PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

wtorek, 28 sierpnia 2012

W malinowym chruśniaku

Za oknem już ciemno, a moje myśli zielone, letnie jeszcze, kolorowe i pachnące. Malinowe. Dziś się zapomniałam w malinowym chruśniaku. Czerwone, soczyste maliny otaczały mnie zewsząd, a wczesne poranne słońce dodawały im koloru i wilgotnego zapachu. Zadanie moje na dziś: ogarnąć, smakować, zrywać, wąchać. Byłam w siódmym niebie. Taki smak dzieciństwa - maliny zrywane z krzaka rękoma nie zawsze czystymi i nie zawsze chętnymi, by sprawdzać, czy dany owoc swego amatora już nie znalazł (czyt. czy w środku siedzi robak). Teraz ten smak zaszczepiam córce. Zaczęłam od dziadkowego ogrodu, gdzie malin mnóstwo. Ale i w moim małym ogródku kilka krzewów się znalazło. Już owocują, pięknie, smakowicie, kusząco również dla córek sąsiadów. Widać też, że krzewom (przywiezionym jako patyki z korzonkami w reklamówce ponad 300 km) u nas się spodobało, bo już zaczynają porastać odrostami okolicę. Będzie zagajnik dla kolejnego pokolenia malinowych maniaków.

piątek, 24 sierpnia 2012

Porzeczkowy zawrót głowy

Co roku latem z niecierpliwością czekam na moment porzeczkowych żniw. Gorące słońce i pękate kwaskowatym nieco, ale mocno orzeźwiającym sokiem koraliki porzeczki - to dla mnie synonim wakacji. Mama ma tylko jeden krzew porzeczkowy. Więcej nie było potrzeby sadzić, bo sąsiadka ma ich chyba z siedem. Więc chodzimy na legalny szaber do niej. Nie inaczej było w tym roku.

Słońce, pachnące dojrzewające zboże, hucząca od roju owadów miedza, wiklinowy koszyk na ramieniu. Stara drewniana furtka pochylona ku ziemi, zmurszała siatka, między której oczkami aż wychylały się w moją stronę ogromne grona porzeczek: dorodnych, pięknych i czerwonych jak nie wiem co. Aż wróciłam do domu po aparat, zanim zaczęłam je rwać.



Nazbierałam dwa pełne kosze. Nie mogłam ich tak zostawić. Zakorzeniony głęboko wstręt do marnotrawstwa się odezwał z podwójną siłą. Wprawdzie potem miałam nockę obierania i przetwarzania porzeczek, ale było warto. Chociażby dlatego, że dżemy, soki i słodkie polewy do deserów wyszły pyszne, a za każdym razem jak otwieram słoik, czuję zapach tego lata w starym ogrodzie wśród pól.