Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

piątek, 26 kwietnia 2013

Natura buzuje, czyli co kwitnie wiosną

Wiele rzeczy ostatnio tak szybko się dzieje, że czuję się momentami jak w kołowrotku. Nawet w ogrodzie nie mam spokoju, bo wszystko w takim tempie rośnie i się rozwija, że zaskakuje co najmniej kilka razy na dobę. Kilka dni temu robiłam zdjęcia z myślą o blogu, ale nie dałam rady zasiąść przy komputerze i napisać o wiosennych radościach, a tu już zdjęcia się niemal zdezaktualizowały, bo rośliny już wyglądają inaczej, są większe, bardziej dorodne, niektóre biorą się już za kwitnienie (kaliny, piwonie mają już pączki, tawuła szara, porzeczka żółta, poziomki, dąbrówki rozłogowe), inne przekwitły (krokusy, szafirki, kalina bodnantska).
Oto zatem krótki przegląd, co się dzieje wiosna w ogrodzie moim i ogrodzie zaprzyjaźnionym, który przechodzi małą rewolucję (pozdrowienia dla pracujących ciężko).
 Zacznijmy od cebulicy. Są miejsca (często zaniedbane, jak skwerek przy mojej dawnej klatce w bloku), gdzie czuje się doskonale i co wiosnę raczy nas swym błękitem, coraz obfitszym z roku na rok.
To roślina cebulowa (jak sama nazwa wskazuje:). Odmian jest mnóstwo, ale mnie najbardziej urzeka cebulica syberyjska (Scilia sibirica). Gdy sie przeprowadzaliśmy, uszczknęłam kilka cebulek ze wspomnianego już skwerku pod blokiem, zasadziłam koło domu i już mam kilka swoich cebulic. Na zdjęciu powyżej to kępa w ogrodzie znajomych. Ale najpiękniej cebulice prezentują się przy jednym ze starych zabudowań w Jędrzychowie (Zielona Góra). Stary ceglany piękny dom, a przed nim łan błękitu. Coś pięknego. Jak zwykle za późno wybrałam się z aparatem, by to uchwycić. Już bowiem cebulice przekwitły:( przynajmniej u mnie.

Cudna jest też ułudka wiosenna (Omphalodes verna) o przepięknych niebieskich kwiatkach. Delikatniutkich jak mgiełka. Niezapominajki, które zresztą uwielbiam, wydaja się przy niej toporne i rubaszne. To kępiasta bylina stosowana czasem do zadarniania, ale na dobrą sprawę rzadko spotyka się ją w naszych ogrodach. W moim ja spotkacie wkrótce, jak wyproszę malutka sadzonkę u znajomej, bo wo sklepach czy szkółkach jeszcze jej nie widziałam. 

 Ale za to zaczynają się różowić i to coraz bardziej bergenie sercowate (Bergenia cordifolia). Wprawdzie mój mąż nazywa ją "kapustą" i nie jest jej przychylny, jednak jest ona niezawodna zarówno na miejsca cieniste, jak i słoneczne. Wystarczy jej to, ze ma wody pod dostatkiem. Jej liście zrobią ogród nawet w ziemie, gdy przybierają lekko bordowo-fioletowy odcień. A wiosna rozwijają się kwiaty: najpierw kule z małych kuleczek, a potem różowość bijąca po oczach w całej okazałości. Już się nie mogę doczekać na kwiaty w pełni.
 Magnolie zasługują na osobny wpis i taki planuję, jak tylko zrobię sobie obiecana wycieczkę fotograficzną na te piękne drzewa. Widziałam w ciągu ostatnich kilku dni na prawdę spore drzewa. Szczególnie pięknie teraz wygląda odm. magnolii gwiaździstej Stellata z białymi wielkimi kwiatami o płatkach falujących na delikatnym nawet podmuchu wiatru. Ale i magnolie Soulange'a nie są brzydsze, bynajmniej:) Ale na określenie odmiany się nie pokuszę, bo jest ich sporo, a nawet dużo. A przyznam, że chociaż co roku się nimi zachwycam, to jakoś nie urzekły mnie do tego stopnia, by ją posadzić w ogrodzie. Może dlatego, że stała się niemal powszechna, jak tuje, różaneczniki i wrzosy. W dodatku teraz władze miasta postanowiły wrócić do podobno tradycji, ze w Zielonej Górze było kiedyś mnóstwo magnolii i sadzą, gdzie się da. Jak rozmawiałam ze znawcami tematu, to stwierdzili, że magnoliowa tradycja naszego miasta to podanie ustne, bo żadne dokumenty, kartki pocztowe czy zdjęcia tego nie potwierdzają. Stąd magnolia jakaś oklepana mi się wydaje.
 A z kolei na myśli o narcyzach przed oczami widzę ogród przy starym domu, w którym kiedyś mieszkałam. Ciemny był jak licho. Rosła tam piękna różowa piwonia, trochę żółtych irysów bródkowych (jakim cudem dawały tam radę, nie mam pojęcia), parzydło przy furtce, a w najdalszym rogu panował słonecznik szorstki. I tak między tym wszystkim było zawsze kilka kępek narcyzów. Takich własnie żółtych, ale były i białe z pomarańczowym krótkim kołnierzykiem w środku. Odmian podobno jest 10 tys.
 Żółtym wiosnę wita też omieg wschodni (Doronicum orientale). Delikatne kwiaty jak stokrotki, tylko że calutkie żółciutkie. Po kwitnieniu liście zamierają i czekają na kolejną wiosnę. Warto więc posadzić go za jakimiś innymi roślinami, by badylki nie straszyły, a odwiedzający nas znajomi nie myśleli, że zapuściliśmy ogród, zaniedbaliśmy rośliny czy jeszcze coś innego, gorszego.

 A na balkonie, gdzie wystawiłam sadzonki różności moich, zakwitła werbena patagońska. Już mam mały zagajnik. Wkrótce przesadzanie do gruntu.
 A teraz zagadka: co to za roślina na zdjęciu poniżej. Znajoma ma ich pełno pod orzechem włoskim, który, jak wiadomo, nie jest przyjazny innym, szczególnie małym. A te żółte kwiatki sobie radzą. A dzisiaj odkryłam taki sam na rabacie przed domem. Ja go tam nie sadziłam. Więc skąd się wziął?
 

2 komentarze:

  1. Złóć żółta oczywiście, czyli Gagea lutea , wszędobylska jest bardzo :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. pozdrawiam wiosennie , Natalia D. :)

    OdpowiedzUsuń