Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

22 marca 2015

Wiosenny zając, czyli dziecięce DIY

Przedszkolny konkurs po raz kolejny rozgrzał głowy niemal do czerwoności w poszukiwaniu pomysłów, co i jak zrobić. Tym razem tematem było zwierzątko świąteczne. Hmm, niby prościzna, ale człowiek chciałby być kreatywny nieco i wymyślić coś innego niż... sama nie wiem co. Marta wpadła pierwotnie na pomysł zajączka ze styropianowego jaja (które już mamy w domu), ale trzeba byłoby jeszcze dokupić drugie jajo lub kulę na głowę, a jakoś nie miałam po drodze do t=sklepu z takimi elementami. No to został internet i wyszukiwarka.
Kilka pomysłów mi się spodobało. Marta wybrała taki:

Wprawdzie mi osobiście bardziej podobały się szalony koguty, to decyzja córy była nadrzędna i nieodwołalna. Zabrałyśmy się do pracy.
Nie miałam białych torebek, ale miałam blok z białymi kartkami. Reszta też się znalazła i manufaktura białych zajączków ruszyła.





A to efekt ostateczny. Nam się podoba. Nawet bardzo:)


28 maja 2014

Warzywnik w przedszkolnym wydaniu

Gdy kilka dni temu podjechałam pod zaprzyjaźnione przedszkole, gdzie w ramach działań Zielonogórskiego Towarzystwa Upiększania Miasta zakładałam warzywniak z przedszkolakami (więcej tutaj), podbiegł do mnie mały chłopczyk, przedszkolak i wołał z daleka: - A roślinki wszystkie rosną! Dbamy o nie! - zapewnił gorąco uśmiechając się radośnie uśmiechem bez jedynki z przodu. Rozczuliłam się bardzo i ogromnie. Bo jak tu nie kochać dzieci za ich zaangażowanie, radość i szczerość.
A jak warzywniak? No rośnie wszystko. Martwię się trochę, czy obecne ulewy nie poniszczyły zbytnio upraw. Trzymam kciuki, a jutro podjadę zrobić nowe zdjęcia.
Tymczasem krótka relacja z ostatniego obsadzania tutaj.



07 maja 2014

Jak przedszkolaki ogrodnikami zostały

Moda modą, ale każde dziecko ma w sobie coś z ogrodnika i ogromny zapał w obcowaniu z naturą, poznawania jej tajemnic i obserwowania jej cudów. Grzech po prostu tego nie wykorzystać.
I chociaż dorośli może nie do końca byli przekonani, to wśród najmłodszych nie było ani literki sprzeciwu. Nie trzeba było nikogo namawiać, nikogo zmuszać do siania czy sadzenia. Wszyscy ostro zakasali rękawy i do roboty.

Na zaproszenie Zielonogórskiego Towarzystwa Upiększania Miasta założyliśmy z dziećmi warzywniak i mini sad przy Miejskim Przedszkolu nr 30 w Zielonej Górze. Marzeniem moim jest stworzenie takich miejsc przy każdym przedszkolu i każdej szkole. Bo zabawy mnóstwo, a edukacja przez doświadczenie jest najlepszym sposobem wpojenia modnego hasła, żeby jeść zdrowo i naturalnie. Bo cóż lepiej smakuje niż wyhodowany pomidor czy zerwana z krzaczka truskawka, która się własnymi rękoma sadziło w ziemi i podlewało? NIC!
Relacja z przygotowań na stronie ZTUM-u. A za kilka dni z ostatecznych efektów naszej pracy. Rośnie wszystko jak szalone:)

21 marca 2014

Więc chodź, pomaluj mój świat...

Jutro kolorujemy Zieloną Górę w ramach akcji Kolorowe Miasto organizowanej przez Fundację Lyada. By było weselej, wiosenniej, bardziej inspirująco do działania, prowokująco do planowania dalszych działań, itp., itd. Atrakcji mnóstwo: tańce, smakołyki, zabawy, nagrody, no i sadzenie wiosennych kwiatków: bratków i stokrotek. A i nasionek trochę przygotowałam i cebulki dymki, by na zdrowie ta wiosna nam się układała. No i puszki po mleku modyfikowanym (dziękuję serdecznie mamom, które dla mnie zbierały te puszki:) sprayowałam na różne kolory. Trzymajcie jutro kciuki za pogodę. Wystarczy, żeby między 12 a 14 przy Bachusie na zielonogórskim deptaku nie padało. No i do zobaczenia!!!

09 lutego 2014

Weekend na wsi z sekatorem i kiełbaską w tle

Wiosennie było, oj wiosennie. Jeszcze tydzień temu, dokładnie tydzień spacerowaliśmy po zaśnieżonym lesie, zjeżdżaliśmy, tzn. Marta zjeżdżała na sankach, robiliśmy orły

i budowaliśmy bałwana, a dokładniej leśną panią bałwankową o imieniu Matylda.
 A w miniony weekend całkowita zmiana klimatu. No dobra, strefy klimatycznej nie zmienialiśmy, stąd upałów nie było, ale wiosna pokazała się nam niemal w całej swej początkowej okazałości:)
Ja, jak zwykle z sekatorem, przyczaiłam się przy starym krzewie agrestu. Nie był przycinany od lat, zapomniany w starej części ogrodu. Skazany na wycięcie, bo słabo owocował. Przekonałam jednak tatę, by dać mu szansę i wzięłam się za przycinanie. Oto efekt. Ale o ile ciekawszy będzie latem, gdy pojawią się nam nim owoce. Bo pojawią sie na pewno.
Tym bardziej, że zakochałam się w hotelach dla owadów zapylających. I nawet zaczęłam budować takie konstrukcje. Wkrótce się nimi na pewno pochwalę.
PRZED
PO
 Gdy ja przycinałam, najmłodsze pokolenie w rodzinie wspinało sie na drzewa, szukało patyczków, na rozpalenie ogniska i ganiało po zaoranym polu. Doborowe towarzystwo, mnóstwo świeżego powietrza i od razu apetyt urósł. Kiełbaska z pieczonym na ognisku chlebkiem była wyśmienita.
 A na koniec skoki przez ognisko, jak na prawdziwych biwakowców przystało:)
Wrociliśmy przed chwilą do Zielonej Góry. Kurtki jeszcze pachną ogniskiem...

08 stycznia 2014

Domek dla lalek. Historia tego, co miało być prezentem

To był mój pomysł na gwiazdkę - zrobię Marcie domek dla lalek. Z tektury. A gdyby się nie udało - to kupię. Wybór jest ogromny. Ale dwa tygodnie przed świętami Marta z nudów grzebiąca w moich szpargałach (tekturach, bibułach, papierach, klejach) stwierdziła - Mamo, zróbmy domek dla lalek. Z tych kartonów, co je masz na szafie.
To chyba telepatia zadziałała. Albo nieświadomą łączność między molekułami, czy cokolwiek innego niewyjaśnionego.
No i wzięłyśmy się do pracy. Najpierw naoglądałyśmy się zdjęć z internetu własnoręcznie robionych domków, by potem ustalić, jak ma wyglądać nasz. Stanęło na tym, że domek musi mieć kuchnię, salon, łazienkę, pokój dla rodziców, sypialnię, pokój dziecięcy i taras na dachu. Stanęło na trzech kartonach i dobudówce. A że kartony dosyć spore, powstały półpiętra. Oczywiście na wszystkie prowadzą schody. Bez nich ani rusz. Windę proponowałam, drabinę, zjeżdżalnię. Ale uparła się na schody. No to kleiłam je, kleiłam, nawet dwubiegowe wyszły jedne.
Część elementów robiłyśmy razem (m. in. rewelacyjne łóżko piętrowe dla trójki dzieci), część robiłam w spokoju, gdy Marta była w przedszkolu. Nie zawsze to wychodziło mi na dobre, bo po powrocie słyszałam w pokoju wielki ryk - że nie miała być drabina, tylko schody i mam to odklejać, bo ona tak nie chce i już. Chodziło o fajna drabinę na poddasze. Schody się tam już po prostu nie mieściły. Nie dała się przekonać i schody chciała zewnętrzne budować (pomysły to ona ma, ale jak to zrobić, to już nie wie, ja zresztą też:). No i stanęło na tym, że drabina zostaje, ale prowadzi do niej podest i wchodzi się na nią z małego balkonu. Oj, było doklejania, było.
No i miałam nauczkę - bez konsultacji z Martą nie przykleję już żadnego kawałka tektury.
Po oklejeniu pokoju dziecięcego puchatą wykładzina i wzorzystą tapetą (w tej roli kawałek sfilcowanego szalika i papier do pakowania prezentów), doszłyśmy jednak do wniosku, że nie będziemy kolorować ścian, bo się zrobi za pstrokato. Zawiesimy kolorowe zasłonki, położymy dywaniki, zawiesimy obrazki i będzie kolorowo.
Jeszcze sporo pracy przed nami. Na pomoc przeszło Dzieciątko (bo to Ono w moim rodzinnym domu, gdzie spędzaliśmy święta, przynosi prezenty pod choinkę). Marta dostała komplet mebelków do kuchni, salonu i sypialni. Domek, chociaż niedokończony, nabiera wyrazu i gości już przyjmuje:)










