Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chwile. Pokaż wszystkie posty

28 sierpnia 2015

Letnie obfitości

Przepych natury zaskakujący na każdym kroku. W obfitości owoców, darów. Misa malin, wiadra gruszek, pękate kosze jabłek idealnych do kaczki pieczonej, na musy, kompoty, soki. I śliwki. Fiolet uginających się od owoców gałęzi nie dawał mi spokoju. Weekend w rodzinnym ogrodzie był dla mnie pracowity, ale i pełen obfitości. Czerpałam garściami. Teraz mam kilka nocek na przetworzenie tego, co garście rwały.

Ziemniaki, własnoręcznie wykopane z zagonu lepiej smakują. Turlające się złoto ziemi.
A potem usiąść na ławce ze starych desek pod drzewem, zagryźć słodkim jabłkiem, garścią śliwek i napawać się widokiem na góry: Biskupią Kopę, Pradziad z majestatyczną wieżą.
Ostatni z ciepłych dni, weekendów?
Promienie słońca gubiące się na pomarańczowo w wieczornych chmurach.
Odkrywanie rowerowe tras z dzieciństwa. Dziwnie krótkie się wydają dzisiaj. Emocje, wspomnienia, szukanie najwyższego punktu w okolicy (pod wierzbą na polnej drodze). Przy drodze czerwone owoce róż dzikich, jabłoni, grusz.




Przydrożna kapliczka, krzyż z 1821 r. Wtedy też tutaj żyli ludzie.
Spokój. Że wszystko się układa.


17 stycznia 2014

Bez podsumowań i postanowień

Już kolejny tydzień stycznia mija, a ja ani podsumowania nie zrobiłam, ani postanowień. I jakoś mi z tym dobrze. Tymczasem planów na ten rok już mam sporo, wiele podróżniczych, wiele "do zrobienia", wiele "do przemyślenia".
Zacznę od podróżniczych. Już w lutym (27.02 - 1.03. 2014) oczywiście Gardenia. Ciekawam, czy coś nowego, ciekawego się pojawiło na polskim rynku, bo cały czas jesteśmy co najmniej o dwa, trzy sezony ogrodnicze w tyle za tzw. "Zachodem". Głównie chodzi tu o mała ogrodową architekturę. Bo w świecie roślin nie powinniśmy mieć kompleksów. Chociaż (i tu znowu garść dziegciu) brakuje mi cały czas dużych roślin w polskich szkółkach. Drzewa jeszcze jakieś się znajdzie, ale krzewów czy bylin jak na lekarstwo. A jak się ogląda angielskie programy, to jak tam posadzą roślinę, to od razu jest efekt, a u nas byliny to w P9 się sprzedaje (małe kwadratowe doniczki). Znajomy z Niemiec, jak to zobaczył, to się za głowę złapał. Tam to w takich małych doniczkach tylko rozsady dla szkółek się sprzedaje, a nie gotowy produkt dla klienta. No tak. Jeszcze trochę inny świat.
A potem planuje wycieczkę do arboretum w Wojsławicach pod Wrocławiem. Zdjęć naoglądałam się mnóstwo na ich profilu fejsbukowym (jesienne szczególnie urzekają). No czyż nie cudnie?


A że na stronie arboretum już jest plan wydarzeń, wystaw, atrakcji na ten rok, warto sobie powpisywać je w kalendarz, co tez niniejszym uczyniłam.
Później to będę delektować się praca w swoi ogródku, na pewno odwiedzę i Park Mużakowski, i ogród różany w Forst, i ogrody Berlina. A marzeniem jest wycieczka do ogrodów w Anglii. Hmmm, jeszcze chyba nie w tym roku.

28 grudnia 2013

Pomieszanie z poplątaniem

Lada moment zakwitną bazie, kalina bodnantska już w pełni okwiecenia, jeszcze trochę, to i forsycja ruszy. Wiosna niemal w pełni. Wystawiłam zioła w doniczkach na taras. Bo w domu się kisiły, zaczęły wyciągać za słońcem i chyba chłodniejszym niż pokojowe kaloryferowe powietrze. No i bałam się mączlików. Więc sięgam teraz co obiad lub kolacje po ziółka zza drzwi, czasem nawet się przy tym poopalam, bo słońce mocno przygrzewa.
A po świątecznym obżarstwie zamiast na sanki poszliśmy na rowery. Odkurzyć je trzeba było nieco, bo już pochowane w piwnicy, ale udała się bardzo przyjemna przejażdżka.
Gdyby nie uparty kalendarz wskazujący grudzień zaczęłabym siać jednoroczne.

12 grudnia 2013

Piernikowe szaleństwo i lukier na ścianie

Bałam się tego popołudnia, ale w głębi serca od dawna mi się marzyło wielkie rodzinno-przyjacielskie pieczenie pierniczków. No i ozdabianie. Było nas dziesięcioro: pięć osób dorosłych i piątka dzieci. Małych dzieci. Te najbardziej nie mogły się doczekać całego tego pierniczenia.
No i akcja ruszyła: zagniatanie, wałkowanie, wykrawanie, układanie, pieczenie, wąchanie, czekanie na ostygnięcie i ozdabianiem lukrem, koralikami, lukrowymi pisakami, drobinkami czekolady i odciskami palców, no i pałaszowanie. Na dowód, że nie zmyślam, na ścianie w przedpokoju widnieją piękne perłowe fioletowe odciski palców i artystyczne mazy - cudna pamiątka miłego wieczoru. Taka współczesna lizawka:)
Marta wykrawa:)
Małe rączki, duże rączki - wszystkie pracują. 
Łoś to czy renifer?
Ciastek kolorowych coraz więcej...
I stos gotowy. Jeden z dwóch. Kolejne w przyszłości...

 Polecam każdemu, czy małemu czy dużemu.

20 listopada 2013

Wino się poleje

Do lubuskich win i winiarzy mam wielka słabość. W obcowaniu z twórcami i ich trunkami zawsze jest zaskakująco, serdecznie miło i niezwykle aromatycznie. Ludzie z pasją robiący coś niezwykłego. Niby od nowa, ale jednak zakorzenione głęboko w tradycji miasta, regionu. Pięknie o tym pisze Krzysztof Fedorowicz w swojej książce "Grunberg" (rozmowa z autorem).
O lubuskim winie mówi się ostatnio sporo i to w różnych kontekstach. Że kwaśne, że drogie, ale również, że przyszłościowe. Nie bez kozery chyba w nasze strony ściągają Francuzi, podobno najlepsi znawcy win, by tutaj uprawiać winorośl i produkować szlachetny trunek. No i koło Zaboru powstaje największa winnica w Polsce.
Czy to świadectwo tworzenia symbolu na siłę? Chęci wyróżnienia się, by wreszcie przestano nas mylić z Lubelszczyzną, a Zielonej Góry z Jelenią Górą? A może interpretowania na wyrost poczynań dawnych mieszkańców?
Czy rzeczywiście wino tutejsze ma przyszłość, znajdzie swoje miejsce nie tylko na stołach koneserów, ale również zwykłych wielbicieli wina, którzy zwykle zaopatrują się w biedronkowe, wcale nie najgorsze trunki? Warto się o tym przekonać, a okazja jest nie byle jaka - Gala Lubuskiego Wina.

W piątek 22 listopada od godz. 18 będzie można skosztować dziewięć win rocznika 2012 z dziewięciu winnic: Cantina, Julia, Kinga, Ingrid, Miłosz, Na Leśnej Polanie, Equus, Pałac Mierzęcin oraz Krucza.
Do win podane będą przystawki specjalnie dobierane przez winiarzy do ich pokazowych trunków. Każdy z winiarzy opowie też historię tego, co będzie można skosztować.
Bilety w zielonogórskiej palmiarni. Ja już kupiłam:)
A tutaj na dokładkę o tym, jak lubuskie wino powstaje:)

17 listopada 2013

Guma, czyli historia zadyszki

Od jakiegoś czasu Marta bardzo lubi bawić się w przyjęcie urodzinowe jednej z jej siedmiu lal (wśród 6 dziewczynek jest i jeden chłopak, co zawsze mnie trochę zastanawia:). Ostatnio główna atrakcja przyjęć, oprócz oczywiście tortu ze świeczką, jest zabawa w tor przeszkód. Od głównych drzwi do drzwi tarasowych jest kilkanaście metrów, więc jest gdzie układać przeszkody, slalomy, przeszkody do przeskoczenia i inne. Dzisiaj podczas poszukiwania w całym domu przedmiotów, które mogłyby urozmaicić po raz kolejny organizowany bieg przez przeszkody znalazłam gumę do skakania. Marta chyba ja kiedyś dostała z jakimś gadżetem, nie pamiętam. Oczywiście ładna, fioletowiutka, bez węzłów, jakie bywały gęsto i często w majtkowych gumach z dzieciństwa.
Ambitnie podeszłam do sprawy. Martę postawiłam na jednym końcu, męża na drugim końcu gumy i zaczęłam się popisywać, jak to ja kiedyś w gumę skakałam. No właśnie - kiedyś.
Dwie porachy, potężne. Nie pamiętam, jak były czwórki, a poza tym przy dziewiątkach już omal nie wyzionęłam ducha, a przyznam, że w siódemkach (obracanych) zrobiłam odpoczynek. Dziesiątki mnie dobiły. Psychicznie i fizycznie. Kondycje mam zerową. Od dzisiaj razem z Martą biegam w torze przeszkód podczas urodzinowych przyjęć jej lal. Obiecuję.
Dla tych, którzy z sentymentem wspominają dawne podwórkowe zabawy, polecam coś takiego: http://zabawy.zrodla.org/pliki/wychodza-z-cienia-podworkowe-wspomnienia-web.pdf
Przewspaniała lektura:)

14 października 2013

Kasztany, kasztany, lecą z nieba...

No niby lecą, ale żeby coś uzbierać, trzeba się na prawdę natrudzić. Ale od początku.
U Marty w przedszkolu jak co jesień zbierane są kasztany z myślą, by je potem sprzedać (chyba Lasy Państwowe je skupują dla zwierzyny leśnej, nie wiem na pewno). W ub. r. uzbierało się kasztanów za kilkaset złotych i każda grupa dostała nowe zabawki. Pomysł zatem fajny, bo rodzinny ruch na świeżym powietrzu i przy okazji pożyteczny, bo dzieci uczą się, że za wysiłek jest zapłata, a za nią można kupić fajne rzeczy. Reasumując - my też mieliśmy w tym procesie swój udział pod postacią pełnej torby kasztanów uzbieranych w Starym Młynie w Brzeźnicy podczas niedzielnej wycieczki.
No i myślałam, że tym razem pójdzie równie gładko i szybko. Nie żebym nie lubiła kasztanowego zbierania, ale po prostu chciałam się wykazać i już. A potem już tylko nieprzymuszona, a uwielbiana przyjemność przekładania kasztanów w dłoni.
Pierwsze podejście - Nowa Sól. Wiedziałam, że nad Odrą rośnie szpaler wielkich kasztanowców (nie kasztanów, bo kasztany rodzą jadalne owoce sprzedawane m. in. na Placu Pigalle, nasze kasztany to owoce kasztanowców).
Była zatem wizyta w Parku Krasnala i spacer na promenadę. Ale, że Marta chciała jeszcze pobawić się na placu zabaw, kasztany zostawiliśmy na później. Później okazało się za późno. Otóż uzbrojeni w torbę podchodzimy pod drzewa, a tam już spora grupa ludzi z wiadrami i koszykami. Nagle drzewo się zatrzęsło i posypał się grad kasztanów. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Wtedy zauważyłam drabinę. Jeden pan wspinał się po gałęziach i nimi trząsł, a reszta zbierała opadnięte kasztany. To była szeroko zakrojona i zorganizowana akcja. Trudno było się dołączyć, bo "trzęsienie" odbywało się już na ostatnim kasztanowcu, więc przepychać się nie zamierzaliśmy. Tym bardziej, że grupa tez miała swój cel - dzieci wraz z rodzicami zbierali kasztany, by zapłacić za wycieczkę szkolną. Czyli nie tylko nasze przedszkole wpadło na pomysł zarobkowania na jesiennych kulkach. Marta pozbierała tylko kilka kasztanów do zabawy i poszliśmy sobie.
Kolejne podejście - ostatnia sobota, Łagów. O tym, że buków, i to najładniejszych, jest tam pod dostatkiem, to wiedziałam. Myślałam jednak, że jakiś kasztanowiec też się tam znajdzie. Znalazł się, a raczej my go znaleźliśmy już w ostatnich minutach pobytu. Nieduży, zmarnowany od szrotówka, kasztanów pod nim niewiele, ale trochę się uzbierało.

Podobnie malutko kasztanów było na Wagmostawie i w parku. Hmmm. Poszukiwania trwają do końca października.

25 września 2013

Żeby jesienne doły nie wciągnęły

Wystarczył dzien jesieni, a mnie juz doły zaczęły łapać. Bywa. Nie zawsze wszystko poukładane zgodnie z terminarzem i zegarkiem jest takie przewidywalne i zdodne z moimi oczekiwaniami. Hmmm.
Aby się trochę wyrwać z zakręconego koła przesuwanych terminów, lawiny maleńkich spraw, które trudno załatwić i strug deszczu spontanicznie pojechaliśmy na weekend nad morze. To był dobry pomysł.
Słońce, szum fal, latawce, wieczorem kino i domowe ciacho ze śliwkami.

 A dzisiaj (po kolejnym dniu szarości, której ze wszystkich sił staram się nie poddawać:) wyszło na chwilę słońce. Krótka była chwila, ale jakże piękna:










 A poniższe zdjęcie ze specjalna dedykacją - Aniu, tak wyglądają nasiona kosmosu:)

11 września 2013

O tym, co rzeczywiście przyjemne, czyli ogród górą

Dzisiaj z moją 4-letnią córeczką miałam poważną rozmowę o zajęciach dodatkowych. Zapisałam ją na takie, bo była na pokazowych i się jej podobały. O zdanie jednak jej nie zapytałam i postawiłam przed faktem dokonanym. Gdy kilka dni temu zapowiadałam, że pójdziemy na zajęcia dla dzieci, zbuntowała się, ze nie chce i już. Myślałam: przejdzie. Nie przeszło. Dzisiaj była niemal histeria. Gdy jej wytłumaczyłam, że mi głupio odwoływać nasz udział, bo najpierw prowadzącej mądziłam przez dwa dni, żeby nas zapisała, Marta stwierdziła ze łzami w oczach: "No dobra, ale już nigdy więcej mnie nie zapisuj". Obiecałam solennie jednocześnie podpytując, czy ma może ochotę chodzić na jakieś inne zajęcia: taneczne, muzyczne... - "Nie, bo po przedszkolu chce wrócić do domu i mieć spokój - usłyszałam.
Potem turlałyśmy się po trawie, robiłyśmy fikołki, wygłupiałyśmy się na całego, by na koniec zjeść pierogi ulepione wspólnie dzień wcześniej.
No i mam zagwozdkę: to usłyszała to hasło od kogoś dorosłego (niewykluczone, że któregoś z rodziców) czy też w ten sposób chce nam powiedzieć, że lubi z nami spędzać czas. Faktem jest, że po przedszkolu jest totalnie wypompowana z energii, ale przecież niemal każde dziecko w jej wieku "gdzieś chodzi"...
Może i moje będzie gdzieś chodziło. Ale chyba jeszcze nie teraz. I chyba na pewno wybierze sobie sama moment i zajęcia. Ja już się nie wtrącam:)

25 sierpnia 2013

Wiejski, sielski i leniwy. A teraz powrót!

Budziły nas hałasy skrzydlatych stad bawiących się w berka wśród gałęzi starych lip. I zapach kawy parzonej. I świeżych bułek, jakich nigdzie indziej jeszcze kupić mi si nie udało. No i śmiechy dzieci, które ledwo śniadanie zjadły, już ciągnęły do ogrodu, po maliny, śliwki (do sąsiada, bo u nas jeszcze niedojrzałe) i gruszki. Potem kopanie z babcią ziemniaków, marchewki na obiad. Wybieranie główki młodej kapusty, która będzie najsmaczniejsza i konkurs na znalezienie największej dyni w gąszczu zielonych liści. (Wygrałam!!!).
Na zerwanie poczeka jeszcze kilka tygodni. Już planuję, co z niej zrobię :) 

Nie był to jednak czas całkowicie bezczynny. Bo oprócz ganiania, podjadania i wycieczek rowerowych robiliśmy z dzieciakami ciekawe rzeczy. Ze "śmieci" wyszperanymi w piwnicy i worku z makulaturą :)
Oto trzypiętrowy (bo każde piętro jednego z małych architektów) dom ze zjeżdżalniami do wielkiego basenu.
Kilka starych serpentyn przyklejonych do patyczka i zabawa na całego przez pół godziny. To się nazywa efektywne wykorzystanie materiału:)
A na deser monidło z kartonu po ... czymś sporym. Wstępnie w środku miał być smok, ale ze względu na moje ograniczone umiejętności ilustratorskie i niebezpieczeństwo, że o bycie smokiem będzie walka, powstał paź. Ostatecznie każdy był każdym:)
Sielski urlop w rodzinnej wsi za mną.
 Naładowana, wypoczęta, pełna pomysłów i z listą rzeczy do zrobienia wracam do domu, pracy i mojego ogródka. Przywitały mnie soczyste maliny w moim malutkim własnym zagajniczku i przesłodkie truskawki (mimo, że rosną w cieniu, bo maliny je zasłoniły).
I zapach heliotropu:)

12 lipca 2013

Polnych kwiatów uroki niezaprzeczalne

Zachwycamy się wypielęgnowanymi rabatkami, trawnikami jak na w ogrodach angielskiej królowej, przystrzyżonymi żywopłotami... ale co rusz natura pokazuje nam pazurki, nie pozwala o sobie zapomnieć i wskazuje, że chyba nie tędy droga do równowagi. I niewidzialna ręka sieje w naszych ogródkach pokrzywy, lebiody, mniszki... Ich prawdziwy urok dostrzegli już niektórzy projektanci wplatając rośliny, uznawane dotychczas za chwasty, w kompozycje rabatowe. O ile w Anglii, mateczniku europejskiego ogrodnictwa, wielu chwastów już po prostu nie ma i ich obecność w ogrodzie może stanowić na prawdę oryginalny element, to u nas jeszcze (na wielkie szczęście) chwastów jeszcze trochę żyje w naturalnym środowisku. Wystarczy pójść na spacer na łąki, pola, do lasu. Teraz jest moment, gdy natura aż bucha różnorodnością i dzikością. Jest cudna...


Byłam na takim spacerze niedaleko Kożuchowa. Jechałam z jednej wioski do drugiej i nie mogłam się napatrzeć na kolorowe pobocza. Wjechałam w boczna dróżkę i nie zważając na poranną rosę i mokre do kolan spodnie (nie wspominając o przemoczonych butach) ruszyłam na spacer miedzą. Oto żniwo:)
Ależ potem pachniało w samochodzie rumiankiem. A ileż owadów przywiozłam przy okazji do domu:) Chociaż odchorowałam ten spacer w mokrych butach, to i tak się opłacało. Piękny czas, tylko dla mnie. A bukiet oszołomił i zachwycił wszystkich, którzy go widzieli. 

20 kwietnia 2013

Jak sianokosy w mieście urządziliśmy

Trawnik. Poważna sprawa. Wiadomo. Zwykle to panowie biorą sobie za punkt honoru pielęgnację zielonego dywanika. Koszą, nawożą, doglądają. Czasem skaczą wokół niego bardziej i częściej niż wokół ... (wpiszcie sobie sami, co chcecie:).
U nas tez trawnikiem zajmuje się pan mąż. A jakżeby inaczej.
No i przyszła dłuuugo oczekiwana wiosna. Panom aż ręce drżą i rwą się do pracy. A że modna ostatnio staje się wertykulacja, to każdy chce wertykulować. Nawet kilka metrów kwadratowych niektórzy chcą.
Nie żebym się śmiała z wertykulacji, bo jest bardzo potrzebna: przede wszystkim usuwa mnóstwo suchych liści, mchu, źdźbeł itp. To po prostu mocne wygrabienie trawnika. Robi się to metalowymi grabiami, albo grabiami z ostrymi nożami, bo są takowe, są.
Na większych areałach, a tych przecież w naszych ogrodach nie brakuje, przyda się jednak maszynka. Dzisiaj na naszej ulicy, krótkiej bardzo - dodam, chyba w trzech ogrodach buczał wertykulator. Hmmm. A ile na działkach?
Nasz skrawek trawnika malutki, co jednak nie znaczy, że wertykulacji nie potrzebuje. W ruch poszły specjalistyczne grabie. Ręczne. Napocił się mąż, oj napocił, ale za to jaki ubaw był przy okazji.
Gdy Marta zobaczyła kupy suchej trawy na trawniku, postanowiła, że się będzie bawić w gospodynię, a tata będzie gospodarzem. No i że będą robić sianokosy, bo siano potrzebne dla koni (wcześniej pytała czy czasem zebry nie jedzą też siana, ostatecznie stanęło na koniach).
No i w kapelusiku zbierała wyczesane suche liście w różowy kosz, podśpiewywała przy tym, a nawet tańczyła. Tacie też kazała, ale się wybronił:).
Przy ryczącej maszynie z sianokosów byłyby nici, a tak popołudnie minęło pracowicie i wesoło.
Nawet przyszedł pierwszy wiosenny deszczyk, a w nagrodę dla moich gospodarzy przygotowałam prawdziwie letnie ciacho - biszkopt z kremem i porzeczkami, malinami, borówkami. W zamrażalce miałam. Prosto z ogrodu sprzed kilku miesięcy:)
Spałaszowany błyskawicznie. Nawet zdjęcia nie zdążyłam zrobić mu w pełnej okazałości:)

26 marca 2013

Smutek po gruszy

Pięknie wyglądała wiosną obsypana kwiatami, a latem ozłocona owocami. Zawsze zadziwiała mnie swym ogromem i majestatem. Górowała nad zabudowaniami, widoczna z daleka, prowadząca do domu.
Zwykle dzikie grusze są nieduże, rosną gdzieś przy drogach polnych. A ta była wieeeelgachna. Owoców miała mnóstwo co roku. Wprawdzie korzyści miały z nich tylko owady, bo malutkie i bardzo cierpkie, ale życie pod nią zawsze aż kipiało. Gdy się na nią popatrzyło z dołu, to czuć było tajemnicę i wielki spokój. Potęgę natury.
Uczyłam się pod nią do matury. Do dziś pamiętam to słońce, zapach trawy i brzęczące roje. Myślałam, że będzie zawsze. Nawet nie mam jej zdjęcia (to poniżej to z zasobów Lasów Państwowych:).


Nie widziałam tego. Na szczęście. Brat nagrał filmik na pamiątkę jak pada. Wczoraj pod topór poszła ogromna dzika grusza w ogrodzie rodziców. Była bardzo stara, trzeszczała niebezpiecznie i od kilku już lat groziła przykrą niespodzianką. Tym bardziej, że rosła przy zabudowaniach gospodarczych i mogło być na prawdę nieszczęście.
Wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie, ale żal ogromny.
Smutno mi. Ale znajoma opowiedziała mi właśnie, że tez miała drzewo, pod którym uczyła się do matury. Brzozę pod domem. Zasadził ją jej brat. Ale gdy rodzice się wyprowadzili, sąsiad obciął ja do połowy.
Nie wiem, co gorsze. Ale wiem, że trzeba zasadzić swoje drzewo. Każdy powinien mieć swoje.
Moim będzie grusza.

19 marca 2013

Mój sposób na niekończącą się zimę

Nie, nie będę narzekać na aurę za oknem. Wprawdzie już nie widać, że odśnieżałam rano podjazd, bo znowu jest zasypany, a jadąc sąsiednią ulicą o mało nie wjechałam w rów, bo tak jest ślisko. Nic to, nic. Przecież tego ani nie przeskoczę, ani nie zamiotę pod dywan, a tym bardziej nie zmienię. A zaplanowałam dziś radosny dzień.
Z listy codziennych czynności do wykonania był już śpiew (wybaczcie sąsiedzi:), mały spacer (tu podciągnę odśnieżanie). Teraz czas na kolorowe myślenie, które odgoni w myślach monochromatyczną zimę. Więc przygotowałam sobie legowisko:

Powyciągałam kolorowe poduchy, stos "ogrodziarskich" gazet i książek (uzbierało się tego trochę, hmmm). Do tego zielona herbata i plan pracy: szukanie inspiracji, ciekawostek, połączeń i rozłączeń roślinno-konstrukcyjnych i pomysłów do ogrodu, nie tylko swojego:)
Polecam taką lekturę w ostatnie chwile zimy. Już same obrazki dodają niesamowitej energii.
Zatem miłego dnia!

p.s. Od kilku osób otrzymałam sygnał, że są problemy z wpisywaniem komentarzy na blogu (o jakże się niezmiernie cieszę, że ktoś to czyta i, co więcej, chce komentować:). Pozmieniałam co nieco w ustawieniach, mam nadzieje, że będzie lepiej, więc nie zrażajcie się i jeśli macie tylko ochotę, to komentujcie. Już dziekuję za wszystkie wpisy.

14 marca 2013

Nuda, ptaki w ogrodzie i siewki szukające słońca

Choć zestaw przeziębieniowy przygotowany i używany (o, jak ładnie się prezentuje:)
Marta chora kolejny dzień.
Między lekarstwami i bajkami ratujemy się malowaniem farbami co popadnie. Ostatnio padło na karton, który zamienił się w domek. Ciasny i zamykany na skobelek, ale jest. Zabawa przednia polecam, nawet tym bez chorujących dzieci:).

Za oknem zima w pełni: śniegi, mróz (dzisiaj nad ranem było -13 stopni!!!!), nieodpalone auto i zasypany podjazd. Sąsiad też zastrajkował i stwierdził, że odśnieżać nie będzie. I już. Do zimowej scenerii dołącza chmara ptaszków, głównie sikorek maści różnistej, która zlatuje się już nie tylko o poranku i w porze obiadowej, ale przez cały dzień. Dobrze, że mam zapas smalcu i słoninki, ale słonecznik właśnie mi się skończył i trzeba się zaopatrzyć w zapas. 
Wczoraj jednak nawiedził nad nowy gość. Leżałyśmy z Martą spokojnie na kanapie gapiąc się w telewizor, gdy nagle coś załomotało w tarasowe drzwi. Za firanką zobaczyłyśmy niewielkiego ptaszka z czarną przepaską na oczach, który wczepił się we framugę i tak wisiał chyba z 15 minut. Ne bał się ani nas zaglądających zza firanki, ani aparatu wymierzonego w siebie. Mrugał do nas w dodatku. Po jakimś czasie sobie poleciał.

Czy ktoś rozpoznaje delikwenta? Wcześniej go u nas nie widywałam, albo przynajmniej nie zauważyłam.
A tymczasem na parapecie robi się ciasno Rośliny walczą o światło, którego albo nie ma, albo jest tak ostre, że wypala delikatne listki. Werbena tak wyciągnęła w górę, że po raz drugi już poobcinałam wierzchołki i powsadzałam w ziemię. Chyba będę miała jej sporo w tym roku:)

Wzeszły poziomki, ale są tak drobniutkie, że nie wiem co z nich będzie. Podobnie lobelia, hmmm. I jak to pikować?

