Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rady. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2016

Ziołami pachnie mi

Świeżych ziół nie da się zastąpić tymi z torebki. No może da, ale aromat jest całkiem inny – torebkowy jest przyciszony, nieco papierowy. Z kolei świeżymi ziołami zapachnie w całej kuchni, zakręca w nosie i zmysłami. Dadzą po prostu efekt.
Ja co roku kupuję nowe, gatunków i odmian jest mnóstwo. Warto więc poeksperymentować. 


Zachęcam więc - kto może, niech sadzi zioła w ogrodzie, ale i w donicach na tarasie, balkonie czy na parapecie. Zasada jest jedna – najlepiej, gdy są pod ręką. Gdy trzeba do nich przedzierać się przez pół ogrodu, to w słoneczny dzień jeszcze może Wam się zachce wyskoczyć, ale już w pochmurny dzień może być z tym kłopot.

Ziołowy ogródek na parapecie pasuje zarówno do kuchni wiejskiej, romantycznej jak i nowoczesnej. To doskonały element nie tylko estetyczny pomieszczenia, ale przede wszystkim zmysłowy. Zioła, a właściwie ich zapach i aromat, jaki dają potrawie, to, w moim mniemaniu, wręcz dusza kuchni. 
Ładnie wyglądają kompozycje ziołowe złożone z kilku gatunków, do tego ubarwione jadalnymi kwiatami, np. nasturcją, nagietkiem, ogórecznikiem.

 Należy jednak pamiętać, że nie wszystkie zioła się lubią, czasem wręcz przeciwnie, obok siebie rosnąć nie będą i już. Mają charakterek. Wszystko bierze się jednak stąd, że pochodzą z różnych stref klimatycznych. Te z basenu Morza Śródziemnego po lubią piaszczyste podłoże i bez słońca raczej obyć się nie potrafią, ale jednocześnie nie lubią silnego wiatru. To przede wszystkim tymianek, rozmaryn, lawenda, bazylia, melisa. Bardziej cienistych i wilgotnych miejsc potrzebują nasze rodzime: szczypiorek, pietruszka, trybula, lubczyk i mięta pieprzowa.
Szałwia lekarska rewelacyjnie wygląda na rabatach - jest jej prawdziwą ozdobą. 

Według podobnej zasady dobieramy zioła do upraw w donicach. Większość z nich doskonale sobie radzi w pojemnikach. Świetnie wyglądają razem i jaki dają aromat!

Wiosenny lubczyk w całej okazałości. 
Co do lubczyka, jest bardzo wybredny pod względem miejsca. Moja mam siedem razy przesadzała go, a i tak nadal nie jest bujny "jak na obrazku". A u mnie posadziłam go pod płotem i rośnie jak szalony. Jesienią ub.r. przed przymrozkami obdzieliłam liśćmi sąsiadki, bo nie miałam co z nimi zrobić, a szkoda było go zmarnować. Sąsiadka zresztą kilka minut wcześniej dała mi piękny pęk bazylii. Cudny krzew jej wyrósł, zdobił ogród przez cały sezon. Część ususzyłam, a kilka pędów włożyłam do wazonu. Ależ aromat miałam przez tydzień!

Rady mamine i książkowe:
- pietruszki nie siejemy dwa razy na tym samym miejscu, bo nie będzie rosnąć.
- im więcej tniemy zioła, tym bujniej rosną
- najwięcej aromatów maja zioła przed zakwitnięciem, dlatego z przygotowaniem zapasów na zimę warto wstrzelić się w odpowiedni moment




Pamiętajmy też, że kwiaty też są jadalne. Świetnie wyglądają w sałatkach, deserach.

Co robić z ziołami, gdy sezon się kończy, albo w szczycie sezonu będzie ich tyle, że nie nadążymy konsumować?
- można suszyć (w przewiewnym i raczej zacienionym miejscu). Suszymy albo całe gałązki (np. tymianek, rozmaryn), albo najpierw obrywamy listki (np. mięta, szałwia)
- łodyżki majeranku, rozmarynu, tymianku czy szałwii można zalać oliwą lub octem winnym i stosować później takie aromatyzowane w kuchni
- miętę, melisę, bazylię, pietruszkę, koper, lubczyk można zamrozić w foremce do kostek lodu. Kroimy drobniutko i upychamy w foremkach. Polewamy leciutko wodą czy oliwą. I zamrażamy. Zamrożone możemy przesypać do woreczka i przygotować kolejną porcję, a potem już w miarę potrzeby używamy kostki.
Ja zwykle kroję i ciasno upycham w malutkich słoiczkach i zamrażam. gdy potrzebuję np. pietruszki do zupy, ostrym nożem wydłubuję (łatwo się to robi) tyle, ile trzeba i resztę znów wkładam szybko do zamrażalnika. To sposób mojej babci i mamy. U mnie się sprawdza.


21 sierpnia 2013

Podlewanie w czasie urlopu, czyli jak nie zmarnować roślin

Są wakacje. Wprawdzie się kończą, ale jeszcze niektórzy wybierają się na urlopy, wyjazdy. A upały jeszcze się zdarzyć mogą. Przyznaję, właśnie na kilkudniowym, ale zawsze, urlopie jestem. I nie ukrywam, że zawsze mam jeden podstawowy dylemat: jechać czy nie? Powód? Moje rośliny.
O ile jeszcze ogród to podlewa się sam (chwała automatycznym systemom podlewania), ale już donice się same nie podleją. Dobrze, że mam sąsiadów, którzy z chęcią przelecą się po moim ogródku z konewką, ale gdy ktoś nie ma tak dobrze? Co wtedy?
Oto kilka rad, jak sobie radzić z dylematem - jechać na wakacje i zostawić rośliny na pewną klęskę, czy jechać na wakacje i niczym się nie martwić. Bo rozumiem, że opcja - nie jedziemy na wakacje, bo trzeba się zająć roślinami - nie wchodzi w rachubę.

Pierwsza rada - przenosimy rośliny w miejsce, gdzie nie będą narażone na bezpośrednie działanie słońca czy wysuszającego wiatru (od drzewko, krzew, w cień szopki) - nie zalewamy roślin na zapas - nie wkładamy ich do dużych mis z wodą czy nie lejemy na maksa wody do podstawki. Rośliny nam zgniją.
Jak zakładają znawcy - jednej roślinie doniczkowej wystarczy ok. 0,5 - 1 litra  wody w tygodniu.
Oto kilka sposobów, by im takiej ilości dostarczyć:
Kamykowa niecka - misę wysypujemy kamykami, np. keramzytem i napełniamy woda do poziomu kamyków. Na nich ustawiamy doniczki. - woda nie moczy korzeni, ale podsiąka do podłoża. A do miski wstawiamy przewróconą do góry nogami butelkę plastikową z wodą. Woda będzie spływała stopniowo uzupełniając poziom w naczyniu - to efekt sił przyrody - podciśnienia bodajże:)

Mokry sznurek - jeden koniec bawełnianego sznurka (ukręconego np. ze starej koszulki pociętej na paski) wkładamy do ziemi w doniczce, a drugi do pojemnika z wodą. Ten drugi powinien stać wyżej niż doniczka.

Butelka - potrzebna nam jest zakręcona plastikowa butelka z wodą. Robimy dziurkę w zakrętce, odwracamy i wkładamy do ziemi w doniczce. Można kupić też specjalne zakrętki z sączkami, ale po co...

Można też zaopatrzyć się w gotowe systemy sączkowe, czyli cienkie rurki, z których jeden koniec wkładamy do pojemnika z wodą, a drugi do doniczek. Zestawy w różnej cenie zależnej głównie od ilości sączków można kupić w marketach czy sklepach ogrodniczych.

Są też bardziej dekoracyjne poidełka, np. szklane kule ozdobne, które napełniamy wodą i długi koniec wkładamy do ziemi. Nie miałam, ale znajoma twierdzi, że się nie sprawdzają, bo woda bardzo szybko wypływa.
Wybór należy do Ciebie, a ja życzę miłego urlopu:)

Sama wybrałam ustawianie w cień, podlanie przed wyjazdem i telefon do sąsiadki:) tak na wszelki wypadek:)

10 maja 2013

Porady przy sadzeniu, czyli jak się nie pogubić w tym wszystkim

Szał sadzenia, przesadzania, kupowania roślin, siania i wszystkiego, co związane z ogrodem wiosną, trwa. Znam to doskonale z autopsji, bo nie raz i nie dwa kopałam coś sadziłam, przenosiłam do późnych godzin wieczornych, bo jeszcze to, jeszcze tamto, tylko chwilka, chwileczka i tak się przeciąga.
A potem rysuję rabatki, czytam o nowych roślinach i po raz setny przeglądam katalogi czy stare gazety ogrodnicze. Ech:)
Roślin jest mnóstwo. Mówię o gatunkach nie wspominając o odmianach. Chociaż wiele rozpoznaję, to cały czas wchodzą nowości, albo do łask ogrodniczych wracają tradycyjne odmiany. Połapać się w tym wszystkim baaaardzo trudno. Więc rada dla wszystkich: zapisujcie, co i gdzie siejecie czy sadzicie. Dokładnie, z nazwą odmiany, bo odmiana odmianie nie jest równa. Przykład: powojniki. Odmian są setki, jeśli nie tysiące, a rodzin kilka i każdą inaczej się na przykład przycina wiosną. Jak to spamiętać?
Gdy kupujecie jakąś roślinę, to zachowujcie karteczki i etykietki. Najlepiej wtykać je koło roślin w ziemię, a jeśli nie ma takiej możliwości (ze względów estetycznych czy miejscowych) to włóżcie do pudełeczka i zapiszcie gdzie rośnie). Przyda się na pewno.

20 kwietnia 2013

Ekologiczna uprawa warzyw

Było już o uprawie współrzędnej. Można pójść jeszcze krok dalej - uprawiać warzywa ekologicznie, a przynajmniej próbować. Bo skoro już siejemy marchewkę w swoim ogródku "kradnąc" odrobinę miejsca kwiatom, a może nawet iglakom:) to przecież nie będziemy jej pryskać chemią. Taką chemiczną to bez kłopotu można w markecie kupić, a nie ledwo umytą dziecku podać czy samemu schrupać.
No to po ideologicznej tyradzie czas na konkrety. Jak zrobić, by się za bardzo  ie narobić (i np. ręcznie robaczków nie zbierać), a i efekty jakieś były?
Oto kilka rad, które gdzieś usłyszałam, przeczytałam, sama sprawdziłam, u mamy czy babci jeszcze podejrzałam:
  • Skoro już o tej marchwi wspomniałam, to decydując się na ekologiczną marchew bez chemii, dobrze posadzić obok niej... cebulę. Da to obopólne korzyści: połyśnica marchwianka, której larwy zżerają korzenie marchwi, nie znosi zapachu cebuli, a z kolei śmietka atakująca cebulę, nie lubi marchwi.
  • Czosnek nie daje szans mączniakowi, nawet między różami można go sadzić. Pieknie sie będzie komponowała, podobnie jak szczypiorek. Próbowaliście takiego zestawu? 
  • Przed nicieniami chroni nagietek, aksamitka i rumianek, a między truskawkami warto posadzić majeranek i lawendę. Przy takim zestawie mrówki znikną
  •  W jedzeniu zielonych kuleczek groszku tak lubianego przez Martę i mnie (oczywiście prosto z "działki") często uprzedzają nas obrzydliwe larwy strąkowca grochowego. Można je przegonić, a właściwie odstraszyć rodziców sadząc obok marchew, nagietki i pomidory.
  • Z kolei larwy bielinka kapustnika zjadają wielkie liście nie tylko kapusty, ale i rzucają się np. na nasturcje. Tak było u mnie w ub. r. Istna inwazja. Ale właśnie się dowiedziałam, że bielinek nie lubi kopru, poru czy pomidorów. Pomoże też podobno mięta czy rozmaryn. Spróbuję, chociaż dorosłe osobniki bielinka ładne są...
  • Kwieciaka malinowca przepędzimy z kolei kładąc między krzewami truskawek liście paproci.
  • Nasturcja chroni fasolę czy kalinę przed czarnymi mszycami. Tutaj jednak nie chodzi o to, że odstrasza, ale własnie przyciąga, tylko, że na siebie. Oblepione rośliny wyrywamy i do śmietnika. A że rosną szybko, to mniej ich żal niż fasoli czy krzewu. No i sadzimy od razu następne. Szybko urosną.

09 kwietnia 2013

Marcowe prace w kwietniowym ogrodzie

Pomieszało się trochę w naturze, wszystko zaczyna się dziać z opóźnieniem, ale o wiele intensywniej. Przyświeciło trochę słońce, prognozy na razie nie straszą nawet przymrozkami, a więc ludzie ruszyli do ogrodów. Podczas wczorajszego spaceru zauważyłam, jak w wielu ogrodach były już worki z korą, a nawet nowe rośliny w donicach czekające na sadzenie:)
A u mnie? Jeszcze trochę śniegu leży, ale część roślin już idzie w zielone:) Pojawiają się niebieskie cebulice, szafirki i tulipany. Na razie tylko liście, ale i na kwiaty przyjdzie czas:)


 A tawlina czaruje już swoimi młodziutkimi listkami. Jestem zauroczoną nią:)


Pracy przed nami sporo, bo i marcowa jeszcze nie wykonana, a i kwietniowa już kusi. Można się jeszcze trochę obawiać przymrozków czy małego śniegu, ale gdy krokusy już kwitną (mam jednego na dowód:) i przebiśniegi na dobre zdobią cieniste zakątki (wybieram się do koleżanki po rozsadę:) - znak to, że porządki czas zacząć robić.
Od czego zaczynamy?
- przycinamy krótko (10-15 cm od podłoża) trawy ozdobne. Ja już niektóre przycięłam, inne jeszcze w pełnej jesiennej suchej krasie czekają na nożyce.
- spulchniamy ziemię tam, gdzie planujemy rabaty,
- przyglądamy się drzewom i krzewom - usuwamy uszkodzone przez mróz pędy, czyli suche badylki.
- przycinamy krzewy ozdobne, ale tylko te, które kwitną na tegorocznych pędach. Jak to rozpoznać? to te, które kwitną latem (pięciorniki, tawuły japońskie, berberysy, śnieguliczki, derenie, róże, hortensje bukietowe) Tniemy wszystkie chore i uszkodzone, a resztę ok. 30 -40 cm od podłoża (nad 3 pąkiem skierowanym na zewnątrz korony). Nie należy się tego bać, bo roślinom to służy. Własnie ich oszczędzanie w naszym rozumieniu powoduje, że dziczeją i po kilku latach tracą pokrój, mało kwitną, wyglądają po prostu brzydko. Na początku będą wyglądać trochę marnie, ale jak rusza z wegetacją, puszczą mnóstwo młodych pędów, które obdarują nas mnóstwem kwiatów.
- UWAGA! nie ruszamy tych, które kwitną wiosną: migdałki, forsycje, wczesne tawuły. Te tniemy dopiero po przekwitnięciu.
- usuwamy okrycia zimowe
- zastanawiamy się, które byliny możemy podzielić, bo wiosna to dobry czas m. in. na rozmnażanie chociażby funkii, traw, rozchodników, nachyłków.

Teraz też przesadzamy rośliny, które nie do końca nas przekonują na danym miejscu. Warto robić sobie przez cały rok dokumentację zdjęciową albo notatki, by potem wiedzieć, co się sprawdziło, a co nie i trzeba po prostu przesadzić.
Ja już taki plan sobie zrobiłam, tym bardziej, jak wiadomo powszechnie, ogród nigdy nie jest skończony i ogrodnik wiecznie w nim coś przesadza. Oto moja lista na już. Głównie dotyczy to jednej rabaty, bo robi się tam trochę za gęsto:)

- kosaćce muszę przesadzić dalej od ścieżki, bo na przedzie rabaty wybujały za mocno i zasłaniają mniejsze rośliny z tyłu,
- przesadzić piwonię, która schowała się za iglakiem i niewiele jej widać, zresztą ostróżki ją później przygniatają. Piwonie lepiej przesadza się we wrześniu, ale postaram się wziąć ogromną karpę ziemi, y nie przeżyła szoku.
- podzielić trawy i wsadzić między rudbekie, by szumiały razem i falowały:)
- ograniczyć dąbrówkę i tojeść rozesłaną. Obie ładnie wyglądają, nie potrzebują uwagi, szybko zadarniają puste pola, a przez to chwastom nie dają żadnych szans. Ale rozłażą się za mocno. Ktoś reflektuje na sadzonki?
- rozchodniki z rabaty podwyższonej przenieść do rabaty przy tarasie, bo to będą miały więcej słońca, a  i jesienią będzie piękny kolorystyczny akcent.

07 marca 2013

Idą mrozy, z porzeczki nici

No dobra, zima nie odpuszcza. W końcu niemal cały marzec teoretycznie należy do niej. I chociażbyśmy nie wiem, jak czekali, jak cieszyli się z każdego słonecznego dnia, ma prawo przymrozić, obsypać śniegiem. I tak właśnie będzie.
Nawet pan w sklepie ogrodniczym odradził mi kupowanie na razie krzewu porzeczki czerwonej (bo takowy planuję posadzić:). - Teraz pani wykopię go ze zmarzniętej ziemi, pani wsadzi w zmarzniętą, do tego domrozi ostro i krzew może paść - powiedział prosto, treściwie i przekonująco. Odłożyłam więc zakup na "po mrozach". Kiedy to będzie? trudno określić.
Tymczasem boję się nieco o rośliny w ogrodzie. Część z nich zaczęła już rozwijać pąki. Poodsłaniałam je nieco na czas bardzo ciepłych dni, by się nie zgrzały zbyt mocno i nie ruszyły gwałtownie z wegetacją. Dzisiaj czeka mnie i pewnie wielu innych ogrodników sporo pracy: trzeba poosłaniać na nowo co bardziej wrażliwe rośliny. Hortensjo ogrodowa, lawendo, rododendronie, skimio i budlejo - idę wam na pomoc:)
A tak poza tym, to i tak nie oparłam się na ryneczku cudnym bratkom (im akurat mrozy nie są straszne) oraz kolejnym nasionkom, m. in. czarnuszki i chabrów. A co!

01 marca 2013

Parapetowe sianie, czyli w co siać?

