PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Sadzonkowo, czyli czekając na wiosnę


O tym, że nasionka zbierałam i dłuuugo suszyłam, już pisałam. Czas pochwalić się sadzonkami, które też jesieni AD 2012 uszczknęłam i ciekawam teraz, co z tego będzie, bo zima jeszcze długa przed nami...
Nie ma tego dużo, ale jest to, na czym mi najbardziej zależy i co raczej łatwo się utrzyma. Żebym się nie zniechęciła na początek.
Przede wszystkim jest ona - werbena patagońska (Verbena bonariensis).
Kilka razy widziałam ją w programach ogrodniczych rodem z Wysp Brytyjskich. Smukła elegantka o lawendowych niedużych kwiatostanach ale za to majestatycznie kołyszących się na długich i cienkich łodyżkach. Na tyle jednak silnych, że raczej nie grozi jej złamanie od podmuchu wiatru.
W naszym klimacie zaliczana jest do roślin jednorocznych, chociaż podobno niektórym udaje się ją przechować na zimę osłaniając pewnie niebotycznie. Szkopuł w tym, że w swej ofercie mają ją tylko niektóre szkółki.

Ja po raz pierwszy zobaczyłam ją w Hortulusie w Dobrzycy. Kupiłam od razu pięć sztuk, jeszcze do końca nieświadoma, że to tylko jednoroczny zakup. Ale nawet stojące jeszcze w doniczkach przy drzwiach czekając na posadzenie przyciągały masę motyli. Potem pięknie komponowały się z trawami. Bo to zresztą chyba najbardziej odpowiednie dla nich towarzystwo. Nie ima się ich żadne choróbsko, przynajmniej na razi nic nie słyszałam ani nie widziałam, odporna na warunki pogodowe. Nie ukrywam - to jedna z moich najbardziej ulubionych roślin.
Na zimę nie okryłam niczym i wiosną na próżno szukałam jakiegoś objawu życia. Obczytałam się we wszystkim, co znalazłam, na ich temat i już na długowieczność "patagonki" liczyć nie będę.
Nie miałam za to skąd wziąć rośliny. Trochę głupio się przyznać, ale specjalnie pojechaliśmy do Dobrzycy blisko 400 km po jedną roślinę. Jedną, bo więcej akurat tam nie było. Pech, ale i ta jedna pięknie się rozrosła.
Jesienią wzięłam kilka sadzonek. Ukorzeniły się nadzwyczaj łatwo, więc nawet nie myślałam o zbiorze nasion (bo tak też można rozmnażać). Czeka je i mnie przesadzanie, bo robi się im zdecydowanie za ciasno. Ostatnio z nieco wybujałych sadzonek uszczknęłam czubki, by się lepiej zagęściły, ale szkoda mi tych czubków było, więc wsadziłam obok do ziemi. też się przyjęły (poniżej).

Podobnie zresztą, jak i sadzonki goździka pierzastego (Dianthus plumarius fl.) 'Roseus'.
Tworzy piękne srebrzyste poduchy, a od maja do lipca wydaje mnóstwo pełnych i sporych kwiatów.
Największym ich atutem, oprócz tego, że są ładne i długo się trzymają w wazonie, to zapach. Na razie mam trzy poduchy obok drewnianego tarasu na podwyższeniu. Szczepki pobrałam z myślą o tarasie, by i zapach był przyjemny, i estetyczny wygląd przez cały rok, bo roślina jest bardzo odporna na mróz i srebrnymi liśćmi urzeka nawet teraz w słotę zimową.


 Jutro kupuję ziemię i przesadzam moje skarby. Taki przedsmak wiosennych prac. Bo za oknem znów mroźnie...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz