PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

niedziela, 21 lipca 2013

Strączkowo, zielono, smacznie - warzywa w ogrodzie

Tak. Jestem wielbicielka eklektyzmu w ogrodach. Nie tylko związanego z mieszaniem stylów, kolorów czy faktur, ale też użyteczności. Słowem miedzy roślinami ozdobnymi z lubością sadzę i sieję warzywa, zioła. 
Tak. Miejsc z roku na rok mam coraz mniej, nad czym ubolewam. Ale taka kolej rzeczy. Ozdobne, które cały rok "siedzą" w ziemi, rozrastają się, co było do przewidzenia, nie zostawiając pola zbyt wielkiego na warzywne uprawy. Efekt? Mam zdecydowanie mniej warzyw w tym roku. To nie tylko efekt rozrastania się roślin oczywiście, ale i działań różnych innych czynników. Ale po kolei. 
Sałata mi zmarniała. Ulewy, potem plaga ślimaków, a potem moje zniechęcenie. Wyrwałam kilak dni temu brzydkie główki. Przynajmniej nie straszą. Ale obiecuję, posieję jeszcze sałatę, posieję. 
Obrodził rabarbar. Nawet sama jestem w szoku, bo liście ma ogromne jak pół stołu. Obdarowałam sąsiadkę i rodziców. Zamroziłam. Na zimowe orzeźwienie ciastowe - jak znalazł:) 
Dobrze ma się też lubczyk. Wprawdzie wepchnięty między osiągającym potężne rozmiary wspomnianym wyżej rabarbarem, dereniem i astrami jesiennymi, ale daje radę. Właśnie kwitnie. 
Ziół też sporo mi się uzbierało. Nawet koperek mi wyrósł pod płotem. Z ubiegłorocznych siewów - rzecz jasna. Podobnie jak kolendra. Takie niespodzianki lubię najbardziej. 
Z kolei rzodkiewka po pierwszym udanym zrywie już drugiego kulkowego szaleństwa mi nie podarowała. Do wyrwania. Podobnie jak buraczki. No może chłodnik będzie chociaż z tego:) 
Fasolka. Z tą już inaczej. Już jestem po pierwszym zbiorze. Tej zwyczajnej, zielonej szparagowej. Chociaż z nasianych kilkudziesięciu ziaren wyrosło zaledwie 9 roślinek, to zbiór wystarczył na skosztowanie dla całej rodziny. Pyszna była, bo własna:) 
A to nie koniec, bo fasolka cały czas kwitnie i owocuje. 
A dlaczego tak mało? Bo gołębie wyjadły! Dwa razy siałam i za każdym razem robiły sobie ucztę w moim ogródku schowane za dereniem i krzewuszką. Brrrrr
Kawałek dalej rośnie inna odmiana fasolki o czerwonych kwiatach. Już zawiązuje strąki, ale za to te upodobały sobie ślimaki i co drugi krzaczek w połowie obżarty jest do kikutków. Zobaczymy, co z tego będzie.
Na fasolę tyczną muszę jeszcze poczekać. W tym roku posiałam ja dosyć późno. Ta przy płocie od sąsiadów wplątuje się we wszystko (jabłonka ozdobna, krzewuszka, kalina, liatria), co napotka na swej drodze, ale płotem gardzi, niewdzięczna. Po drugiej stronie ogrodu zaś postawiłam jej wysokie tyczki. Wprawdzie do wigwamu im daleko, ale zobaczymy, jak się sprawdzą. Na każdej tyczce pnie się inna odmiana. Początkowo nie były chętne, musiałam podwiązywać. Ale jak już załapały, o co mi chodzi, poszły jak burza. Już kwitną. Czekam na więcej. 
A pod nimi rośnie sobie pomidor. Na razie w sumie tylko chyba wegetuje, ale trzymam za niego kciuki. 

No i groszek pachnący. Poupychałam go w tym roku w kilku miejscach. Wysiewałam do gruntu i sadziłam te wysiewane do rolek po papierze toaletowym wczesną wiosną. Długo się nie mogły opamiętać i dopiero teraz ruszyły. W sumie są na takim samym etapie rozwojowym, jak te siane bezpośrednio do gruntu, wiec nie wiem, czy w przyszłym roku będę się bawiła w takie zawalanie skrzyneczkami parapetów. Na pewno nie w przypadku groszka, bo innym na pewno nie przepuszczę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz