PODRÓŻE

Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

poniedziałek, 14 października 2013

Kasztany, kasztany, lecą z nieba...

No niby lecą, ale żeby coś uzbierać, trzeba się na prawdę natrudzić. Ale od początku.
U Marty w przedszkolu jak co jesień zbierane są kasztany z myślą, by je potem sprzedać (chyba Lasy Państwowe je skupują dla zwierzyny leśnej, nie wiem na pewno). W ub. r. uzbierało się kasztanów za kilkaset złotych i każda grupa dostała nowe zabawki. Pomysł zatem fajny, bo rodzinny ruch na świeżym powietrzu i przy okazji pożyteczny, bo dzieci uczą się, że za wysiłek jest zapłata, a za nią można kupić fajne rzeczy. Reasumując - my też mieliśmy w tym procesie swój udział pod postacią pełnej torby kasztanów uzbieranych w Starym Młynie w Brzeźnicy podczas niedzielnej wycieczki.
No i myślałam, że tym razem pójdzie równie gładko i szybko. Nie żebym nie lubiła kasztanowego zbierania, ale po prostu chciałam się wykazać i już. A potem już tylko nieprzymuszona, a uwielbiana przyjemność przekładania kasztanów w dłoni.
Pierwsze podejście - Nowa Sól. Wiedziałam, że nad Odrą rośnie szpaler wielkich kasztanowców (nie kasztanów, bo kasztany rodzą jadalne owoce sprzedawane m. in. na Placu Pigalle, nasze kasztany to owoce kasztanowców).
Była zatem wizyta w Parku Krasnala i spacer na promenadę. Ale, że Marta chciała jeszcze pobawić się na placu zabaw, kasztany zostawiliśmy na później. Później okazało się za późno. Otóż uzbrojeni w torbę podchodzimy pod drzewa, a tam już spora grupa ludzi z wiadrami i koszykami. Nagle drzewo się zatrzęsło i posypał się grad kasztanów. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Wtedy zauważyłam drabinę. Jeden pan wspinał się po gałęziach i nimi trząsł, a reszta zbierała opadnięte kasztany. To była szeroko zakrojona i zorganizowana akcja. Trudno było się dołączyć, bo "trzęsienie" odbywało się już na ostatnim kasztanowcu, więc przepychać się nie zamierzaliśmy. Tym bardziej, że grupa tez miała swój cel - dzieci wraz z rodzicami zbierali kasztany, by zapłacić za wycieczkę szkolną. Czyli nie tylko nasze przedszkole wpadło na pomysł zarobkowania na jesiennych kulkach. Marta pozbierała tylko kilka kasztanów do zabawy i poszliśmy sobie.
Kolejne podejście - ostatnia sobota, Łagów. O tym, że buków, i to najładniejszych, jest tam pod dostatkiem, to wiedziałam. Myślałam jednak, że jakiś kasztanowiec też się tam znajdzie. Znalazł się, a raczej my go znaleźliśmy już w ostatnich minutach pobytu. Nieduży, zmarnowany od szrotówka, kasztanów pod nim niewiele, ale trochę się uzbierało.

Podobnie malutko kasztanów było na Wagmostawie i w parku. Hmmm. Poszukiwania trwają do końca października.

2 komentarze:

  1. W tym roku jest wielkie ubóstwo -na Chynowie 1 szt przypadła mi w udziale a też lubię je mieć poupychane w kieszeniach, w torebkach i w samochodzie.:-(

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, jakby co, to kilka kasztanów z tych łagowskich sobie zostawiłam, mogę się podzielić:) Ale już mam namiary na kasztanowce w mieście. Jutro chyba pójdę na spacer:)

    OdpowiedzUsuń