Przyjazna człowiekowi przestrzeń to miejsce, gdzie czujemy się dobrze, swobodnie, wygodnie, miło, przytulnie, a jednocześnie daje nam ono energię i jest inspiracją. Takich miejsc szukam i takie staram się tworzyć. I właśnie o tym jest ten blog: małych uciechach, niespodziewanych pomysłach, ciągłych poszukiwaniach, działaniach, odczuciach i eksperymentach.

wtorek, 11 czerwca 2013

Bzu czarnego zapach duszący

Już gdzieniegdzie kwitnie, już pachnie zabójczo. Oto on - bez czarny, synonim dziecięcych zabaw w dom i symbol lekarskich właściwości roślin. Przynajmniej dla mnie sprzed iluś tam lat. Z kwiatów wymieszanych z błotem i piaskiem lepiłam placuszki dla lalek w domku ukrytym pod rozłożystym drzewem. I kazałam koleżankom jeść, a gdy nie chciały, karmiłam lalki.
Charakterystyczny korzenny zapach potartych w dłoniach liści czy zdartej z gałązek kory pamiętam do dziś. A potem w gorące letnie dni czarne palce babci zrywającej zwieszone wiechy owoców. Sokowirówka na piecu i aromatyczny sok. Dobry z wodą na gaszenie pragnienia latem, a zimą dolewany do herbatki lipowej (zrywanie kwiatów lipy to była specjalność dziadka) jako panaceum na zmarznięte wiecznie nogi i dłonie oraz przeciw przeziębieniowy eliksir dla każdego.

Bez czarny uchodzi za krzew-chwast. Raczej nielubiany, wycinany, odpychany. Chociaż pojawiły się odmiany ozdobne z różowymi kwiatami, o liściach powcinanych, bordowych, nakrapianych i strzępiastych, to nie dorównują oryginałowi. Tylko owoce tego zwykłego, rosnącego niemal wszędzie bzu są jadalne i mają  właściwości lecznicze.
W moim ogrodzie nie mam nań niestety miejsca. Może uda mi się go posadzić gdzieś na obrzeżu pobliskiego lasku...a tymczasem uprosiłam rodziców, by nie wycinali bzu w podwórzu, chociaż przeszkadza im tam bardzo. Kłopot w tym, że bardzo rzadko udaje mi się utrafić z pobytem u nich w czas kwitnienia czy owocowania. W tym roku może mi się uda. Bo warto.

Z baldachów kwiatowych można bowiem smażyć aromatyczne naleśniki (podobnie jak z kwiatami akacji, ale ta już przekwitła). A tutaj przepis, gdyby ktoś miał ochotę.
Z owoców robi się od dawien dawna soki i nalewki, podobno bardzo dobre na przeziębienia.
Podczas ubiegłorocznego Święta Bzów w Siedlisku (polecam serdecznie imprezę, chociaż w tym roku nie było mi dane tam dotrzeć) zainteresowało mnie baaardzo stoisko pań z jednej z okolicznych miejscowości, które częstowały trunkami, nalewkami i innymi cudami z czarnego bzu.
Aby zachęcić Was, a siebie zdopingować do pilnowania w tym roku pory kwitnienia i owocowania bzu podaje przepis na leczniczą nalewkę z czarnego bzu, a jakżeby inaczej. Podobno rewelacyjnie oczyszcza organizm:
SKŁADNIKI:
1 kg dojrzałych owoców czarnego bzu
1 l spirytusu
syrop cukrowy
0,5 l wody
25 dag cukru
PRZYGOTOWANIE:
Owoce bzu szybko opłukać na sicie, włożyć do gąsiora i zalać spirytusem. Trzymać w szczelnie zamkniętym gąsiorze przez miesiąc. Po tym czasie zlać i przefiltrować przez bibułę filtracyjną. Dolać do przygotowanego wcześniej syropu z wody i cukru. Zamknąć gąsior, a nalewkę odstawić na 7 dni. Po tygodniu przefiltrować i rozlać do butelek. Szczelnie zamknąć i postawić na 6 miesięcy w ciemnym i średnio chłodnym miejscu. Działa napotnie, moczopędnie, czyści krew, uśmierza gorączkę, pomaga w przewlekłych zaparciach, pozwala pozbyć się toksyn.
To wszystko z ulotki drukowanej na zielonym papierze. Mam ją do dziś:)
Ja spróbuję:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz