PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

sobota, 20 kwietnia 2013

Jak sianokosy w mieście urządziliśmy

Trawnik. Poważna sprawa. Wiadomo. Zwykle to panowie biorą sobie za punkt honoru pielęgnację zielonego dywanika. Koszą, nawożą, doglądają. Czasem skaczą wokół niego bardziej i częściej niż wokół ... (wpiszcie sobie sami, co chcecie:).
U nas tez trawnikiem zajmuje się pan mąż. A jakżeby inaczej.
No i przyszła dłuuugo oczekiwana wiosna. Panom aż ręce drżą i rwą się do pracy. A że modna ostatnio staje się wertykulacja, to każdy chce wertykulować. Nawet kilka metrów kwadratowych niektórzy chcą.
Nie żebym się śmiała z wertykulacji, bo jest bardzo potrzebna: przede wszystkim usuwa mnóstwo suchych liści, mchu, źdźbeł itp. To po prostu mocne wygrabienie trawnika. Robi się to metalowymi grabiami, albo grabiami z ostrymi nożami, bo są takowe, są.
Na większych areałach, a tych przecież w naszych ogrodach nie brakuje, przyda się jednak maszynka. Dzisiaj na naszej ulicy, krótkiej bardzo - dodam, chyba w trzech ogrodach buczał wertykulator. Hmmm. A ile na działkach?
Nasz skrawek trawnika malutki, co jednak nie znaczy, że wertykulacji nie potrzebuje. W ruch poszły specjalistyczne grabie. Ręczne. Napocił się mąż, oj napocił, ale za to jaki ubaw był przy okazji.
Gdy Marta zobaczyła kupy suchej trawy na trawniku, postanowiła, że się będzie bawić w gospodynię, a tata będzie gospodarzem. No i że będą robić sianokosy, bo siano potrzebne dla koni (wcześniej pytała czy czasem zebry nie jedzą też siana, ostatecznie stanęło na koniach).
No i w kapelusiku zbierała wyczesane suche liście w różowy kosz, podśpiewywała przy tym, a nawet tańczyła. Tacie też kazała, ale się wybronił:).
Przy ryczącej maszynie z sianokosów byłyby nici, a tak popołudnie minęło pracowicie i wesoło.
Nawet przyszedł pierwszy wiosenny deszczyk, a w nagrodę dla moich gospodarzy przygotowałam prawdziwie letnie ciacho - biszkopt z kremem i porzeczkami, malinami, borówkami. W zamrażalce miałam. Prosto z ogrodu sprzed kilku miesięcy:)
Spałaszowany błyskawicznie. Nawet zdjęcia nie zdążyłam zrobić mu w pełnej okazałości:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz