy tak:
albo tak:
a może tak:


albo może tak:
Taras czy balkon też nie powinien być gorszy, bo cebulowe można sadzić z powodzeniem w pojemnikach:


Ja już posadziłam w donicach konwalie i tulipany (przyznaję, że w przypadku tych drugich są to małe cebulki, które muszą jeszcze trochę podrosnąć zanim zakwitną, ale jakaś szansa na kwiat może jest:).
Zresztą te, które czekają na wysadzenie, w części trafią właśnie do skrzynek. Taki mam plan.
A co do sadzenia. Często największym problemem jest - jak głęboko sadzić cebulki? W internecie krąży mnóstwo obrazków, schematów i wskazówek, na ile centymetrów sadzić tulipany, na ile narcyzy, szafirki czy lilie. W efekcie wszystko nam się plącze, bo do wytycznych dochodzi przecież fakt, że cebulka tulipanowa cebulce tulipanowej może nie być równa. I co wtedy? Otóż podpowiem jedno - sadzimy na zdrowy rozsądek - nie za płytko, nie za głęboko. Ogólna zasada jest taka, żeby posadzić cebulkę w dobrej ziemi i taka samą ziemią (dobrą) ją przysypać przynajmniej na dwie wysokości cebuli. Czyli - kilka centymetrów. Nikt przecież z linijką po ogrodzie biegać nie będzie. Jeszcze mały kłopot, gdy robimy kępę jednego rodzaju. A gdy zechce się nam kolorowa kępa złożona z tulipanów, szafirków i czegoś tam jeszcze, to już klops linijkowy murowany. Nie dajmy się zatem zwariować.
Pozostaje jeszcze kwestia sławetnych koszyczków do sadzenia. Można kupić w różnym rozmiarze - maleńkie i wielgachne. Przyznam, że sama kupiłam, bo klientka bardzo chciała, ale i tak ostatecznie ich nie spożytkowałam, bo na sto procent będę pamiętać (jak zawsze zresztą:), gdzie zakopałam cebulki.
Zgubić mogłyby się tylko wtedy, gdy je psy rozgrzebią (koszyczki tutaj niczego nie zmienią - uwaga z doświadczenia:) lub gdy ziemne stworzonka uznają je za świetne zapasy na zimę. Koszyki jednak bardzo ograniczają, szczególnie wtedy, gdy nasza chmara kielichów czy trąbek ma być naturalna. W naturze nic w kółkach nie rośnie i już.
Jeśli jednak ktoś ma ogród klasyczny, symetryczny i poukładany, to mam do zbycia trzy koszyczki (bez cebul oczywiście:). Ktoś chętny?


niedziela, 15 września 2013

Aby było co siać. O zbieraniu nasion słów kilka


No i znowu parapet obstawiony plastikowymi pojemniczkami z nasionkami. Bo zbieram. Tak. Znowu zbieram:) Co? Ano wszystko, co wydaje nasiona: nagietki, nasturcje,
 len czerwony
(bardzo mi się spodobały delikatne niby, ale niesamowicie wytrzymałe kwiatki),

tytoń ozdobny (zniewalająco pachnie, szczególnie wieczorami, ale ma nieprzyjemne lepkie liście. Cóż, coś za coś:)

cynie (cudnie dodają uroku i koloru zielonej o tej porze rabacie, nie przeszkadza im, ze rosną z tyłu, wyciągają się do słońca na ponad 1 m i wyglądają pięknie)
 no i ślazówka biała, która urzekła mnie na całego w tym roku.

Kiedy zbierać nasiona? Powinno się w słoneczny dzień, gdy już rosa obeschnie, a koszyczki z nasionami pięknie będą skrzyć się w słońcu. Kłopot w tym, że ostatnio zanim rosa obeschła już deszcz padał. Zatem gdy tylko trochę słoneczka ujrzałam, od razu w ogród z czym popadło i robiłam zbiory: malin (obradzają jak szalone, robię dżemiki na naleśniki, polewy, mrożę lub zjadamy na bieżąco), fasolki (reszta już, wyrwałam krzaczki i wrzuciłam na kompost, bo to wartościowe zielsko z azotem w korzeniach. Kto nie ma kompostu, to niech wytnie nadziemną część i wyrzuci, ale korzenie zostawi w ziemi z zgnicia) no i nasion. Suszyć po prostu będę dłużej i już.

Pierwsza partię nasion już dziś oczyściłam. Oczywiście ślazówka poszła na pierwszy rzut. Zachwycałam się misternością każdego koszyczka, który przypominał ślimaczka, kalafior, guzik. Pod podwójna firanką płatków schowany twardy guziczek kryjący pod sobą szereg małych ziarenek.
 Podobnie cudnie wyglądają beczułki z nasionkami lnu. Pękate z drobnymi rysami, jakby grzechotki dla niemowlaków.

 A kosmos? Najeżone kulki rozdziobywane przez ptaszki. Codziennie niemal obserwuję jak sikorki i mazurki, a czasem i kopciuszki bujają się na wiotkich przecież bardzo łodyżkach kosmosu i wydziobują nasionka. Chociażby dla tego widoku warto mieć kosmos w ogrodzie.

Zbieram nasion dużo z myślą o bombach nasiennych, przypadkowych wysianiach w mieście... zbieram się do tego od dłuższego czasu. Może wreszcie się zawezmę:) Kto zatem ma co i jak, niech zbiera, zbiera, zbiera:) 


środa, 11 września 2013

O tym, co rzeczywiście przyjemne, czyli ogród górą

Dzisiaj z moją 4-letnią córeczką miałam poważną rozmowę o zajęciach dodatkowych. Zapisałam ją na takie, bo była na pokazowych i się jej podobały. O zdanie jednak jej nie zapytałam i postawiłam przed faktem dokonanym. Gdy kilka dni temu zapowiadałam, że pójdziemy na zajęcia dla dzieci, zbuntowała się, ze nie chce i już. Myślałam: przejdzie. Nie przeszło. Dzisiaj była niemal histeria. Gdy jej wytłumaczyłam, że mi głupio odwoływać nasz udział, bo najpierw prowadzącej mądziłam przez dwa dni, żeby nas zapisała, Marta stwierdziła ze łzami w oczach: "No dobra, ale już nigdy więcej mnie nie zapisuj". Obiecałam solennie jednocześnie podpytując, czy ma może ochotę chodzić na jakieś inne zajęcia: taneczne, muzyczne... - "Nie, bo po przedszkolu chce wrócić do domu i mieć spokój - usłyszałam.
Potem turlałyśmy się po trawie, robiłyśmy fikołki, wygłupiałyśmy się na całego, by na koniec zjeść pierogi ulepione wspólnie dzień wcześniej.
No i mam zagwozdkę: to usłyszała to hasło od kogoś dorosłego (niewykluczone, że któregoś z rodziców) czy też w ten sposób chce nam powiedzieć, że lubi z nami spędzać czas. Faktem jest, że po przedszkolu jest totalnie wypompowana z energii, ale przecież niemal każde dziecko w jej wieku "gdzieś chodzi"...
Może i moje będzie gdzieś chodziło. Ale chyba jeszcze nie teraz. I chyba na pewno wybierze sobie sama moment i zajęcia. Ja już się nie wtrącam:)

niedziela, 8 września 2013

Warzywa i owoce - czyli przetwory pełną parą

Trzy dynie (dwie o skórce zielonej, jedna o pomarańczowej), cukinia, pudło pomidorów (malinówek i innych niezidentyfikowanych), wiadro śliwek, trochę jabłek, karton malin (ze 3 kg), kosz gruszek, pięć buraczków, gar owoców czarnego bzu - oto dorobek weekendu w rodzinnej wsi. Teraz na kuchence buzuje bez (Robię z niego sok, który pamiętam z babcinej spiżarni. Zasypałam obrane owoce cukrem i gotuję na wolnym ogniu, by puściły sok, teraz przez sitko i sok do słoiczka. Na zimowe przeziębienie idealny). Cukrzą się też maliny. Część zamroziłam (potem je zasypuję cukrem i miksuję w malinowy sos do deserów albo robię sorbet malinowy), resztę przerobie na dżemy (podczas gotowania jednak soku jest mnóstwo, więc trochę go odsączę i będę miała i sok malinowy, i dżem, a co:).
Jutro śliwkowe dżemy z goździkami, cynamonem, kakao (różne wersje, wszystkie sprawdzone, wszystkie przepyszne), potem śliwki w syropie cynamonowy i cytrynowym. Ech, będzie pachniało u mnie przez kilka dni:)

wtorek, 3 września 2013

Gdy jesień w okna zagląda...



Dwa ostatnie dni przypomniały nam, że czas biegnie, lato się kończy i chociaż synoptycy zapowiadają jeszcze ciepłe dni, jesień idzie malutkimi jeszcze krokami, ale idzie. W jeden z tych dni pojechaliśmy do Krosna Odrzańskiego kuszeni pokazami rycerskimi na zamku piastowskim i spacerem nad Odrą. Choć to niedziela była, zaszliśmy też do otwartej (na całe szczęście, bo zaczęło padać) piekarni paryskiej. Miejsce magiczne, przemiłe, a jeszcze znajomych spotkaliśmy, pysznych słodkości podjedliśmy (nasze eklery nie umywają się do tych francuskich). No i chleba zapas do domu zabraliśmy. Pachnący, na zakwasie, pszenny, mieszany, żytni i żytni z orzechami - nasz ulubiony.
- Nie umniejszając twoim piekarskim zdolnościom, twojemu chlebowi jeszcze daleko do tego - stwierdził nieśmiało mąż zajadając pajdę odkrojonego z krośnieńskiego bochenka. I chociaż w swoje chleby (też żytnie na zakwasie) wkładam wiele serca, to przyznałam mu rację. Co wcale nie oznacza, że składam chlebową broń, nie nie, ale że częściej chyba jednak do Krosna Odrzańskiego będziemy jeździć:)
A skąd paryskie wypieki nad Odrą? Historia baaardzo ciekawa, a i ludzie świetni. Poczytajcie:)
http://zielonagora.gazeta.pl/zielonagora/1,35182,13145140.html