Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projektowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projektowanie. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2016

Ziołami pachnie mi

Świeżych ziół nie da się zastąpić tymi z torebki. No może da, ale aromat jest całkiem inny – torebkowy jest przyciszony, nieco papierowy. Z kolei świeżymi ziołami zapachnie w całej kuchni, zakręca w nosie i zmysłami. Dadzą po prostu efekt.
Ja co roku kupuję nowe, gatunków i odmian jest mnóstwo. Warto więc poeksperymentować. 


Zachęcam więc - kto może, niech sadzi zioła w ogrodzie, ale i w donicach na tarasie, balkonie czy na parapecie. Zasada jest jedna – najlepiej, gdy są pod ręką. Gdy trzeba do nich przedzierać się przez pół ogrodu, to w słoneczny dzień jeszcze może Wam się zachce wyskoczyć, ale już w pochmurny dzień może być z tym kłopot.

Ziołowy ogródek na parapecie pasuje zarówno do kuchni wiejskiej, romantycznej jak i nowoczesnej. To doskonały element nie tylko estetyczny pomieszczenia, ale przede wszystkim zmysłowy. Zioła, a właściwie ich zapach i aromat, jaki dają potrawie, to, w moim mniemaniu, wręcz dusza kuchni. 
Ładnie wyglądają kompozycje ziołowe złożone z kilku gatunków, do tego ubarwione jadalnymi kwiatami, np. nasturcją, nagietkiem, ogórecznikiem.

 Należy jednak pamiętać, że nie wszystkie zioła się lubią, czasem wręcz przeciwnie, obok siebie rosnąć nie będą i już. Mają charakterek. Wszystko bierze się jednak stąd, że pochodzą z różnych stref klimatycznych. Te z basenu Morza Śródziemnego po lubią piaszczyste podłoże i bez słońca raczej obyć się nie potrafią, ale jednocześnie nie lubią silnego wiatru. To przede wszystkim tymianek, rozmaryn, lawenda, bazylia, melisa. Bardziej cienistych i wilgotnych miejsc potrzebują nasze rodzime: szczypiorek, pietruszka, trybula, lubczyk i mięta pieprzowa.
Szałwia lekarska rewelacyjnie wygląda na rabatach - jest jej prawdziwą ozdobą. 

Według podobnej zasady dobieramy zioła do upraw w donicach. Większość z nich doskonale sobie radzi w pojemnikach. Świetnie wyglądają razem i jaki dają aromat!

Wiosenny lubczyk w całej okazałości. 
Co do lubczyka, jest bardzo wybredny pod względem miejsca. Moja mam siedem razy przesadzała go, a i tak nadal nie jest bujny "jak na obrazku". A u mnie posadziłam go pod płotem i rośnie jak szalony. Jesienią ub.r. przed przymrozkami obdzieliłam liśćmi sąsiadki, bo nie miałam co z nimi zrobić, a szkoda było go zmarnować. Sąsiadka zresztą kilka minut wcześniej dała mi piękny pęk bazylii. Cudny krzew jej wyrósł, zdobił ogród przez cały sezon. Część ususzyłam, a kilka pędów włożyłam do wazonu. Ależ aromat miałam przez tydzień!

Rady mamine i książkowe:
- pietruszki nie siejemy dwa razy na tym samym miejscu, bo nie będzie rosnąć.
- im więcej tniemy zioła, tym bujniej rosną
- najwięcej aromatów maja zioła przed zakwitnięciem, dlatego z przygotowaniem zapasów na zimę warto wstrzelić się w odpowiedni moment




Pamiętajmy też, że kwiaty też są jadalne. Świetnie wyglądają w sałatkach, deserach.

Co robić z ziołami, gdy sezon się kończy, albo w szczycie sezonu będzie ich tyle, że nie nadążymy konsumować?
- można suszyć (w przewiewnym i raczej zacienionym miejscu). Suszymy albo całe gałązki (np. tymianek, rozmaryn), albo najpierw obrywamy listki (np. mięta, szałwia)
- łodyżki majeranku, rozmarynu, tymianku czy szałwii można zalać oliwą lub octem winnym i stosować później takie aromatyzowane w kuchni
- miętę, melisę, bazylię, pietruszkę, koper, lubczyk można zamrozić w foremce do kostek lodu. Kroimy drobniutko i upychamy w foremkach. Polewamy leciutko wodą czy oliwą. I zamrażamy. Zamrożone możemy przesypać do woreczka i przygotować kolejną porcję, a potem już w miarę potrzeby używamy kostki.
Ja zwykle kroję i ciasno upycham w malutkich słoiczkach i zamrażam. gdy potrzebuję np. pietruszki do zupy, ostrym nożem wydłubuję (łatwo się to robi) tyle, ile trzeba i resztę znów wkładam szybko do zamrażalnika. To sposób mojej babci i mamy. U mnie się sprawdza.


26 maja 2013

Ogród bylinowy. Pochwała zmienności

Jeszcze miesiąc temu, gdy patrzyłam na swój ogród, zastanawiałam się, czy nie przesadziłam z tymi bylinami i awersją do iglaków. Bo ogród wczesną wiosną trochę biednie wyglądał. Krzewy jeszcze nie są na tyle duże, by nadrabiać miną za puste miejsca między nimi.
Gdy odwiedziła mnie znajoma, która ma ogród z tych "poukładanych", czyli faliste rabaty dookoła, tuje, kilka różaneczników, magnolia i róże, to przyznaję, było mi nawet trochę wstyd za mój niepoukładany ogród, który wtedy gdzieniegdzie zaledwie kusił kolorem. Bo przecież ogrodnictwo to nie tylko moja pasja, ale i zawód. Wychodziło na to, że potwierdzam porzekadło, jakoby szewc bez butów chodzi.
A dziś wstyd mi za siebie, że się wtedy wstydziłam, nie wierzyłam w potencjał mojego ogrodu i swojego nań pomysłu. Bo zawsze uwielbiałam byliny, kwitnące, zmieniające się z każdym tygodniem rabaty, zaskakujące mieszanki kolorów i odcieni. Wszystko uzupełniane roślinami jednorocznymi, które sieję sama lub same się już rozsiewają. Co roku w innych konfiguracjach. Ogród wtedy żyje. I taki ogród właśnie kocham.

Jeszcze kilka tygodni temu było tu łysawo, teraz jest cieszący me oko busz:)

Zbliżenie na różnorodność kolorów. To zasługa krzewów, ale bez bylin po miesiącu byłyby nudne...
 Niezapominajki ustępują pola krzewuszce, kokoryczce, a wkrótce irysom, potem tawułkom, potem rodgersji, potem hortensji.... cały czas zmiany, zmiany.

 Powyższy busz czeka na okiełznanie. Jest jednak dowodem na to, że wystarczy rok, by byliny, które sadziłam rok temu jako malutkie sadzonki, stały się równoprawnymi partnerami krzewów.  
No i trawy, moje faworytki. Nie zawodzą, oj nie!


 I na małej bocznej rabacie codziennie inny spektakl. Teraz w roli głównej szczypiorek i dąbrówka, ale już szykują się irysy i piwonie. To będzie pokaz!
 W wielu ogrodach brakuje bylin. Bo rzeczywiście wiosną nie robią piorunującego wrażenia. Kupowane nawet za ciężkie pieniądze ledwo wystają z ziemi albo niemrawo zachęcają kilkoma listkami podczas gdy krzewy z natury są większe, bardziej okazałe i wypinają swe gałązki w centrach ogrodniczych.
Wiele osób więc mając wydać tyle samo za bylinę i za krzew, wybiera to drugie. Bo widać. A przecież nic nie pokona bylin w tempie wzrostu. W ciągu roku potrafią rozrosnąć się w pokaźne kępy kolorowych kwiatów, o których większość krzewów tylko pomarzyć może. A i wzrostowo niektóre byliny na głowę biją krzewinki i spokojnie mogą robić "za tło".
Żeby było wszystko jasne - nie jestem przeciwniczka krzewów, wręcz przeciwnie. Ale między nimi warto posadzić choć kilka bylin, które za odrobinę wody i słońca odwdzięczą się nam przepięknie. Obiecuję!

09 kwietnia 2013

Marcowe prace w kwietniowym ogrodzie

Pomieszało się trochę w naturze, wszystko zaczyna się dziać z opóźnieniem, ale o wiele intensywniej. Przyświeciło trochę słońce, prognozy na razie nie straszą nawet przymrozkami, a więc ludzie ruszyli do ogrodów. Podczas wczorajszego spaceru zauważyłam, jak w wielu ogrodach były już worki z korą, a nawet nowe rośliny w donicach czekające na sadzenie:)
A u mnie? Jeszcze trochę śniegu leży, ale część roślin już idzie w zielone:) Pojawiają się niebieskie cebulice, szafirki i tulipany. Na razie tylko liście, ale i na kwiaty przyjdzie czas:)


 A tawlina czaruje już swoimi młodziutkimi listkami. Jestem zauroczoną nią:)


Pracy przed nami sporo, bo i marcowa jeszcze nie wykonana, a i kwietniowa już kusi. Można się jeszcze trochę obawiać przymrozków czy małego śniegu, ale gdy krokusy już kwitną (mam jednego na dowód:) i przebiśniegi na dobre zdobią cieniste zakątki (wybieram się do koleżanki po rozsadę:) - znak to, że porządki czas zacząć robić.
Od czego zaczynamy?
- przycinamy krótko (10-15 cm od podłoża) trawy ozdobne. Ja już niektóre przycięłam, inne jeszcze w pełnej jesiennej suchej krasie czekają na nożyce.
- spulchniamy ziemię tam, gdzie planujemy rabaty,
- przyglądamy się drzewom i krzewom - usuwamy uszkodzone przez mróz pędy, czyli suche badylki.
- przycinamy krzewy ozdobne, ale tylko te, które kwitną na tegorocznych pędach. Jak to rozpoznać? to te, które kwitną latem (pięciorniki, tawuły japońskie, berberysy, śnieguliczki, derenie, róże, hortensje bukietowe) Tniemy wszystkie chore i uszkodzone, a resztę ok. 30 -40 cm od podłoża (nad 3 pąkiem skierowanym na zewnątrz korony). Nie należy się tego bać, bo roślinom to służy. Własnie ich oszczędzanie w naszym rozumieniu powoduje, że dziczeją i po kilku latach tracą pokrój, mało kwitną, wyglądają po prostu brzydko. Na początku będą wyglądać trochę marnie, ale jak rusza z wegetacją, puszczą mnóstwo młodych pędów, które obdarują nas mnóstwem kwiatów.
- UWAGA! nie ruszamy tych, które kwitną wiosną: migdałki, forsycje, wczesne tawuły. Te tniemy dopiero po przekwitnięciu.
- usuwamy okrycia zimowe
- zastanawiamy się, które byliny możemy podzielić, bo wiosna to dobry czas m. in. na rozmnażanie chociażby funkii, traw, rozchodników, nachyłków.

Teraz też przesadzamy rośliny, które nie do końca nas przekonują na danym miejscu. Warto robić sobie przez cały rok dokumentację zdjęciową albo notatki, by potem wiedzieć, co się sprawdziło, a co nie i trzeba po prostu przesadzić.
Ja już taki plan sobie zrobiłam, tym bardziej, jak wiadomo powszechnie, ogród nigdy nie jest skończony i ogrodnik wiecznie w nim coś przesadza. Oto moja lista na już. Głównie dotyczy to jednej rabaty, bo robi się tam trochę za gęsto:)

- kosaćce muszę przesadzić dalej od ścieżki, bo na przedzie rabaty wybujały za mocno i zasłaniają mniejsze rośliny z tyłu,
- przesadzić piwonię, która schowała się za iglakiem i niewiele jej widać, zresztą ostróżki ją później przygniatają. Piwonie lepiej przesadza się we wrześniu, ale postaram się wziąć ogromną karpę ziemi, y nie przeżyła szoku.
- podzielić trawy i wsadzić między rudbekie, by szumiały razem i falowały:)
- ograniczyć dąbrówkę i tojeść rozesłaną. Obie ładnie wyglądają, nie potrzebują uwagi, szybko zadarniają puste pola, a przez to chwastom nie dają żadnych szans. Ale rozłażą się za mocno. Ktoś reflektuje na sadzonki?
- rozchodniki z rabaty podwyższonej przenieść do rabaty przy tarasie, bo to będą miały więcej słońca, a  i jesienią będzie piękny kolorystyczny akcent.

19 marca 2013

Mój sposób na niekończącą się zimę

Nie, nie będę narzekać na aurę za oknem. Wprawdzie już nie widać, że odśnieżałam rano podjazd, bo znowu jest zasypany, a jadąc sąsiednią ulicą o mało nie wjechałam w rów, bo tak jest ślisko. Nic to, nic. Przecież tego ani nie przeskoczę, ani nie zamiotę pod dywan, a tym bardziej nie zmienię. A zaplanowałam dziś radosny dzień.
Z listy codziennych czynności do wykonania był już śpiew (wybaczcie sąsiedzi:), mały spacer (tu podciągnę odśnieżanie). Teraz czas na kolorowe myślenie, które odgoni w myślach monochromatyczną zimę. Więc przygotowałam sobie legowisko:

Powyciągałam kolorowe poduchy, stos "ogrodziarskich" gazet i książek (uzbierało się tego trochę, hmmm). Do tego zielona herbata i plan pracy: szukanie inspiracji, ciekawostek, połączeń i rozłączeń roślinno-konstrukcyjnych i pomysłów do ogrodu, nie tylko swojego:)
Polecam taką lekturę w ostatnie chwile zimy. Już same obrazki dodają niesamowitej energii.
Zatem miłego dnia!

p.s. Od kilku osób otrzymałam sygnał, że są problemy z wpisywaniem komentarzy na blogu (o jakże się niezmiernie cieszę, że ktoś to czyta i, co więcej, chce komentować:). Pozmieniałam co nieco w ustawieniach, mam nadzieje, że będzie lepiej, więc nie zrażajcie się i jeśli macie tylko ochotę, to komentujcie. Już dziekuję za wszystkie wpisy.

28 lutego 2013

Warzywa na balkonie? Żaden problem!

Zaczyna się okres siewów i wysiewów. I wśród moich znajomych, jak co roku, zaczyna się przekomarzanie - kto ile zmieści, albo raczej, kto czego nie zmieści, bo nie ma miejsca. Głównie dotyczy to tzw. "balkonowców", którzy twierdzą, że na małym balkonie nic się nie zmieści. Albo bardzo niewiele. A z mała ilością to nie warto sobie nawet głowy zawracać. I zostaje ewentualnie skrzynka z biedną pelargonią... (nie ujmując pelargoniom:)
Otóż pozwolę sobie się z tym nie zgodzić.
Poniżej mój dawny balkon w typowym bloku w Zielonej Górze. Chociaż donic było sporo (a rosły w nich typowe dla ogrodów rośliny:), było miejsce na karimatę czy kocyk, który wyciągaliśmy z mężem wieczorkiem na miłe nasiadówki. W dzień mieścił się na balkonie nawet malutki (1 m średnicy:) basen dla Marty. Królem był wiciokrzew, który pokrywał wszystko, włącznie z drewnianymi roletami, którymi osłanialiśmy się od prażącego słońca w letnie dni. Ech, wspomnienia...

Każdą przestrzeń można zmienić w zielony kawałek naszego świata. Sposobów jest mnóstwo. Oto na szybko wyszukane obrazki, jak radzą sobie inni. Można skopiować tylko jakiś element, jeśli balkon rzeczywiście jest z tych fikcyjnych, czyli tylko na sznurki do prania. Ale coś na pewno da się upchnąć.
Balkon może być kwietny, ale też warzywny. Oto przykład.



A gdy nie ma tyle miejsca? To może jest parapet.


Można tu uprawiać zarówno kwiaty, jak i warzywa, które wyglądają równie ciekawie przez swą różnorodność i ciekawe zestawienie. Ważne jednak, by pamiętać o preferencjach roślin i nie sadzić w jednej donicy tych, które lubią słonce i piach z cieniolubnymi wymagających sporo wody. Warto zatem przeczytać etykietki na opakowaniach nasion czy doniczkach kupowanych w sklepach ogrodniczych.

Doniczki również nie muszą być z przypadku. Gdy dobierzemy w podobnej kolorystyce albo przynajmniej stylistyce, nasz parapet, a przez to i balkon, może wyglądać romantycznie, nowocześnie, industrialnie czy... recyklinowo:)

Czas na ściany. To przestrzeń, którą na balkonach wykorzystać po prostu trzeba. Można skusić się na eleganckie gotowce plastikowe lub innych tworzyw sztucznych z bocznymi otworami albo skrzyneczki różnej maści i rodzaju.






Albo uruchomić wyobraźnię i stworzyć coś z niczego:





No i donice, różnej maści i kształtu. Ustawiane na półkach, stolikach, podłodze, wieszanych na parapetach, ścianach. Szaleństwo możliwości:)













Poniżej pomysłowa konstrukcja osłaniająca przed słońcem, a i rewelacyjna pod groszek pachnący czy fasolę ozdobną. Oczywiście można też wybrać jadalne odpowiedniki:)

 Możemy posiłkować się drewnianymi skrzyniami tradycyjnymi:
albo terakotą. Przyznaję, że marchewka w donicy mnie kusi:)

A poniżej istne szaleństwo. Ale w tym szaleństwie jest jakiś sens...

Oczywiście na początku nie wygląda to aż tak urokliwie. I to kłopot zarówno balkonowców, jak i tych z małymi ogródkami (np. mój), gdzie nie ma szans na szklarenkę. Ale ten okres kiełkowania i pikowania daje inna radość - z obserwacji fenomenu natury:) i efektów własnej pracy.

23 lutego 2013

Jak daleko nam jeszcze do Chelsea...

Na targach ogrodniczych Gardenia w Poznaniu byłam chyba cztery razy. Po raz ostatni w miniony piątek. Pierwsze zwiedzania targów oszałamiały mnie nieco, bo wszystko było nowe. Dotykałam każdego kwiatka, zbierałam wszystkie możliwe ulotki. Chłonęłam każde słowo przyjmując za wiarygodne i na prawdę ciekawe, nowatorskie. Po dwuletniej przerwie pojechałam znów.
Pozytywnie nastawiona. Było... fajnie. To enigmatyczne słowo chyba najbardziej tu pasuje. Ze stoisk najbardziej spodobało mi się szkółki Wybicki.

A poza tym? Rośliny były cudne (szczególnie ciemierniki, królowie tej pory roku w ogrodzie), ale wiadomo luty nie jest dobrym momentem by chwalić się roślinami, bo wiele jeszcze śpi, a podpędzone nie prezentują się tak okazale, jak w szczycie swego naturalnego rozwoju.
Nie o rośliny jednak mi chodzi, bo tych wstydzić się nie mamy najmniejszego powodu. Asortyment jest ogromny i nasze szkółki produkują w większości na prawdę dobrej jakości materiał.
Wielki niedosyt mam natomiast jeśli chodzi o małą architekturę, wyposażenie ogrodów. Tutaj nasze rodzime firmy w ogóle nie nadążają za światowymi czy europejskimi trendami. Coraz więcej pojawia się ciekawych donic, ale reszta?
Na całych targach znalazłam tylko jedną firmę oferującą nowoczesne pawilony i altany ogrodowe. Ceny są od kilkunastu tysięcy złotych w górę, owszem, ale przynajmniej ktoś, kto ma ochotę i pieniądze, ma wybór.
Z elementów metalowych zostają tylko oklepane już wszędzie pawiloniki z łuczkami, które na dobrą sprawę nadają się tylko do różanek, a i tam nie zawsze dobrze wyglądają.
W przypadku form artystycznych dominują nadal dziewczęta z dzbankami albo siedzące na kamieniach czy ławkach dzieci. Na pytanie, czy można zamówić realizacje autorskiego pomysłu, wszyscy rozkładali ręce - my to tylko sprowadzamy. Cóż. Dziwne, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby zrobić formy proste z metalu, bez udziwnień, zespawać kilka kółek, kwadratów, prętów, wygiąć kawałek blachy. Takie elementy teraz stawia się w ogrodach. To widać na wszelkich pokazach ogrodniczych na Zachodzie. A ludzie, czyli potencjalni klienci, naoglądają się zdjęć i filmów chociażby z Chelsea Flower Show i chcą mieć taki pawilon wielki u siebie, albo wygiętą metalową wstęgę, albo taką prostą kaskadę. A tu klops. Nie wiem, czym wytłumaczyć ten fakt, by chyba nie tym, że nasi rzemieślnicy nie mają umiejętności.
I taki mi mały niedosyt został.

11 lutego 2013

Cierpliwość - rzecz nabyta

Uczę się cierpliwości, bo takiej cechy nie mam, niestety, a przydaje się chociażby w ogrodzie. Kilka dni temu, gdy się nieco ociepliło, poczułam wiosenny zew i już niecierpliwie zaczęłam porządkować ogród, rozgarniać osłony, cieszyć się młodymi listkami. Cieszyłam się bardzo z tego, że ta moja niecierpliwość została nagrodzona. A okazało się, że nie do końca. Teraz znowu jest mroźno. Młode listki pewnie ostro dostaną w kość, o ile w ogóle przetrwają. Martwię się też o niektóre rośliny, które podobnie, jak ja, nie mogły się doczekać do wiosny i teraz wystawiły się na działanie minusowych temperatur. Mogą całe zmarnieć.
Pewnych rzeczy jednak nie należy przyspieszać, by potem nie żałować. Albo nie biegać w przyspieszonym tempie po ogródku i przykrywać to, co się wcześniej ładnie poodsłaniało. Dlatego warto mieć pod ręką geowłókninę czy korę, albo nie usuwać całkowicie osłon, tylko w cieplejsze dni lekko odsłaniać, by potem móc szybko zareagować i opatulić na nowo.
Cierpliwości lekcja druga - sianie. Jak wspominałam, już zasiałam jednoroczne z długim kiełkowaniem: lobelię, szałwię, tunbergię. Wiem, że na ich wzejście będę musiała jeszcze trochę poczekać, ale codziennie sprawdzam, czy już już coś widać. Otóż nie widać i jeszcze przez dwa trzy tygodnie widać nic nie będzie - muszę się z tym pogodzić i wam to samo radzę. Tymczasem jednak można rozplanować, gdzie te jednoroczne posadzimy.
 Zacznijmy od mojej ulubionej lobelii przylądkowej (Lobelia erinus). To wyjątkowo piękna i wdzięczna roślina jednoroczna. Pięknie wygląda w niemal wszystkich kompozycjach. Mi najbardziej podoba się w srebrzysto-fioletowych zestawieniach np. z szałwią lekarską, bakopą o fioletowych kwiatkach i lawendą.
Kwitnie od maja do października, a nawet pierwszych przymrozków. Na zdjęciu poniżej lobelia w listopadzie.

O ile kiełkuje bardzo powoli i trzeba ją już wysiewać w lutym, to później z małej sadzonki szybko rozrasta się do pokaźnej kępy o delikatnych pędach i mnóstwem jaskrawo niebieskich kwiatków. Zresztą kwiaty mogą być białe, fioletowe, różowe, ale i tak mi najbardziej odpowiada klasyczny błękit. Taki kolor rzadko trafia się wśród ogrodowych piękności.

Uwielbia słońce, ale i równomierne podlewanie. Gdy to się jej zapewni, ozdobi każdy słoneczny zakątek, donicę, skrzynkę balkonową na cały sezon. No i, co dla mnie jest ogromnym plusem - przyciągnie pszczoły oraz motyle.
Po pierwszym kwitnieniu warto ją przyciąć, wtedy zakwitnie ponownie ze wzmożona siłą.
Szałwię okazałą (Salvia splendens), a właściwie jej nasionka, kupiłam ze względu na fioletowy kolor kwiatów, które pasować będą do mojej "chłodnej" kolorystycznie rabaty w kącie ogrodu. Dotychczas nie miałam jej w swoim ogrodzie, bo jej, bardziej popularne czerwony siostrzyczki, jakoś do mnie nie przemawiały. Fiolet o wiele bardziej.
Szałwia to ładnie rozkrzewiająca się roślina do ok. 40 cm wysokości. Podobno jest łatwa w uprawie. Pewnie dlatego sadzi się ją często w zieleni miejskiej. Lubi przepuszczalne, ale żyzne podłoże. Najładniej wygląda w grupach i tak własnie zamierzam ją posadzić. M. in. już widzę oczami wyobraźni dużą białą drewniana skrzynię, która stoi przy tarasie, obsadzona fioletowym kwieciem. No i lubią ja pszczoły. Też ją lubię:)
A tunbergia (Thunbergia alata)? To będzie moje drugie do niej podejście. W ub. r. nawet nie wykiełkowała. Zobaczymy, czy tym razem mi się uda. Trzymajcie kciuki za nią i za moją cierpliwość, bym wcześniej nie zaczęła grzebać patyczkiem w ziemi w poszukiwaniu kiełkujących nasionek. Bo to też i się zdarza:)

16 grudnia 2012

Zimowy ogrodnik ma wolne

Biało za oknem. Śnieg przywalił nawet najbardziej dotąd opierające się miskanty. Pięknie za to wyglądają drzewa i krzewy. A co robi zimą ogrodnik? Patrzy na ogród, popija gorąca herbatę z imbirem i miodem, słucha fajnej muzyki i... już myśli o kolejnym sezonie. Chyba że tylko ja mam takie zboczenie.
W ogrodzie można najwyżej odśnieżyć ścieżkę do kompostownika. Ja nawet z tego zrezygnowałam, by nie zdeptać za mocno trawnika. No i wystawić karmniki czy wywiesić pokarm dla ptaków, sprzymierzeńców w walce ze szkodnikami. U mnie na razie wisi słoninka, bo karmnik się rozsypał i trzeba zrobić nowy. Zadanie na wolny weekend.
A tymczasem zima jest piękna...






Zajrzyj również tutaj:

Naturalny ogród dla wszystkich

Ogrody naturalne to miejsca przyjazne nam ludziom. A jeśli są rzeczywiście przyjazne nam, to i innym stworzeniom. Niestety trudno za przyja...