Radzi sobie szałwia w rulonikach i groszek pachnący, ale boje się, że wyciągnie się za mocno, bo ma mało słońca.

Musi jeszcze trochę odczekać i najwyżej będę przesadzać wcześniej niż powinnam. Ech, wiosno, gdzie jesteś?


05 marca 2013

Jaki pożytek ma kot z balkonu?

Wczoraj spotkałam znajomą. Zapaloną kociarę. Dowód? Większość jej zdjęć na fb to zdjęcia kota lub kotów:). W korytarzu zauważyłam stertę styropianu. - To na domek dla kotów na balkonie - wyjaśniła. - Fajny pomysł - pomyślałam, ale potem zaczęłam się zastanawiać. Jak to domek na balkonie ze styropianu? Dla zabawy? Przecież bardzo szybko kot rozdrapie styropian w proch...
Okazało się, że to domek nie dla zabawy, ale do mieszkania. Nie dla kota domowego, a dzikich wałęsających się po osiedlu. - Przed zimą ktoś wyrzucił z piwnicy w naszym bloku małe kociaki. A że mieszkam na parterze zaczęły się schodzić do mnie na balkon i takie biedne zziębnięte zaglądały przez okno. No to zrobiłam im domek ze styropianu oklejonego grubo taśmą, by im było ciepło i sucho. Tam też dostają jedzenie. Schodzi się teraz do mnie kociarnia z całego osiedla, a ja tylko siedzę i gapię na piękności, bo dotknąć się nie dają. Bezpieczna odległość to metr. Często wieczorami jest prawdziwa walka, który ma spać w domku. A że obecny jest już nieco wysłużony, czas na nową konstrukcję. Może nieco większą - zastanawia się znajoma.
Doskonały i inspirujący przykład na to, że balkon można wykorzystać na wiele sposobów korzystnych dla wielu stworzeń. Podziw i brawo!

20 lutego 2013

Dyskusje na zielono. Kto dołączy?

Lubię zimę czy już nie? Za oknem łagodnie spadają płatki śniegu. Wprost cudo. Nie mogłam jednak przejść obojętnie obok kolorowych oczek pierwiosnków, od których już uginają się półki w kwiaciarniach i niemal każdym markecie. No nie mogłam.

Więc teraz patrzę na wiosenne symbole, a w tle wiruje śnieg. Kuriozum lekkie, ale co tam.

Zbliżającą się wiosnę poczuję mocniej w najbliższych dniach. Jutro (czwartek 21 lutego) o godz. 19 w Zielonym Montesouri w Zielonej Górze odbędzie się kolejne spotkanie z serii Green Drinks. To ogólnoświatowy trend otwartych spotkań ludzi różnych profesji i zainteresowań, by w luźnej atmosferze się poznali, porozmawiali, a przy okazji nawiązali w przyszłości współpracę. To taka przerwa w konferencjach - tak bowiem powstała sama idea Green Drinksów. Któryś z amerykańskich pewnie (bo jakżeby inaczej:) naukowców zauważył, ze najciekawsze dyskusje odbywają się w tzw. kuluarach konferencji czyli na kawowych przerwach. Postanowił zapoczątkować konferencje, które składają się z ... samych przerw kawowych:)
W Zielonej Górze takie spotkania odbyły się już dwa. Tematem kolejnego, właśnie w czwartek, jest zielona alternatywa w miastach. Będzie mowa o partyzantce ogrodniczej, warzywniakach na dachach i bombach kwietnych. Obrazki z innych miast maja stać się pretekstem do podobnych działań w Zielonej Górze. Czy tak się stanie? Czy w tę stronę podąży dyskusja i rozmowy przy kawce? Zobaczymy. Zapraszam serdecznie!
A w piątek wybieram się na Gardenię, czyli targi ogrodnicze w Poznaniu. Co ciekawsze rzeczy i trendy postaram się opisać. Szczególnie ciekawie zapowiada się konferencja. Zobaczcie sami. Może ktoś jeszcze dołączy? Wyjeżdżam rannym pociągiem, jakby co:)

19 lutego 2013

Codzienna lista do zrobienia

Ogród ma właściwości lecznicze, zdolność poprawiania nastroju, koncentracji, sprzyja dobremu samopoczuciu. Wystarczy pozbierać owoce czy warzywa, przekopać czasem grządkę, pogrzebać w ziemi. Naukowcy udowodnili, że nawet samo przebywanie w ogrodzie powoduje uwalnianie do mózgu dopaminy.
O hortiterapii, coraz głośniej również w Polsce. Nadal trochę za mało. Warto pomyśleć, jak można to zmienić zaczynając od swojego balkonu, parapetu czy ogródka.
Gdy za oknem zalegają śniegi i na dodatek z nieba cały czas biały puch leci, robię więc plan działań na ten rok, by nie był to tylko rok korzystny dla mnie.
Aby do zadania zabrać się w dobrym humorze, a w ogrodzie pogrzebać trudno, ratuję się innymi sposobami.

Oto moja codzienna lista do zrobienia (oprócz oczywiście długiej listy innych spraw):
- ubierz co najmniej jedną bardzo kolorową rzecz
- przeczytaj dobrą historię (krótka też może być dobra)
- potańcz trochę
- dużo się śmiej
- śpiewaj, nuć, pogwizduj
- oddychaj głęboko
- idź na spacer
- zrób coś kreatywnego
- ciesz się z małych rzeczy

Dobra, przyznaję, nie wszystko udaje mi się codziennie spełnić, ale staram się. I pomaga:)

12 lutego 2013

Natura wie, co dla nas najlepsze

Ględzę o wiośnie od dłuższego czasu. A dzisiaj... znów zrobiło się biało. Uświadomiłam sobie, że natura daje mi czas. Czas na odpoczynek, zregenerowanie sił i przygotowanie się do wiosny, nowych działań. By nie zwariować od tempa. Bom jeszcze nie gotowa. Zbieram siły. Polecam każdemu pogapienie się przez okno na wirujące płatki śniegu, na które nie mamy najmniejszego wpływu. Bo i po co.

05 lutego 2013

Ziemia za paznokciami

Pracowałam bez rękawiczek, by poczuć wilgotność i strukturę ziemi, delikatność młodziutkich listków, które się już gdzieniegdzie pokazały, by nacieszyć się tym grzebaniem i przycinaniem. Ogłaszam wszem i wobec, że pierwszy dzień przedwiosennych porządków w ogrodzie za mną.
Było cudnie: słoneczko, lekki wietrzyk, śpiewające ptaki. A ja zbierałam suche liście, gałęzie, sprawdzałam stan okrycia, przyglądałam się pączkom i jak głupia cieszyłam się, że zawilce japońskie kiełkują, sasanki i angelica puszczają liście, bzy mają już pąki nabrzmiałe,  rozchodniki już wypuściły swe srebrne pączusie błyszczące w słońcu kroplami wody, hortensja, która marna była przez dwa lata, wreszcie się ocknęła chyba, kozłek lekarski się pojawił, krwawnik się ładnie rozrósł. Już się nie mogę doczekać, kiedy jego terakotowe (bo to odmiana Terracotta) kwiaty znów zaczną przyciągać pszczoły i motyle.
A największą niespodziankę sprawiła mi werbena patagońska. Bo... przetrwała. niczym jej nie okrywałam. Z premedytacją skazałam na wymarznięcie. Po to przecież brałam szczepki, by się nie martwić o to, czy będę miała swe ulubione kwiaty w tym roku, czy nie. A ona sobie spokojnie przezimowała:)
No i tak chodziłam po rabatach i co chwilę pochylałam się nad jakimś wystającym z ziemi patyczkiem czy badylkiem, albo tylko miejscem, w którym rośnie coś, o czym tylko ja na razie wiem. Śmiałam się przy tym niemal na głos, podśpiewywałam witając z moimi roślinami.
Ale to nie wszytko. Bo i pracowałam. W końcu jakoś ta ziemia za paznokcie musiała się dostać.
A co robiłam? Przede wszystkim usuwałam suche badyle i liście bylin, których nie uprzątnęłam do końca jesienią. Odkryłam nieco spod kory m. in. szałwię błyszczącą i siewki ubiegłoroczne goździka brodatego, bo już dla nich za ciepło i zaczynały przegniwać.
No i zajęłam się trawami, czyli przycięłam je kilkanaście centymetrów nad ziemią. To najwyższy czas na to zadanie, bo już rozplenice, mozga, miskanty i spartyna już zaczęły wypuszczać młode liście, więc trzeba je przyciąć jak najszybciej, by potem z suchymi nie obcinać młodziutkich. Pracy było sporo, bo i traw trochę u mnie jest.
Przycięłam już budleję, (ok. 20-30 cm od ziemi, kwiaty zawiązują się na tegorocznych pędach, więc powinna się ładnie zagęścić i zakwitnąć).
A do przycinania jest jeszcze sporo innych rzeczy, ale resztę zostawiłam sobie na kolejne dni. Trzeba sobie dawkować przyjemności.
Zasłużyłam teraz na dobra kawę:)

Zajrzyj również tutaj:

Naturalny ogród dla wszystkich

Ogrody naturalne to miejsca przyjazne nam ludziom. A jeśli są rzeczywiście przyjazne nam, to i innym stworzeniom. Niestety trudno za przyja...