20 listopada 2013

Jak dzieci miasto tworzyły

Chociaż mieszkam nieco na uboczu miasta (żeby nie napisać "na zadupiu", jak mówią niektórzy), cały czas interesuje się tym, co się w mieście dzieje. Nie w kontekście koncertów, wydarzeń czy plotek politycznych, ale w kontekście życia miasta. Od dawna interesuję się miastem jako miejscem do życia i finkcjonowania w szerokim tego słowa znaczeniu. Poszukuję jego drgań, szperam w oddziaływaniach architektury na przestrzeń i przestrzeni na ludzi, zaglądam w podwórka i przysiadam na krawężnikach. Lubię patrzeć na ludzi, obserwować zachowania w tkance miejskiej. I mieszkańców, i kotów, i ptaków, i lebiody. A najbardziej pochłaniają mnie interakcje z dziećmi, które zawsze znajdą sobie ciekawsze miejsce, rzecz do zabawy, trakt do przejścia czy atrakcję do zobaczenia niż wyznaczyli im rodzice.
I dzięki temu ich poznawanie swojego miejsca życia jest o wiele ciekawsze, bez względu na to czy to wielkie miasto, czy mała wieś, czy mieszkają w wielkiej willi czy bloku. Ich patrzenie na świat jest o wiele bardziej intrygujący. Warto się tego nauczyć. Jak? Podpatrując.
Ja radzę sobie jeszcze inaczej - prowadzę warsztaty, w tym architektoniczno-urbanistyczne dla dzieci i młodzieży. I prowokuję najmłodszych do wyrażania swych wizji, tworzenia swoich wymarzonych budowli, miejsc.
Oto kilka obrazków z ostatnich zajęć.
Miasto zbudowane przez uczniów SP 17 i kolegów z Cottbus. Zauważyliście, ile tu kolorów?
Dzieci z Miejskiego Przedszkola nr 30 i koledzy z Europakita w Cottbus tez budowały swoje miasto.Zieleni nie zabrakło. Fot. Tylna 37
Młodzi architekci i ich dzieło, które można do woli zmieniać. Fot. Tylna 37 
Momentami aż trudno mi uwierzyć w swoje ograniczenia wyobrażeniowe, gdy patrzę na ich prace i nie do końca kumam, o co w nich chodzi. Choć wydają się nieokiełznane, to wszystko jest logiczne, przemyślane, ma swój sens.
Wystarczy posłuchać dzieci, pójść z nimi na spacer i pozwolić się prowadzić. Czysta przyjemność!

17 listopada 2013

Guma, czyli historia zadyszki

Od jakiegoś czasu Marta bardzo lubi bawić się w przyjęcie urodzinowe jednej z jej siedmiu lal (wśród 6 dziewczynek jest i jeden chłopak, co zawsze mnie trochę zastanawia:). Ostatnio główna atrakcja przyjęć, oprócz oczywiście tortu ze świeczką, jest zabawa w tor przeszkód. Od głównych drzwi do drzwi tarasowych jest kilkanaście metrów, więc jest gdzie układać przeszkody, slalomy, przeszkody do przeskoczenia i inne. Dzisiaj podczas poszukiwania w całym domu przedmiotów, które mogłyby urozmaicić po raz kolejny organizowany bieg przez przeszkody znalazłam gumę do skakania. Marta chyba ja kiedyś dostała z jakimś gadżetem, nie pamiętam. Oczywiście ładna, fioletowiutka, bez węzłów, jakie bywały gęsto i często w majtkowych gumach z dzieciństwa.
Ambitnie podeszłam do sprawy. Martę postawiłam na jednym końcu, męża na drugim końcu gumy i zaczęłam się popisywać, jak to ja kiedyś w gumę skakałam. No właśnie - kiedyś.
Dwie porachy, potężne. Nie pamiętam, jak były czwórki, a poza tym przy dziewiątkach już omal nie wyzionęłam ducha, a przyznam, że w siódemkach (obracanych) zrobiłam odpoczynek. Dziesiątki mnie dobiły. Psychicznie i fizycznie. Kondycje mam zerową. Od dzisiaj razem z Martą biegam w torze przeszkód podczas urodzinowych przyjęć jej lal. Obiecuję.
Dla tych, którzy z sentymentem wspominają dawne podwórkowe zabawy, polecam coś takiego: http://zabawy.zrodla.org/pliki/wychodza-z-cienia-podworkowe-wspomnienia-web.pdf
Przewspaniała lektura:)

22 października 2013

Jesiennie, niezmiennie, a może zmiennie?

Było bardzo ciepło, chociaż już jesiennie. Złoto, chociaż za oknem mżyło. Wesoło mimo szarugi. Akumulatory naładowane na dłuuuugo. A to za sprawą jesiennego spotkania w bibliotece im. Norwida, a dokładniej w Klubie Mam działającym przy oddziale dziecięcym, gdzie razem z dziećmi i ich rodzicami odkrywaliśmy uroki jesieni.
Foto: Klub Mam
Dzieci najpierw przygotowały dla siebie jesienne korony zdobiąc je darami natury (dostępnymi o tej porze roku). Poszły  w ruch liście, patyki, kasztany, żołędzie. Rodzice też nie odpuścili okazji, by trochę porządzić:). A potem szukaliśmy dźwięków jesieni zastanawiając się, jak brzmi orzech spadający na trawę, a jak pestki słonecznika? Aby lepiej to usłyszeć, zrobiliśmy jesienne instrumenty muzyczne z ozdobionych różnorodnie papierowych rolek różnych gabarytów. A w środku? czym jesień bogata! Groch, fasolka, żołędzie, kasztany, słonecznik, orzechy... Dźwięków mnóstwo.
Kolorowe instrumenty, korony na głowach i wesoły jesienny orszak był gotowy. Teraz już jesienne szarugi i smutki nam niestraszne! Dziękuję wszystkim za piękny, wesoły i inspirujący czas.
Więcej zdjęć tutaj.

14 października 2013

Kasztany, kasztany, lecą z nieba...

No niby lecą, ale żeby coś uzbierać, trzeba się na prawdę natrudzić. Ale od początku.
U Marty w przedszkolu jak co jesień zbierane są kasztany z myślą, by je potem sprzedać (chyba Lasy Państwowe je skupują dla zwierzyny leśnej, nie wiem na pewno). W ub. r. uzbierało się kasztanów za kilkaset złotych i każda grupa dostała nowe zabawki. Pomysł zatem fajny, bo rodzinny ruch na świeżym powietrzu i przy okazji pożyteczny, bo dzieci uczą się, że za wysiłek jest zapłata, a za nią można kupić fajne rzeczy. Reasumując - my też mieliśmy w tym procesie swój udział pod postacią pełnej torby kasztanów uzbieranych w Starym Młynie w Brzeźnicy podczas niedzielnej wycieczki.
No i myślałam, że tym razem pójdzie równie gładko i szybko. Nie żebym nie lubiła kasztanowego zbierania, ale po prostu chciałam się wykazać i już. A potem już tylko nieprzymuszona, a uwielbiana przyjemność przekładania kasztanów w dłoni.
Pierwsze podejście - Nowa Sól. Wiedziałam, że nad Odrą rośnie szpaler wielkich kasztanowców (nie kasztanów, bo kasztany rodzą jadalne owoce sprzedawane m. in. na Placu Pigalle, nasze kasztany to owoce kasztanowców).
Była zatem wizyta w Parku Krasnala i spacer na promenadę. Ale, że Marta chciała jeszcze pobawić się na placu zabaw, kasztany zostawiliśmy na później. Później okazało się za późno. Otóż uzbrojeni w torbę podchodzimy pod drzewa, a tam już spora grupa ludzi z wiadrami i koszykami. Nagle drzewo się zatrzęsło i posypał się grad kasztanów. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Wtedy zauważyłam drabinę. Jeden pan wspinał się po gałęziach i nimi trząsł, a reszta zbierała opadnięte kasztany. To była szeroko zakrojona i zorganizowana akcja. Trudno było się dołączyć, bo "trzęsienie" odbywało się już na ostatnim kasztanowcu, więc przepychać się nie zamierzaliśmy. Tym bardziej, że grupa tez miała swój cel - dzieci wraz z rodzicami zbierali kasztany, by zapłacić za wycieczkę szkolną. Czyli nie tylko nasze przedszkole wpadło na pomysł zarobkowania na jesiennych kulkach. Marta pozbierała tylko kilka kasztanów do zabawy i poszliśmy sobie.
Kolejne podejście - ostatnia sobota, Łagów. O tym, że buków, i to najładniejszych, jest tam pod dostatkiem, to wiedziałam. Myślałam jednak, że jakiś kasztanowiec też się tam znajdzie. Znalazł się, a raczej my go znaleźliśmy już w ostatnich minutach pobytu. Nieduży, zmarnowany od szrotówka, kasztanów pod nim niewiele, ale trochę się uzbierało.

Podobnie malutko kasztanów było na Wagmostawie i w parku. Hmmm. Poszukiwania trwają do końca października.

11 września 2013

O tym, co rzeczywiście przyjemne, czyli ogród górą

Dzisiaj z moją 4-letnią córeczką miałam poważną rozmowę o zajęciach dodatkowych. Zapisałam ją na takie, bo była na pokazowych i się jej podobały. O zdanie jednak jej nie zapytałam i postawiłam przed faktem dokonanym. Gdy kilka dni temu zapowiadałam, że pójdziemy na zajęcia dla dzieci, zbuntowała się, ze nie chce i już. Myślałam: przejdzie. Nie przeszło. Dzisiaj była niemal histeria. Gdy jej wytłumaczyłam, że mi głupio odwoływać nasz udział, bo najpierw prowadzącej mądziłam przez dwa dni, żeby nas zapisała, Marta stwierdziła ze łzami w oczach: "No dobra, ale już nigdy więcej mnie nie zapisuj". Obiecałam solennie jednocześnie podpytując, czy ma może ochotę chodzić na jakieś inne zajęcia: taneczne, muzyczne... - "Nie, bo po przedszkolu chce wrócić do domu i mieć spokój - usłyszałam.
Potem turlałyśmy się po trawie, robiłyśmy fikołki, wygłupiałyśmy się na całego, by na koniec zjeść pierogi ulepione wspólnie dzień wcześniej.
No i mam zagwozdkę: to usłyszała to hasło od kogoś dorosłego (niewykluczone, że któregoś z rodziców) czy też w ten sposób chce nam powiedzieć, że lubi z nami spędzać czas. Faktem jest, że po przedszkolu jest totalnie wypompowana z energii, ale przecież niemal każde dziecko w jej wieku "gdzieś chodzi"...
Może i moje będzie gdzieś chodziło. Ale chyba jeszcze nie teraz. I chyba na pewno wybierze sobie sama moment i zajęcia. Ja już się nie wtrącam:)