Taki dylemat miałam już kilka tygodni temu, gdy na parapecie pojawiły się pudełka po jogurtach i stare doniczki z sadzonkami, które pobrałam jesienią z roślin w ogrodzie. Teraz doszły siewy.
W ulubionym sklepie ogrodniczym podczas ostatniej wizyty widziałam gotowe szklarenki - fachowe z podwójnym dnem i przezroczystym przykryciem, a sama doniczka podzielona była na równe części. Hmmm. Mała kosztowała ok. 13 zł, a większa na 20 roślin bodajże - 16,80 zł. Kusiły ze względu na męża, który chaos parapetowy to wytrzyma na jednym oknie, ale na wszystkich już byłoby ciężko:)
Pani w sklepie podpowiedziała jednak inny sposób, tańszy, który zastosowałam. Oto moje szklarenki z recyklingu:.

Potrzebne są plastikowe pojemniki po warzywach czy owocach, a większe np. po kluskach na parze:) i tekturowe rolki po papierze toaletowym.
Rolki ustawiamy ciasno w jednym z pudełek (ze względów estetycznych najlepiej ciemnym, bo wtedy nie widać ziemi, która nam się przesypie). Wcześniej jednak robimy w pudełku dziurki. Koniecznie!
Do tulejek wsypujemy ziemię wymieszaną z perlitem lub piaskiem. Nie ubijamy jej, ale nasypujemy do pełna, bo gdy namoknie i tak się ubije sama. No i wysiewamy nasiona. U mnie to szałwia i groszek pachnący.
Całość wstawiamy do większego pojemnika, do którego wlewamy wodę i zostawiamy na kilka godzin, aż ziemia namoknie. Przykrywamy plastikowym "wieczkiem" - ważne - przezroczystym, bo nie tylko utrzymywało wilgoć, ale też dopuszczało światło.
Dla malutkich nasionek, jak poziomki czy lobelia można wybrać małe pudełka plastikowe np. po pomidorkach koktajlowych, które maja swoje wieczko z otworkami, więc nie trzeba się przejmować wietrzeniem. Siejemy nasiona wprost do ziemi i ustawiamy na szczelnym podkładzie, do którego wlewamy wodę, by podsiąkła do ziemi w "doniczkach". 

Taka wersję mąż zaakceptował. Ufff:)

24 lutego 2013

Wieści z parapetu

Winna jestem kilka słów o spotkaniu w sprawie alternatywnych działań zieleniarskich w mieście. Było energetycznie i chyba twórczo. Kilka pomysłów zrodziło się na poczekaniu, choć wiadomo, że takie rzeczy trzeba przetrawić na spokojnie. Tutaj kilka słów więcej. Zobaczymy, co z tego ostatecznie wyjdzie.
A tymczasem wieści z parapetu.
Pojawiła się mszyca. Zżarła mi bazylię i zaczęła przystawiać się do pietruszki. Tej pożreć nie dałam. Zgarniałam każde zielone łażące coś z łodyżek. Jest na razie spokój, ale to znak, że warto się przyjrzeć naszym uprawom parapetowym, szczególnie tym, które docelowo trafią do ogrodu. One są najbardziej podatne. I jak najszybciej trzeba interweniować.
Słońca baaaaardzo mało. Od kilkunastu dni nie było chyba godziny słonecznej. Sadzonki wyciągnęły się niemiłosiernie na parapecie i za bardzo nie wiem, jak im pomóc. Muszą wytrzymać.
Co do zasiewów, mam z nimi kłopot. Ostatnio posiałam poziomkę i dodatkowo lobelię. Nie oznaczyłam ich jednak (w sensie - nie podpisałam, w którym pudełku co jest), a kilka razy przestawiałam je na parapecie, by się wszystko zmieściło i teraz nie wiem, gdzie lobelia, gdzie poziomki, a gdzie szałwia. Będzie loteria i wielka zgadywanka, jak przyjdzie do pikowania:)
Dlatego radzę, by ci, którzy jeszcze pamiętają albo siać dopiero będą, niech oznaczą sobie swe zasiewy. To na prawdę ułatwia życie. A sposobów jest mnóstwo. I to całkiem sympatycznych (inspiracje z google:)














Ta ostatnia przekonuje mnie chyba najbardziej ze względu na to, że łatwo ją zrobić, wygląda ładnie i zawiera ważną informację - oprócz nazwy jest też data wysiania nasion. Polecam!


20 lutego 2013

Dyskusje na zielono. Kto dołączy?

Lubię zimę czy już nie? Za oknem łagodnie spadają płatki śniegu. Wprost cudo. Nie mogłam jednak przejść obojętnie obok kolorowych oczek pierwiosnków, od których już uginają się półki w kwiaciarniach i niemal każdym markecie. No nie mogłam.

Więc teraz patrzę na wiosenne symbole, a w tle wiruje śnieg. Kuriozum lekkie, ale co tam.

Zbliżającą się wiosnę poczuję mocniej w najbliższych dniach. Jutro (czwartek 21 lutego) o godz. 19 w Zielonym Montesouri w Zielonej Górze odbędzie się kolejne spotkanie z serii Green Drinks. To ogólnoświatowy trend otwartych spotkań ludzi różnych profesji i zainteresowań, by w luźnej atmosferze się poznali, porozmawiali, a przy okazji nawiązali w przyszłości współpracę. To taka przerwa w konferencjach - tak bowiem powstała sama idea Green Drinksów. Któryś z amerykańskich pewnie (bo jakżeby inaczej:) naukowców zauważył, ze najciekawsze dyskusje odbywają się w tzw. kuluarach konferencji czyli na kawowych przerwach. Postanowił zapoczątkować konferencje, które składają się z ... samych przerw kawowych:)
W Zielonej Górze takie spotkania odbyły się już dwa. Tematem kolejnego, właśnie w czwartek, jest zielona alternatywa w miastach. Będzie mowa o partyzantce ogrodniczej, warzywniakach na dachach i bombach kwietnych. Obrazki z innych miast maja stać się pretekstem do podobnych działań w Zielonej Górze. Czy tak się stanie? Czy w tę stronę podąży dyskusja i rozmowy przy kawce? Zobaczymy. Zapraszam serdecznie!
A w piątek wybieram się na Gardenię, czyli targi ogrodnicze w Poznaniu. Co ciekawsze rzeczy i trendy postaram się opisać. Szczególnie ciekawie zapowiada się konferencja. Zobaczcie sami. Może ktoś jeszcze dołączy? Wyjeżdżam rannym pociągiem, jakby co:)

11 lutego 2013

Cierpliwość - rzecz nabyta

Uczę się cierpliwości, bo takiej cechy nie mam, niestety, a przydaje się chociażby w ogrodzie. Kilka dni temu, gdy się nieco ociepliło, poczułam wiosenny zew i już niecierpliwie zaczęłam porządkować ogród, rozgarniać osłony, cieszyć się młodymi listkami. Cieszyłam się bardzo z tego, że ta moja niecierpliwość została nagrodzona. A okazało się, że nie do końca. Teraz znowu jest mroźno. Młode listki pewnie ostro dostaną w kość, o ile w ogóle przetrwają. Martwię się też o niektóre rośliny, które podobnie, jak ja, nie mogły się doczekać do wiosny i teraz wystawiły się na działanie minusowych temperatur. Mogą całe zmarnieć.
Pewnych rzeczy jednak nie należy przyspieszać, by potem nie żałować. Albo nie biegać w przyspieszonym tempie po ogródku i przykrywać to, co się wcześniej ładnie poodsłaniało. Dlatego warto mieć pod ręką geowłókninę czy korę, albo nie usuwać całkowicie osłon, tylko w cieplejsze dni lekko odsłaniać, by potem móc szybko zareagować i opatulić na nowo.
Cierpliwości lekcja druga - sianie. Jak wspominałam, już zasiałam jednoroczne z długim kiełkowaniem: lobelię, szałwię, tunbergię. Wiem, że na ich wzejście będę musiała jeszcze trochę poczekać, ale codziennie sprawdzam, czy już już coś widać. Otóż nie widać i jeszcze przez dwa trzy tygodnie widać nic nie będzie - muszę się z tym pogodzić i wam to samo radzę. Tymczasem jednak można rozplanować, gdzie te jednoroczne posadzimy.
 Zacznijmy od mojej ulubionej lobelii przylądkowej (Lobelia erinus). To wyjątkowo piękna i wdzięczna roślina jednoroczna. Pięknie wygląda w niemal wszystkich kompozycjach. Mi najbardziej podoba się w srebrzysto-fioletowych zestawieniach np. z szałwią lekarską, bakopą o fioletowych kwiatkach i lawendą.
Kwitnie od maja do października, a nawet pierwszych przymrozków. Na zdjęciu poniżej lobelia w listopadzie.

O ile kiełkuje bardzo powoli i trzeba ją już wysiewać w lutym, to później z małej sadzonki szybko rozrasta się do pokaźnej kępy o delikatnych pędach i mnóstwem jaskrawo niebieskich kwiatków. Zresztą kwiaty mogą być białe, fioletowe, różowe, ale i tak mi najbardziej odpowiada klasyczny błękit. Taki kolor rzadko trafia się wśród ogrodowych piękności.

Uwielbia słońce, ale i równomierne podlewanie. Gdy to się jej zapewni, ozdobi każdy słoneczny zakątek, donicę, skrzynkę balkonową na cały sezon. No i, co dla mnie jest ogromnym plusem - przyciągnie pszczoły oraz motyle.
Po pierwszym kwitnieniu warto ją przyciąć, wtedy zakwitnie ponownie ze wzmożona siłą.
Szałwię okazałą (Salvia splendens), a właściwie jej nasionka, kupiłam ze względu na fioletowy kolor kwiatów, które pasować będą do mojej "chłodnej" kolorystycznie rabaty w kącie ogrodu. Dotychczas nie miałam jej w swoim ogrodzie, bo jej, bardziej popularne czerwony siostrzyczki, jakoś do mnie nie przemawiały. Fiolet o wiele bardziej.
Szałwia to ładnie rozkrzewiająca się roślina do ok. 40 cm wysokości. Podobno jest łatwa w uprawie. Pewnie dlatego sadzi się ją często w zieleni miejskiej. Lubi przepuszczalne, ale żyzne podłoże. Najładniej wygląda w grupach i tak własnie zamierzam ją posadzić. M. in. już widzę oczami wyobraźni dużą białą drewniana skrzynię, która stoi przy tarasie, obsadzona fioletowym kwieciem. No i lubią ja pszczoły. Też ją lubię:)
A tunbergia (Thunbergia alata)? To będzie moje drugie do niej podejście. W ub. r. nawet nie wykiełkowała. Zobaczymy, czy tym razem mi się uda. Trzymajcie kciuki za nią i za moją cierpliwość, bym wcześniej nie zaczęła grzebać patyczkiem w ziemi w poszukiwaniu kiełkujących nasionek. Bo to też i się zdarza:)

07 lutego 2013

Dalia, królowa na nowo odkryta

Przeglądając zdjęcia ogrodu z minionego sezonu, natknęłam się na fotografie pięknych czerwonych pomponów kwitnących od późnego lata do pierwszych przymrozków - mowa o daliach (Dahlia), czy też georginiach od dawnej nazwy botanicznej kwiatów. Ilość odmian, a co za tym idzie kolorów, kształtów, wielkości kwiatów jest tak ogromna, że każdy znajdzie coś dla siebie. A jeśli poświęci się im choć odrobinę uwagi (podleje i czasem nawiezie), to cieszą w każdych niemal warunkach, również na balkonie czy tarasie.
Dobrze wyglądają w rustykalnych ogródkach, warzywniakach, ale i nowoczesnych kompozycjach np. z trawami.
Odkrywam je na nowo, bo, przyznaję, jakoś dotychczas serca do nich nie miałam. Owszem, zawsze były w przydomowym ogrodzie. Uprawiała je babcia, teraz uprawia mama. Sadzone niekoniecznie w części ozdobnej, ale przy warzywniaku, w kącie, po to, by były zawsze świeże kwiaty do wazonu czy na cmentarz.
 Tak prezentowały się mamine dalie w ub. r. wciśnięte między zagajnik malinowy i trawiastą skarpę.
Jakoś nie przypominam sobie wielkich ceregieli z ich pielęgnacją. Jesienią wykopywane, wiosną wsadzane do ziemi i rosły. W razie katastrofy zawsze była ciocia - wielka wielbicielka dalii, której ogród zawsze pełen był różnorakich odmian dalii z kwitami pomponami, szpileczkami, pojedynczymi, pełnymi, ogromnymi jak talerz i malutkimi jak rączka dziecka. Pamiętam te ogromne bukiety, które zawsze mama dostawała od niej na urodziny we wrześniu.
Gdy już miałam swój ogródek, mama pytała, czy chcę georginie, ale nie byłam przekonana. A raczej przerażona nieco koniecznością pamiętania o wykopywaniu, sadzeniu, palikowaniu. Bo ja z tych leniwych jestem, co to nie lubią tego samego wykopywać i zakopywać, bo trzeba. Ja to mogę wykopywać i zakopywać z mojego "widzimisię".
Dostałam jednak kilka karp od znajomej, która też je dostała, ale już mnóstwo, od swojej znajomej. Nieświadoma ani koloru, ani wielkości roślin (bo różnić się mogą baaaardzo), posadziłam w dwóch przypadkowych miejscach i czekałam.
Wyrosły szybko, zawiązały pączki (podobno najlepiej ścinać główne pędy, gdy pojawią się pierwsze pąki, bo wtedy roślina się rozkrzewi i chociaż zakwitnie nieco później, kwiatów ma o wiele wiele więcej) i zakwitły. Mam piękne czerwone pomponiaste dalie. Nazwy odmiany nawet nie szukam, bo są ich dziesiątki, jak nie setki, a zresztą cały czas się krzyżują. Ale są piękne.
A dlaczego o nich piszę własnie teraz? Bo czas najwyższy sprawdzić, jak się mają wykopane z ziemi po pierwszych mrozach karpy. Czy nie zaatakowały ich szkodniki, jakieś zgnilizny, czy nie przeschły za bardzo (moje się nieco podsuszyły, więc spryskałam wodą). Warto je oczyścić i dokładnie im przyjrzeć. Można też je teraz rozmnożyć dzieląc karpy na mniejsze. Ważne, by każda miała po dwa, trzy oczka.
Kto ma słoneczny, ale chłodny parapet, może posadzić karpy do doniczek, wtedy szybciej zakwitną. Ja nie mam, więc moje musza poczekać na cieplejsze dni w kwietniu, by młodziutkim pędom nie zaszkodziły zbyt niskie temperatury.

Co warto wiedzieć o daliach?
- są bardzo żarłoczne i pięknie się odwdzięczą za kompost i nawóz przez cały okres wegetacji, a najlepiej kompost do dołka, a nawóz podczas kwitnienia.
- karpy nie lubią "stać" w wodzie, więc warto posadzić je na podsypanym z ziemi niedużym pagórku, ale nie lubią też suszy, wiec szczególnie latem trzeba je podlewać
- dużym okazom (niektóre sięgają 1,7 m) warto dać podpory już zanim przybiorą monumentalny rozmiar (teraz można te podpory przygotować:), bo łatwo się "przewracają"
- młode pędy są przysmakiem ślimaków, a z kolei później mogą je atakować mszyce.

05 lutego 2013

Ziemia za paznokciami

Pracowałam bez rękawiczek, by poczuć wilgotność i strukturę ziemi, delikatność młodziutkich listków, które się już gdzieniegdzie pokazały, by nacieszyć się tym grzebaniem i przycinaniem. Ogłaszam wszem i wobec, że pierwszy dzień przedwiosennych porządków w ogrodzie za mną.
Było cudnie: słoneczko, lekki wietrzyk, śpiewające ptaki. A ja zbierałam suche liście, gałęzie, sprawdzałam stan okrycia, przyglądałam się pączkom i jak głupia cieszyłam się, że zawilce japońskie kiełkują, sasanki i angelica puszczają liście, bzy mają już pąki nabrzmiałe,  rozchodniki już wypuściły swe srebrne pączusie błyszczące w słońcu kroplami wody, hortensja, która marna była przez dwa lata, wreszcie się ocknęła chyba, kozłek lekarski się pojawił, krwawnik się ładnie rozrósł. Już się nie mogę doczekać, kiedy jego terakotowe (bo to odmiana Terracotta) kwiaty znów zaczną przyciągać pszczoły i motyle.
A największą niespodziankę sprawiła mi werbena patagońska. Bo... przetrwała. niczym jej nie okrywałam. Z premedytacją skazałam na wymarznięcie. Po to przecież brałam szczepki, by się nie martwić o to, czy będę miała swe ulubione kwiaty w tym roku, czy nie. A ona sobie spokojnie przezimowała:)
No i tak chodziłam po rabatach i co chwilę pochylałam się nad jakimś wystającym z ziemi patyczkiem czy badylkiem, albo tylko miejscem, w którym rośnie coś, o czym tylko ja na razie wiem. Śmiałam się przy tym niemal na głos, podśpiewywałam witając z moimi roślinami.
Ale to nie wszytko. Bo i pracowałam. W końcu jakoś ta ziemia za paznokcie musiała się dostać.
A co robiłam? Przede wszystkim usuwałam suche badyle i liście bylin, których nie uprzątnęłam do końca jesienią. Odkryłam nieco spod kory m. in. szałwię błyszczącą i siewki ubiegłoroczne goździka brodatego, bo już dla nich za ciepło i zaczynały przegniwać.
No i zajęłam się trawami, czyli przycięłam je kilkanaście centymetrów nad ziemią. To najwyższy czas na to zadanie, bo już rozplenice, mozga, miskanty i spartyna już zaczęły wypuszczać młode liście, więc trzeba je przyciąć jak najszybciej, by potem z suchymi nie obcinać młodziutkich. Pracy było sporo, bo i traw trochę u mnie jest.
Przycięłam już budleję, (ok. 20-30 cm od ziemi, kwiaty zawiązują się na tegorocznych pędach, więc powinna się ładnie zagęścić i zakwitnąć).
A do przycinania jest jeszcze sporo innych rzeczy, ale resztę zostawiłam sobie na kolejne dni. Trzeba sobie dawkować przyjemności.
Zasłużyłam teraz na dobra kawę:)

03 lutego 2013

Zimowa pietruszka z parapetu

Ostatnio spotkałam znajomą i rozmowa zeszła na... pietruszkę. Otóż znajoma planuje ją wysiać, bo sklepowa smaku nie ma, a pietruszkę uwielbia po prostu. Pietruszka jednak ma to do siebie, że długo kiełkuje.
Osobiście pietruszki mam spory zapas (zamroziłam i posuszyłam w sezonie), a i w ogródku nieźle sobie radzi, to nigdy listków aromatycznych i zdrowych za wiele.
Przypomniał mi się jednak stary sposób na zimową pietruszkę. Zupełnie wypadł mi z głowy, chociaż do dziś mam obraz pietruszki na maminym oknie. Mama, prócz mrożenia, zawsze miała korzeń pietruszki w słoiku wypełnionym woda i świeże listki np. na przybranie potrawy. Podobno nawet wystarczy tylko sama "główka" korzeniowa pietruszki, czyli to, co zwykle wyrzucamy, bo to stamtąd wyrasta nać. Kładziemy ją na wilgotnej wacie czy ligninie i za jakiś czas nam się zazieleni.
Oczywiście lepsze efekty przeniesie cały korzeń. Można w wodzie, ale szybciej się psuje i więcej zachodu z wymienianiem wody. Łatwiej po prostu posadzić kilka korzeni w stosunkowo wysokiej doniczce tak, by się nie stykały korzenie. I czekać.
Planowałam wstępnie kupić korzenie na ryneczku, ale z powodu nagłego ochłodzenia, o czym już pisałam, i buntu Marty, kupiłam korzenie w markecie. O ile pietruszki luzem miały "główki" poobcinane, to w zestawach włoszczyznowych znalazłam dorodne w całej okazałości, a z jednego korzenie nawet listki zaczynały wyrastać:)

Doniczkę miałam do wyboru jedną, a że korzenie były dosyć długie, to je poobcinałam, od dołu oczywiście. Najważniejsze, by nie uszkodzić sławetnej już tu "główki". No i czekam:)
Taka wiosenna ziemna robotka:)
I jeszcze jedna przy okazji była - rozsadzanie bazylii. Jak już byłam w markecie, to kupiłam doniczkę z bazylią. Gotowiec, wiem, ale jakoś sama jeszcze na sianie bazylii się nie skusiłam. Tylko, że sklepowe wersje są bardzo podpędzane, w doniczkach roślinek gęsto jak licho, więc i szybko padają. Sposób na nie to właśnie rozsadzenie do kilku doniczek. Na początku mogą trochę wyglądać marnie, ale po dwóch dniach zaczną rosnąć z werwą, obiecuję. Tylko uwaga na delikatne bardzo młode łodyżki bazylii, bo łatwo je połamać.


A tym, którzy trzymają kciuki za moje przygody z kiełkami i kiełkownicą spieszę donieść, że kiełki chyba się mają dobrze i niedługo zaczniemy z Marta konsumować:) Będzie święto!
Mieszanka ostra, a poniżej słonecznik.

02 lutego 2013

Wypatrywanie wiosny ze śniegiem w tle

Po kilku słonecznych dniach poczułam wielką chęć (chociaż chęć to na prawdę mało powiedziane) grzebania w ziemi, przycinania, sadzenia i takich tam zboczonych dla niektórych czynności. Napaliłam się zatem na weekend - więcej czasu, wiadomo. A tu po późnym śniadaniu, gdy niemrawo zaczęłyśmy z Martą zastanawiać się, jak ułożyć sobie dzień bez męskiej części rodziny, zaczął padać śnieg. Wprawdzie synoptycy wielcy i mądrzy zapowiadali opady, ale jakoś mimo uszu puszczałam te kasandrowe przepowiednie. No to szybkie ubieranko i mały spacer po ogrodzie. Chociaż tyle.
Oto małe sprawozdanie:
- podmieniłam słoninki dla ptaków, poprawiłam worki geowłókniny na lawendzie, bo ostatnie wiatry pozrywały je, potańczyłam z Martą wśród wirujących płatków śniegu z suchymi kwiatami hortensji drzewiastej, które pourywał wiatr, a co:)
- pod domem pąki piękne zielone już ma hortensja pnąca. W ub. r. jakoś słabo się prowadziła, podsychała, marniała. Już ją miałam wykopać, ale że nie zawadzała zbytnio, a i nie widać jej za bardzo (cały czas jest w formie przyziemnej, bo za mała na wspinaczki), to zostawiłam. No i chyba w tym roku mnie zaskoczy. Oby. Na kwiaty nie liczę oczywiście, ale na dobicie do muru pionowego domu - jak najbardziej.

- kalina bodnantska też już rozwija coraz szerzej swoje pąki kwiatowe. W lutym może zakwitnie. Oby nie zmarzły, bo podobno mają jeszcze przyjść mroźne dni.


- wychodzą już listki krokusów i tulipanów (te drugie jakoś dziwnie poobgryzane, hmmm).
W sumie już jesienią zaczęły wychodzić, więc zwątpiłam, czy dobrze je zasadziłam, czy nie. I tak się cieszę, że wyszły, bo to były cebulki z ubiegłorocznych pędzonych kupionych w hipermarkecie na przecenie. Taką radę zapamiętałam z licznych serwowanych przez "Miejskiego ogrodnika" swego czasu. I rzeczywiście, warto kupować wiosenne cebulkowe po przekwitnięciu, bo sklepy je wyprzedają za grosze. Podobnie jak późną jesienią niektóre byliny czy krzewy, które nie wyglądają już okazale, więc typowy klient nawet na nie oka nie zarzuci. A dla sklepów to za duży koszt, by przechowywać roślinę przez zimę.

- wiciokrzew pięknie zieleni się na domku ogrodniczym.
Wytrzymały, coraz bujniej się krzewi (to zasługa sukcesywnego przycinania), kwitnie cały sezon na żółto, pachnieć za bardzo nie pachnie jednak, ale i tak zastanawiam się poważnie, czy nie posadzić go przy tarasie, by było tu coś zielonego zimą. Szkopuł w tym, że wiciokrzewy są zimozielone, ale gdy jest mocny mróz i wiatr, gubi liście. Na tarasie jest wietrznie, a za domkiem cicho i ciepło. Ale chyba warto spróbować.

Większość roślin jednak jeszcze śpi. Więc chyba jeszcze na wiosnę za wcześnie. Trudno. Poradzę sobie jakoś inaczej - domowo.

