Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

piątek, 11 stycznia 2013

Co rośnie tam, gdzie wody mało?

Czyściłam ostatnio zapchany folder ze starymi zdjęciami. I znalazłam te z wakacji sprzed, ech, nawet nie pamiętam ilu lat. Na pewno wielu. Otworzyłam więc butelkę wina (francuskiego) i zaczęłam wspominać – wakacje na Lazurowym Wybrzeżu. 
Co mi się od razu rzuciło w oczy oglądając te zdjęcia? Zieleń. To już chyba zboczenie, ale zobaczcie sami jak w regionach, gdzie na prawdę o wodę baaaardzo trudno, radzą sobie rośliny i ludzie. Dla mnie największą tajemnicą jest, jak to się dzieje, że w tak trudnych warunkach (ostre słonce, mało opadów, silne wysuszające wiatry) miasta i miasteczka są takie zielone. 
Na pierwszy rzut - Grimaud. Zaciągnęli nas tu znajomi, którzy kilkanaście lat temu jeszcze jako studenci pracowali w tutejszych winnicach podczas wakacji. Winnice wszędzie, co kilka kilometrów sklepiki z degustacją wina prosto z beczki. Ale nie to mnie urzeka dziś patrząc na zdjęcia. Stare Grimaud z królującymi ponad wszystkim ruinami zamku Grimaldich uchodzi za najbardziej ukwiecone miasteczko na południu Francji, a może i całej Francji. Oszałamiający zapach oleandrów, lantany (ich gąszcz na zdjęciu poniżej), oliwek i różowe ściany bugenwilli, okwiecone balkony, pnącza wyrastające ze szczelin między kamieniami, rośliny w dzbanach, donicach, misach dosłownie wszędzie. 
Najbardziej jednak zaimponowały mi drzewa. Nie wiem, jak one tutaj dają sobie radę, ale platan na środku wybrukowanego placyku na prawdę wyglądał imponująco. Z błogością zaszyliśmy się w gąszczu wąziutkich uliczek.

St-Tropez (zdjęcie poniżej) rozczarowuje, ogromnie i pod każdym względem. Szkoda nawet pisać. Honor miasta ratowali jedynie gracze w boule w parku platanowym, emocje widzów i skupienie rzucających kule, którego nie zrozumieją laicy i w dodatku nie-Francuzi, w końcu to ich gra narodowa. Zwróćcie jednak uwagę, gdzie gra się odbywa: w platanowym parku. Wszędzie piach, a drzewa rosną i doskonale sobie radzą. No i, co najważniejsze, dają cień mieszkańcom. Tak niezbędny w tamtejszym klimacie.
No i symbol tego, jak trudność przekuć w sukces. Między Niceą a Monaco (ok. 10 km na wschód od Nicei) jest mała perełka – Éze z ogrodem kaktusów i sukulentów. Éze jest jednym z najciekawszych i najlepiej odrestaurowanych przykładów tzw. villages perchés czyli „wiosek na grzędzie”. To często malutkie wioski czy miasteczka niedaleko wybrzeża, ale za to wysoko górach, w trudno dostępnych miejscach. 
Éze ma uliczki tak ciasne, że domki są wręcz wmurowane w skały, a miejscami i tak trudno się minąć dwóm osobom. Na parterach swoich domków ludzie mają sklepiki, kramy, miniaturowe kawiarenki, a na piętrach mieszkają. Na samym szczycie w ruinach XIV-wiecznego zamku założono ogród kaktusowy (Jardin Éxotik). 
Wąska ścieżka wije się wśród kaktusów i sukulentów, które onieśmielają wielkością, pięknem i wytrzymałością. Nie jestem wielbicielką gruboszowatych i kolczastych roślin, ale to miejsce mnie urzekło właśnie tym, ze jest, że ktoś kiedyś pomyślał, że na szczycie góry można założyć ogród. Że też w Zielonej Górze takie pomysły się nie zdarzają, przynajmniej nie w ostatnich dziesięcioleciach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz