PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

piątek, 26 kwietnia 2013

Natura buzuje, czyli co kwitnie wiosną

Wiele rzeczy ostatnio tak szybko się dzieje, że czuję się momentami jak w kołowrotku. Nawet w ogrodzie nie mam spokoju, bo wszystko w takim tempie rośnie i się rozwija, że zaskakuje co najmniej kilka razy na dobę. Kilka dni temu robiłam zdjęcia z myślą o blogu, ale nie dałam rady zasiąść przy komputerze i napisać o wiosennych radościach, a tu już zdjęcia się niemal zdezaktualizowały, bo rośliny już wyglądają inaczej, są większe, bardziej dorodne, niektóre biorą się już za kwitnienie (kaliny, piwonie mają już pączki, tawuła szara, porzeczka żółta, poziomki, dąbrówki rozłogowe), inne przekwitły (krokusy, szafirki, kalina bodnantska).
Oto zatem krótki przegląd, co się dzieje wiosna w ogrodzie moim i ogrodzie zaprzyjaźnionym, który przechodzi małą rewolucję (pozdrowienia dla pracujących ciężko).
 Zacznijmy od cebulicy. Są miejsca (często zaniedbane, jak skwerek przy mojej dawnej klatce w bloku), gdzie czuje się doskonale i co wiosnę raczy nas swym błękitem, coraz obfitszym z roku na rok.
To roślina cebulowa (jak sama nazwa wskazuje:). Odmian jest mnóstwo, ale mnie najbardziej urzeka cebulica syberyjska (Scilia sibirica). Gdy sie przeprowadzaliśmy, uszczknęłam kilka cebulek ze wspomnianego już skwerku pod blokiem, zasadziłam koło domu i już mam kilka swoich cebulic. Na zdjęciu powyżej to kępa w ogrodzie znajomych. Ale najpiękniej cebulice prezentują się przy jednym ze starych zabudowań w Jędrzychowie (Zielona Góra). Stary ceglany piękny dom, a przed nim łan błękitu. Coś pięknego. Jak zwykle za późno wybrałam się z aparatem, by to uchwycić. Już bowiem cebulice przekwitły:( przynajmniej u mnie.

Cudna jest też ułudka wiosenna (Omphalodes verna) o przepięknych niebieskich kwiatkach. Delikatniutkich jak mgiełka. Niezapominajki, które zresztą uwielbiam, wydaja się przy niej toporne i rubaszne. To kępiasta bylina stosowana czasem do zadarniania, ale na dobrą sprawę rzadko spotyka się ją w naszych ogrodach. W moim ja spotkacie wkrótce, jak wyproszę malutka sadzonkę u znajomej, bo wo sklepach czy szkółkach jeszcze jej nie widziałam. 

 Ale za to zaczynają się różowić i to coraz bardziej bergenie sercowate (Bergenia cordifolia). Wprawdzie mój mąż nazywa ją "kapustą" i nie jest jej przychylny, jednak jest ona niezawodna zarówno na miejsca cieniste, jak i słoneczne. Wystarczy jej to, ze ma wody pod dostatkiem. Jej liście zrobią ogród nawet w ziemie, gdy przybierają lekko bordowo-fioletowy odcień. A wiosna rozwijają się kwiaty: najpierw kule z małych kuleczek, a potem różowość bijąca po oczach w całej okazałości. Już się nie mogę doczekać na kwiaty w pełni.
 Magnolie zasługują na osobny wpis i taki planuję, jak tylko zrobię sobie obiecana wycieczkę fotograficzną na te piękne drzewa. Widziałam w ciągu ostatnich kilku dni na prawdę spore drzewa. Szczególnie pięknie teraz wygląda odm. magnolii gwiaździstej Stellata z białymi wielkimi kwiatami o płatkach falujących na delikatnym nawet podmuchu wiatru. Ale i magnolie Soulange'a nie są brzydsze, bynajmniej:) Ale na określenie odmiany się nie pokuszę, bo jest ich sporo, a nawet dużo. A przyznam, że chociaż co roku się nimi zachwycam, to jakoś nie urzekły mnie do tego stopnia, by ją posadzić w ogrodzie. Może dlatego, że stała się niemal powszechna, jak tuje, różaneczniki i wrzosy. W dodatku teraz władze miasta postanowiły wrócić do podobno tradycji, ze w Zielonej Górze było kiedyś mnóstwo magnolii i sadzą, gdzie się da. Jak rozmawiałam ze znawcami tematu, to stwierdzili, że magnoliowa tradycja naszego miasta to podanie ustne, bo żadne dokumenty, kartki pocztowe czy zdjęcia tego nie potwierdzają. Stąd magnolia jakaś oklepana mi się wydaje.
 A z kolei na myśli o narcyzach przed oczami widzę ogród przy starym domu, w którym kiedyś mieszkałam. Ciemny był jak licho. Rosła tam piękna różowa piwonia, trochę żółtych irysów bródkowych (jakim cudem dawały tam radę, nie mam pojęcia), parzydło przy furtce, a w najdalszym rogu panował słonecznik szorstki. I tak między tym wszystkim było zawsze kilka kępek narcyzów. Takich własnie żółtych, ale były i białe z pomarańczowym krótkim kołnierzykiem w środku. Odmian podobno jest 10 tys.
 Żółtym wiosnę wita też omieg wschodni (Doronicum orientale). Delikatne kwiaty jak stokrotki, tylko że calutkie żółciutkie. Po kwitnieniu liście zamierają i czekają na kolejną wiosnę. Warto więc posadzić go za jakimiś innymi roślinami, by badylki nie straszyły, a odwiedzający nas znajomi nie myśleli, że zapuściliśmy ogród, zaniedbaliśmy rośliny czy jeszcze coś innego, gorszego.

 A na balkonie, gdzie wystawiłam sadzonki różności moich, zakwitła werbena patagońska. Już mam mały zagajnik. Wkrótce przesadzanie do gruntu.
 A teraz zagadka: co to za roślina na zdjęciu poniżej. Znajoma ma ich pełno pod orzechem włoskim, który, jak wiadomo, nie jest przyjazny innym, szczególnie małym. A te żółte kwiatki sobie radzą. A dzisiaj odkryłam taki sam na rabacie przed domem. Ja go tam nie sadziłam. Więc skąd się wziął?
 

sobota, 20 kwietnia 2013

Jak sianokosy w mieście urządziliśmy

Trawnik. Poważna sprawa. Wiadomo. Zwykle to panowie biorą sobie za punkt honoru pielęgnację zielonego dywanika. Koszą, nawożą, doglądają. Czasem skaczą wokół niego bardziej i częściej niż wokół ... (wpiszcie sobie sami, co chcecie:).
U nas tez trawnikiem zajmuje się pan mąż. A jakżeby inaczej.
No i przyszła dłuuugo oczekiwana wiosna. Panom aż ręce drżą i rwą się do pracy. A że modna ostatnio staje się wertykulacja, to każdy chce wertykulować. Nawet kilka metrów kwadratowych niektórzy chcą.
Nie żebym się śmiała z wertykulacji, bo jest bardzo potrzebna: przede wszystkim usuwa mnóstwo suchych liści, mchu, źdźbeł itp. To po prostu mocne wygrabienie trawnika. Robi się to metalowymi grabiami, albo grabiami z ostrymi nożami, bo są takowe, są.
Na większych areałach, a tych przecież w naszych ogrodach nie brakuje, przyda się jednak maszynka. Dzisiaj na naszej ulicy, krótkiej bardzo - dodam, chyba w trzech ogrodach buczał wertykulator. Hmmm. A ile na działkach?
Nasz skrawek trawnika malutki, co jednak nie znaczy, że wertykulacji nie potrzebuje. W ruch poszły specjalistyczne grabie. Ręczne. Napocił się mąż, oj napocił, ale za to jaki ubaw był przy okazji.
Gdy Marta zobaczyła kupy suchej trawy na trawniku, postanowiła, że się będzie bawić w gospodynię, a tata będzie gospodarzem. No i że będą robić sianokosy, bo siano potrzebne dla koni (wcześniej pytała czy czasem zebry nie jedzą też siana, ostatecznie stanęło na koniach).
No i w kapelusiku zbierała wyczesane suche liście w różowy kosz, podśpiewywała przy tym, a nawet tańczyła. Tacie też kazała, ale się wybronił:).
Przy ryczącej maszynie z sianokosów byłyby nici, a tak popołudnie minęło pracowicie i wesoło.
Nawet przyszedł pierwszy wiosenny deszczyk, a w nagrodę dla moich gospodarzy przygotowałam prawdziwie letnie ciacho - biszkopt z kremem i porzeczkami, malinami, borówkami. W zamrażalce miałam. Prosto z ogrodu sprzed kilku miesięcy:)
Spałaszowany błyskawicznie. Nawet zdjęcia nie zdążyłam zrobić mu w pełnej okazałości:)

Ekologiczna uprawa warzyw

Było już o uprawie współrzędnej. Można pójść jeszcze krok dalej - uprawiać warzywa ekologicznie, a przynajmniej próbować. Bo skoro już siejemy marchewkę w swoim ogródku "kradnąc" odrobinę miejsca kwiatom, a może nawet iglakom:) to przecież nie będziemy jej pryskać chemią. Taką chemiczną to bez kłopotu można w markecie kupić, a nie ledwo umytą dziecku podać czy samemu schrupać.
No to po ideologicznej tyradzie czas na konkrety. Jak zrobić, by się za bardzo  ie narobić (i np. ręcznie robaczków nie zbierać), a i efekty jakieś były?
Oto kilka rad, które gdzieś usłyszałam, przeczytałam, sama sprawdziłam, u mamy czy babci jeszcze podejrzałam:
  • Skoro już o tej marchwi wspomniałam, to decydując się na ekologiczną marchew bez chemii, dobrze posadzić obok niej... cebulę. Da to obopólne korzyści: połyśnica marchwianka, której larwy zżerają korzenie marchwi, nie znosi zapachu cebuli, a z kolei śmietka atakująca cebulę, nie lubi marchwi.
  • Czosnek nie daje szans mączniakowi, nawet między różami można go sadzić. Pieknie sie będzie komponowała, podobnie jak szczypiorek. Próbowaliście takiego zestawu? 
  • Przed nicieniami chroni nagietek, aksamitka i rumianek, a między truskawkami warto posadzić majeranek i lawendę. Przy takim zestawie mrówki znikną
  •  W jedzeniu zielonych kuleczek groszku tak lubianego przez Martę i mnie (oczywiście prosto z "działki") często uprzedzają nas obrzydliwe larwy strąkowca grochowego. Można je przegonić, a właściwie odstraszyć rodziców sadząc obok marchew, nagietki i pomidory.
  • Z kolei larwy bielinka kapustnika zjadają wielkie liście nie tylko kapusty, ale i rzucają się np. na nasturcje. Tak było u mnie w ub. r. Istna inwazja. Ale właśnie się dowiedziałam, że bielinek nie lubi kopru, poru czy pomidorów. Pomoże też podobno mięta czy rozmaryn. Spróbuję, chociaż dorosłe osobniki bielinka ładne są...
  • Kwieciaka malinowca przepędzimy z kolei kładąc między krzewami truskawek liście paproci.
  • Nasturcja chroni fasolę czy kalinę przed czarnymi mszycami. Tutaj jednak nie chodzi o to, że odstrasza, ale własnie przyciąga, tylko, że na siebie. Oblepione rośliny wyrywamy i do śmietnika. A że rosną szybko, to mniej ich żal niż fasoli czy krzewu. No i sadzimy od razu następne. Szybko urosną.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Bratki pachnące, czarujące...

Niby babcine, niby oklepane, niby, niby... a stale urzekają, stale mają swoich wielbicieli (w tym mnie:) i gdy tylko ich czarujące oczka wśród różnorodności barw się pojawią na targowiskach, znajdują błyskawicznie amatorów. Nie oparłam się im i ja.

Piszę oczywiście o bratkach, czyli fachowo rzecz ujmując: fiołkach trójbarwnych ogrodowych (Viola wittrockiana). Są roślinami mało wymagającymi. Można je wysiać jesienią, później pikować, by ich kwitnieniem cieszyć się roku następnego. Ja tak zrobiłam w ub. r., ale chyba trochę zaniedbałam, bo stanęły w rośnięciu na etapie małych sadzonek i tak zostały. Hmmm...
Wiosną jednak mnóstwo odmian o różnych kolorach kwiatów i różnych ich wielkościach pojawia się na ryneczkach, w sklepach. Stragany aż kipią.
O ile część roślin nie lubi "ruszania" w czasie kwitnienia, bratek nic sobie ze zmiany otoczenia nie robi. Można go przesadzać przez cały okres wegetacji. A obsadzać można nim rabaty (co króluje na miejskich rondach wiosną, no co?), skrzynki balkonowe, kwietniki. Kwitną bardzo obficie (najładniej od kwietnia do końca maja), nie boją się przymrozków. W dodatku ich kwiaty są jadalne! Dodadzą pikanterii sałatce czy uroku babeczkom. Ładnie też wyglądają zamrożone kwiatki w kostkach lodu.
Czego chcieć więcej.
Ja na swoje polowałam przez trzy dni. Pierwszego dnia barwna plama przyciągnęła mój wzrok, gdy jechałam autem. Drugiego dnia postanowiłam wstąpić do znajomego już sklepu ogrodniczego niedaleko przedszkola Marty. Był jednak nieczynny. Ale bratki nie dawały mi spokoju. Wreszcie trzeciego dnia udało się. Dylemat miałam ogromny. Wreszcie wybrałam odmianę zwisającą o drobnych żółtych  kwiatach (pachną zniewalająco miodem:) i niebieską ze średnimi kwiatami.

Marta dobrała stokrotki. Co ją urzekło? Oczywiście różowy kolor:)

Nie tylko nam podobają się bratki. Pszczółki już się kręcą wokół nich. Co tym bardziej mnie cieszy.
A tymczasem w ogrodzie mnóstwo pracy. Wszędzie dookoła słychać charakterystyczny dźwięk grabienia. Kwitnie kalina, cebulica, a szafirki już się szykują do startu:)




Przyroda buzuje, siewki coraz mocniejsze, a werbena patagońska... zakwitła.

środa, 10 kwietnia 2013

Uprawa współrzędna - a co to jest?

Zaczynam planować, gdzie posadzę w ogrodzie jakieś rośliny na bieżącą przegryzkę.
Pierwsza główna zasada warzywna - prace w ogrodzie zaczynamy wtedy, gdy zakwitnie forsycja, pojawią się żółte kwiaty mniszka lekarskiego, czereśnie puszczą pąki, a kasztanowce liście. 
Trzeba jeszcze trochę poczekać, bo to nie temperatura powietrza jest w tym momencie ważna, ale temperatura ziemi. A przecież w niektórych miejscach jeszcze jest przykryta śniegiem. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć siew do skrzynek czy doniczek w domu:) Balkonowcy mają w tym momencie przewagę czasową:)
Co siać? najwcześniej można wysiewać marchew, rzodkiewkę, sałatę, szpinak, groch, rzodkiew i burak. 
Kusi mnie marchew w donicy, bo na grządkę nie mam miejsca. Wiem, że muszę być cierpliwa, bo wschodzić może nawet miesiąc. No i trzeba przerywać (albo kupić w taśmie:), ale chyba jednak wysieję:)
Poniżej inspirujące zdjęcie z bloga ekoparapet.pl Cały blog zresztą bardzo ciekawy. Polecam!