30 grudnia 2012

Muszę - chcę - zrobię:)

Znalazłam to w internecie - lista rzeczy, które musisz zrobić z dzieckiem (lub bez dziecka). Lista była o wiele dłuższa, ale te punkty spodobały mi się najbardziej. Niektóre już zrobione, ale podaję dalej tym, którzy na przykład nigdy jabłka prosto z drzewa nie zjedli:) Czas zacząć odhaczać zrobione!
- wspiąć się na drzewo
- sturlać się z wysokiego wzgórza
- rozbić obozowisko w lesie
- zbudować szałas
- puszczać kaczki na rzece czy jeziorze
- biegać w deszczu
- puszczać latawiec
- złapać rybe w sieć
- zjeść jabłko prosto z drzewa
- przejść się na szczudłach
- stoczyć bitwę wodną
- brać udział w poszukiwaniu skarbu na plaży
- zrobić bardzo dużą babkę z piasku
- wziąć udział w budowaniu tamy na strumieniu
- bawić się hula hop
- zakopać kogoś w piasku na plaży
- przejść po zwalonym pniu drzewa
- huśtać się na linie
- bawić się w błotnej ślizgawce
- zjadać jeżyny prosto z krzaka
- zajrzeć w dziuplę drzewa
- nakarmić z dłoni ptaka
- polować z aparatem na robaki
- znaleźć żabi skrzek
- śledzić dzikie zwierzę
- zagrać na źdźble trawy
- szukać skamieniałości
- zobaczyć wschód słońca
- zagrać w gumę
- pójść w nocy na spacer przyrodniczy
- rozpalić ogień bez użycia zapałek
- odnaleźć drogę z mapą i kompasem w ręku
- zorganizować piknik
- ugotować posiłek nad ogniskiem


20 września 2012

Moje ukochane jednoroczne, czyli jak zapychać dziury

To one ratowały w tym roku mój ogród, będą ratować pewnie i w przyszłym. Bo mogą uratować każdy zakątek, czy to na balkonie, tarasie czy w ogrodzie wszelakiej wielkości. Mowa oczywiście o jednorocznych kwiatach. Nie potrzebują wielu zabiegów, miejsca, troski. A dają mnóstwo koloru przez cały rok. Niektóre bardziej staromodne, inne oryginalne. Dopasują się do każdego otoczenia. A największa satysfakcja jest nie z tych, które kupujemy hurtem w sklepach ogrodniczych, ale z tych, które wyhodujemy sami z nasion.
Mnie osobiście zawsze to przerażało, bo po prostu w małym mieszkaniu nie miałam gdzie trzymać skrzynek czy doniczek z siewkami. Potem jeszcze robota z pikowaniem itd. A gdy się wyjeżdżało na kilka dni, to zwykle siewki padały z wysuszenia.
Teraz wbrew pozorom nic się nie zmieniło. Marzę o szklarni czy zimnym kompoście, ale muszę się obejść smakiem, bo takowych nie mam i raczej mieć nie będę. Więc nadal hoduję roślinki na parapecie jednego z pokoi. Mąż niechętnie patrzy na porozstawiane wiosną wszędzie, gdzie się da, skrzynki, plastikowe pojemniki. Ale nic nie mówi. Na szczęście.
Które jednoroczne polecam?
Kosmos podwójnie pierzasty (Cosmos bipinnatus), zwany też onętkiem, warszawianką. Pamiętam, jak rósł w ogrodzie rodziców. Z płatków robiłyśmy sobie z koleżankami długie kolorowe szpony. Płatki po prostu przyklejałyśmy szerszą stroną do paznokci. Czym? Śliną!
W mieście za często go nie widziałam. Może dlatego, że uchodzi za wiejski i babciny. A to błąd. Bo jego delikatne łodyżki i listki oraz szaleństwo prostych, ale eleganckich kwiatów pięknie wygląda zarówno na romantycznych czy eklektycznych rabatach, jak i w nowoczesnych, ascetycznych założeniach. Grupie krzewów dodadzą lekkości, koloru, rozjaśnią ciemny zakątek, a rozsiewają się niemal same. Warto to jednak kontrolować i wysiać je samemu. Podobno, jak ktoś raz posieje kosmos, to już ogród na zawsze zostanie kosmiczny. Liczę na to:)

Nagietek lekarski (Calendula officinalis) Wysiałam go chyba już w lutym, bo nie mogłam wytrzymać z nicnierobienia. U znajomej rośnie niemal jak chwast w warzywniaku. Bo tam jest podobno najbardziej pożyteczny - nie tylko przyciąga mszyce, ale też sam jest jadalny (kolejny kwiat z serii ulubionych Marty).


Mnie jednak urzekł na tyle, że posadziłam go przy samej ścieżce prowadzącej do ogrodu. Miejsce mu się spodobało. Tak ogromnych i pięknych kwiatów nagietka jeszcze nie widziałam. Atakował go kilka razy mączniak, ale nie pokonał.

Płatki kwiatów nagietka mogą być stosowane zamiast szafranu, bo nadają potrawom żółty kolor i lekko pikantny smak. Wiedzieli o tym podobno już w XIV w.
Ja ususzyłam ich trochę na ewentualne okłady dezynfekujące i herbatkę. Latem ładowałam po kilka płatków z listkiem mięty i jagódką do pojemników na lód w zamrażarce. Ładnie wyglądały te kostki w dzbanku ze zwykłą wodą czy lemoniadą. No i ususzyłam mnóstwo nasion na przyszły rok.

Cynia wytworna (Zinna elegans). Kolejny kwiat, który kojarzyłam dotychczas z maminym wiejskim ogrodem i letnimi bukietami na stole. To od mamy dostałam pierwsze nasiona i potem brałam kolejne: z największych okazów, najciekawszych kolorystycznie, najmniejszych pomponowych. Bo odmian jest mnóstwo.
Mnie urzekły eleganckie pomarańczowe duże kwiaty, które pięknie kontrastują z zimną lawendą oraz malutkie pompony, których mnogość kwiatów zaskakuje. Są bardzo trwałe. W wazonie pięknie wyglądają przez długie dni. Przyciągają owady i wystarczy wycinać od czasu do czasu przekwitłe kwiaty, by cieszyły oko przez cały sezon. Jedna rada: najlepiej wyglądają w grupach i lepiej, by coś niższego zasłaniało doły łodyg, bo te mogą nie wyglądać najlepiej.

Zajrzyj również tutaj:

Naturalny ogród dla wszystkich

Ogrody naturalne to miejsca przyjazne nam ludziom. A jeśli są rzeczywiście przyjazne nam, to i innym stworzeniom. Niestety trudno za przyja...