Kto ma ochotę (to szczególna gratka dla dzieci) może spróbować też uprawy ziemniaków w sporym wiadrze. Wystarczy plastikowy pojemnik. Do połowy wypełniamy go ziemią z kompostem, na wierzch kładziemy dwa podkiełkowane ziemniaki (te z marketów się nie nadają, lepiej kupić na ryneczku), przysypujemy 10 cm ziemi i podlewamy. Ustawiamy w ciepłe miejsce. Po 2 tygodniach powinny pojawić się pierwsze zielone pędy. Wtedy delikatnie przykrywamy je ziemią i tę czynność powtarzamy sukcesywnie, aż całe wiadro napełnimy ziemią. Cały czas umiarkowanie podlewamy, a raz  tygodniu nawozimy organicznie. Wkrótce ziemniaki zakwitną (bardzo ładnie wtedy wyglądają:), a z kwiatów zrobią się owoce - zielone kulki. Tu uwaga - są one trujące! Podobno po 10 tygodniach mamy już własne ziemniaki. Hmmm. Kto się skusi na taką uprawę?
Zamiast wiadra czy wielkiej donicy może być duża torba jutowa:

baaardzo elegancki pojemnik:


Jeszcze jedna ważna sprawa - uprawa współrzędna. A co to właściwie jest?

Planując warzywne zasiewy i sadzenia warto wziąć pod uwagę nie tylko ilość miejsca, nasłonecznienie ale też sąsiedztwo, bo rośliny, jak i ludzie, nie wszystkie się lubią, a niektóre ze sobą wręcz walczą. Są jednak i takie, które sobie pomagają.
To ważne szczególnie przy warzywach. I to bez względu na to, czy to zagony w wielkim warzywniaku czy w skrzynkach na balkonie. Animozje nie znikają wraz z ilością miejsca ani wprost proporcjonalnie, ani odwrotnie proporcjonalnie.
Oczywiście można siłować się z naturą, ale jeśli mamy możliwość zrobić coś tak, jak ona sobie wymyśliła, to po co męczyć. 

Oto ściąga: kto z kim żyje w zgodzie, a kto kogo nie lubi:
roślina
lubi
nie lubi
fasola
Kalarepa, sałata, ogórek, pomidor, ziemniaki, burak czerwony, cząber ogrodowy
Czosnek, groch, por, cebula
groch
Marchew, rzodkiewka, ogórek, sałata, kalarepa, koper
Fasola, por, cebula, ziemniak
ogórek
Fasola, groch, cebula, burak czerwony, sałata, por, koper
Rzodkiewka, pomidor, ziemniak
ziemniak
Kalarepa, szpinak, fasola, czosnek, nasturcja, mięta
Ogórek, groch, pomidor, burak czerwony
czosnek
Marchew, ogórek, burak czerwony, pomidor
Fasola, groch, kalarepa
kalarepa
Fasola, szpinak, ziemniak, por, sałata, groch, burak czerwony
Czosnek
marchew
Cebula, pomidor, rzodkiewka, czosnek, por, groch, sałata, koper
Burak czerwony
por
Cebula, marchew, pomidor, sałata, kalarepa, rumianek
Fasola, groch, burak czerwony
rzodkiewka
Sałata, fasola, szpinak, pomidor, kalarepa, groch, marchew, rzeżucha
Ogórek
burak czerwony
Cebula, kalarepa, sałata, czosnek, ogórek, koper
Por, fasola, szpinak, ziemniaki
sałata
Rzodkiewka, marchew, ogórek, cebula, pomidor, fasola, burak czerwony, groch, por, kalarepa, koper, mięta
-
szpinak
Pomidor, fasola, rzodkiewka, kalarepa, ziemniak
Burak czerwony
pomidor
Marchew, szpinak, kalarepa, burak czerwony, rzodkiewka, sałata, por, czosnek
Groch, ogórek, ziemniaki
cebula
Sałata, marchew, ogórek, burak czerwony, koper, cząber ogrodowy, rumianek
Groch, fasola, kalarepa


Roślinami zgodnymi są na pewno koper i szczypiorek. Mo zna je siać niemal wszędzie i nie będą się kłócić z sąsiadami. Z ziół jeszcze warto pamiętać, że pietruszka dobrze rośnie koło pomidorów i nie wolno jej siać dwa razy w tym samym miejscu w ogrodzie, a cząber nie kłóci się z fasolą i cebulą.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Marcowe prace w kwietniowym ogrodzie

Pomieszało się trochę w naturze, wszystko zaczyna się dziać z opóźnieniem, ale o wiele intensywniej. Przyświeciło trochę słońce, prognozy na razie nie straszą nawet przymrozkami, a więc ludzie ruszyli do ogrodów. Podczas wczorajszego spaceru zauważyłam, jak w wielu ogrodach były już worki z korą, a nawet nowe rośliny w donicach czekające na sadzenie:)
A u mnie? Jeszcze trochę śniegu leży, ale część roślin już idzie w zielone:) Pojawiają się niebieskie cebulice, szafirki i tulipany. Na razie tylko liście, ale i na kwiaty przyjdzie czas:)


 A tawlina czaruje już swoimi młodziutkimi listkami. Jestem zauroczoną nią:)


Pracy przed nami sporo, bo i marcowa jeszcze nie wykonana, a i kwietniowa już kusi. Można się jeszcze trochę obawiać przymrozków czy małego śniegu, ale gdy krokusy już kwitną (mam jednego na dowód:) i przebiśniegi na dobre zdobią cieniste zakątki (wybieram się do koleżanki po rozsadę:) - znak to, że porządki czas zacząć robić.
Od czego zaczynamy?
- przycinamy krótko (10-15 cm od podłoża) trawy ozdobne. Ja już niektóre przycięłam, inne jeszcze w pełnej jesiennej suchej krasie czekają na nożyce.
- spulchniamy ziemię tam, gdzie planujemy rabaty,
- przyglądamy się drzewom i krzewom - usuwamy uszkodzone przez mróz pędy, czyli suche badylki.
- przycinamy krzewy ozdobne, ale tylko te, które kwitną na tegorocznych pędach. Jak to rozpoznać? to te, które kwitną latem (pięciorniki, tawuły japońskie, berberysy, śnieguliczki, derenie, róże, hortensje bukietowe) Tniemy wszystkie chore i uszkodzone, a resztę ok. 30 -40 cm od podłoża (nad 3 pąkiem skierowanym na zewnątrz korony). Nie należy się tego bać, bo roślinom to służy. Własnie ich oszczędzanie w naszym rozumieniu powoduje, że dziczeją i po kilku latach tracą pokrój, mało kwitną, wyglądają po prostu brzydko. Na początku będą wyglądać trochę marnie, ale jak rusza z wegetacją, puszczą mnóstwo młodych pędów, które obdarują nas mnóstwem kwiatów.
- UWAGA! nie ruszamy tych, które kwitną wiosną: migdałki, forsycje, wczesne tawuły. Te tniemy dopiero po przekwitnięciu.
- usuwamy okrycia zimowe
- zastanawiamy się, które byliny możemy podzielić, bo wiosna to dobry czas m. in. na rozmnażanie chociażby funkii, traw, rozchodników, nachyłków.

Teraz też przesadzamy rośliny, które nie do końca nas przekonują na danym miejscu. Warto robić sobie przez cały rok dokumentację zdjęciową albo notatki, by potem wiedzieć, co się sprawdziło, a co nie i trzeba po prostu przesadzić.
Ja już taki plan sobie zrobiłam, tym bardziej, jak wiadomo powszechnie, ogród nigdy nie jest skończony i ogrodnik wiecznie w nim coś przesadza. Oto moja lista na już. Głównie dotyczy to jednej rabaty, bo robi się tam trochę za gęsto:)

- kosaćce muszę przesadzić dalej od ścieżki, bo na przedzie rabaty wybujały za mocno i zasłaniają mniejsze rośliny z tyłu,
- przesadzić piwonię, która schowała się za iglakiem i niewiele jej widać, zresztą ostróżki ją później przygniatają. Piwonie lepiej przesadza się we wrześniu, ale postaram się wziąć ogromną karpę ziemi, y nie przeżyła szoku.
- podzielić trawy i wsadzić między rudbekie, by szumiały razem i falowały:)
- ograniczyć dąbrówkę i tojeść rozesłaną. Obie ładnie wyglądają, nie potrzebują uwagi, szybko zadarniają puste pola, a przez to chwastom nie dają żadnych szans. Ale rozłażą się za mocno. Ktoś reflektuje na sadzonki?
- rozchodniki z rabaty podwyższonej przenieść do rabaty przy tarasie, bo to będą miały więcej słońca, a  i jesienią będzie piękny kolorystyczny akcent.

piątek, 5 kwietnia 2013

Koniec zimowego lenistwa. Siejemy jednoroczne!

Przecież wiosna kiedyś musi przyjść, prawda? Według prognoz już w przyszłym tygodniu ma się ocieplić, więc nie ma na co czekać! Trzeba siać jednoroczne kwiaty, bo maj przyjdzie i tak, wiosna i lato też.
Nie patrząc na śnieg za oknem wyciągnęłam mój nowiutki zestaw doniczkowy:). Zakupiłam go wstępnie z myślą o mężu, by za bardzo nie męczyć go chaosem na parapecie. Ale ostatecznie doszłam do wniosku, że to bardzo dobry sposób na ekonomiczne wykorzystanie przestrzeni. Wiadomo, że tej za wiele nie mam, a jednak kasetoniki łatwiej ustawić niż dziesiątki pojedynczych doniczek.



Tak więc zabrałam się wieczorem ostro do pracy. Siałam, aż mi się... ziemia skończyła. Tego nie przewidziałam.
Co poszło w ziemię?
- nagietki - nie za wiele, bo większość wysieję po prostu do gruntu, ale żeby chociaż część szybciej zakwitła, to planuję podpędzić uprawę w domu.
- astry fioletowe - w ub. r. sprawdziły się tak sobie, ale może w złym miejscu je posadziłam... lubię jednak je w wazonie.
- cynie wytworne - nasiona zebrałam z dużych okazów, więc na okazałe efekty liczę:)
- heliotrop - uwielbiam jego miodowy zapach.
- tytoń narcyzowy - ciekawa jestem, jak się będzie komponował:)
- dzwonki irlandzkie - zaintrygowały mnie ich zielone kwiatostany.
- biała ślazówka - wspomnienie miłej rozmowy z myślą o zacienionych nieco fragmentach ogrodu.
- kobea pnąca, sępota pnąca (Cobaea scandens) - znalazłam ją przypadkowo na jednej z magicznych nasionkowych ścian. Fioletowe duże kwiaty w kształcie kielicha, dorasta do 3 m, okrywa pięknie pergole. Zakwita w lipcu, ale boje się, czy nie za późno ją wysiałam, bo wyczytałam w magicznym internecie, ze powinno się ją już siać w lutym. Cóż. Zobaczymy.
- groszek pachnący o kolorze czerwonym - w sam raz na boczna "ognistą" rabatę.

A poza tym? Siewki poziomek nabierają kształtów, podobnie jak lobelia, ale jeszcze maleństwa są takie, że boję się je ruszać.

A na innym parapecie robi mi się gąszcz werbeny patagońskiej. Zaskakuje mnie na każdym kroku. Dzisiaj tym, że... ma już paki kwiatowe:) Albo natura wariuje, albo wiosna przyjdzie szybciej, niż nam się wydaje.

Niechciani goście w domu, czyli szkodniki na ziołach

Wiosny wypatrujemy nie tylko my, nie tylko rośliny w grodach, ale i te na parapecie domowym. A niektóre z tego wyczekiwania marnieją. A jak marnieją, to słabną i padają ofiarą różnych choróbsk i szkodników. Niestety ta teza sprawdziła się i u mnie. Sama też do tego rękę przyłożyłam, przyznaję. Niby o nie dbam, ale przez święta je przesuszyłam, bo wyjechałam na 5 dni, a zdarzało się też je przelać. No i w sumie ani razu ich nie dożywiłam nawozem. Słońca im też przecież nie dam ponad to, co sama mam, a że ogólnie jest za mało, to i one cierpią.

No i stało się. Nie wystarczyło, że sama się rozłożyłam i łażę z nosem i gardłem zawalonym, to jeszcze dzisiaj zauważyłam maleńkie białe muszki latające nad szałwią. No to mnie trafiło! Jeszcze tylko mączlików szklarniowych brakuje, bo tak te maleńkie niby delikatniutkie i słodziutkie muszki się zwą. Ale niech was nie zwiedzie niewinna biel ich 2-milimetrowych skrzydełek, oj nie. Trudno je wytępić, a rośliny mogą zniszczyć bardzo szybko. Ich larwy wysysają soki z dolnej części liści. Roślina szybko pada.
Od razu przejrzałam wszystkie zioła na parapecie. Nie jest źle, ale na wszelki wypadek wszystkie poszły pod wodę, żeby zmyć co się da z liści. I co dalej?
Kłopot w tym, że większość preparatów do zwalczania szkodników (a mogą się pojawić i mszyce, i przędziorki, i tarczniki i inne szkaradziejstwo) jest toksyczna i nie używa się ich na ziołach, które przecież stosuje się "na żywca" w kuchni.
Oto kilka sposobów na niechcianych gości:
- mączliki wspomniane już nie lubią niskich temperatur. Podobno nie przetrwają w temp. poniżej 5 stopni, a i nawet 10 stopni to dla nich zbyt zimno. Więc wystawiłam szałwię i na wszelki wypadek tymianek do kompanii na taras. Wieczorem schowam, bo jeszcze może przymrozić, ale takie kilkudniowe wystawianie powinno sobie poradzić z intruzami.
- przędziorki (małe czerwone pajączki robiące malutkie pajęczyny) nie lubią wilgoci. Ich pojawienie się oznacza, że jest za sucho. Wtedy zaatakowaną roślinę skrapiamy wodą i nakładamy worek foliowy, ważne - przezroczysty i nie może dotykać liści rośliny. Podniesiemy wilgotność, robalom zrobimy saunę z komorą gazową przy okazji. Tak trzymamy roślinę z tydzień, ale codziennie chociaż na pół godziny wietrzymy, żeby przy okazji jakieś grzyby się nie pojawiły.
- mszyce (zielone coś) w niewielkiej ilości można zgniatać palcami i zmywać pod prysznicem. Podobno skutkuje też podlewanie wodą z rozgniecionym czosnkiem (miksturę najpierw zostawiamy na kilka godzin, by się "przegryzła"). Nie stosowałam, więc nie zaręczam o skuteczności, ale może warto spróbować.
- porażone liście mączniakiem (biały nalot) albo rdzą (brązowe plamy) można w początkowym stadium odrywać i wyrzucać, ale gdy roślinę wzięło na całego, trudno, trzeba chyba odżałować i wyrzucić zanim zarazi inne rośliny.
Zioła na szczęście szybko rosną.