08 maja 2013

Niezapominajki - bez nich nie ma wiosennego ogrodu

W powietrzu unosi się zapach kwitnących śliwek, czereśni, grusz, a nawet jabłoni. Nad kwiatami zaczynają szaleć roje pszczół i trzmieli. Rzepak już żółcił połacie pól, a w lesie drzewa zasłoniły już delikatną zielenią młodych listków gołe konary.
A na łąkach i przy polnych drogach szaleństwo kwiatów z mleczami w roli głównej. Podczas spacery uplotłam pierwsze w tym roku wianki i przytargałam bukiet na stół.

W ogrodzie również szaleństwo. Wszystko rośnie w oczach, zmienia się z każdym dniem.
Ogród opanowały niezapominajki. Cudne, proste, stare, pasujące do każdego ogrodu. Widywane w lasach, nad strumykami doczekały się już wielu ogrodniczych odmian o kwiatach różowych, białych, posturze bardziej zwartej. Ale ja wolę te zwykłe, pospolite Myosotis L.  W dosłownym tłumaczeniu z greki oznacza nazwa ta "mysie uszko". Niezapominajka jest, a raczej chyba była, nazywana często też niezabudką.
Jak się ją raz "wprowadzi" do ogrodu, to już łatwo się z niego nie da wypędzić. I dobrze, bo chyba jest mało osób, których nie urzeka jej urok:)
Niezapominajka lubi gleby mokre i zasobne. Przywabia pszczoły. W symbolice kwiatów oznacza pamięć, a z ciekawostek jeszcze - jest kwiatem stanowym Alaski. Któż wie, dlaczego...
Znajomi mają niezapominajek wszędzie pełno. Rozsiewa się co roku. Kilka lat temu przytargałam od nich kępę i posadziłam. Rozsiała się i u mnie. Trochę siewek poprzesadzałam jesienią i teraz mam błękitno, gdzie okiem sięgnąć. Chociaż rozsiewa się dosłownie wszędzie, to nie jest kłopotliwa, bo bardzo łatwo ją wyrwać. Z miejsc, gdzie zaplanowałam coś innego, wyrywam i mam kwiaty do bukietu. 

Tym bardziej, że 15 maja już po raz kolejny obchodzimy Święto Polskiej Niezapominajki.
Szukam pomysłów, jak to uczcić...

20 kwietnia 2013

Jak sianokosy w mieście urządziliśmy

Trawnik. Poważna sprawa. Wiadomo. Zwykle to panowie biorą sobie za punkt honoru pielęgnację zielonego dywanika. Koszą, nawożą, doglądają. Czasem skaczą wokół niego bardziej i częściej niż wokół ... (wpiszcie sobie sami, co chcecie:).
U nas tez trawnikiem zajmuje się pan mąż. A jakżeby inaczej.
No i przyszła dłuuugo oczekiwana wiosna. Panom aż ręce drżą i rwą się do pracy. A że modna ostatnio staje się wertykulacja, to każdy chce wertykulować. Nawet kilka metrów kwadratowych niektórzy chcą.
Nie żebym się śmiała z wertykulacji, bo jest bardzo potrzebna: przede wszystkim usuwa mnóstwo suchych liści, mchu, źdźbeł itp. To po prostu mocne wygrabienie trawnika. Robi się to metalowymi grabiami, albo grabiami z ostrymi nożami, bo są takowe, są.
Na większych areałach, a tych przecież w naszych ogrodach nie brakuje, przyda się jednak maszynka. Dzisiaj na naszej ulicy, krótkiej bardzo - dodam, chyba w trzech ogrodach buczał wertykulator. Hmmm. A ile na działkach?
Nasz skrawek trawnika malutki, co jednak nie znaczy, że wertykulacji nie potrzebuje. W ruch poszły specjalistyczne grabie. Ręczne. Napocił się mąż, oj napocił, ale za to jaki ubaw był przy okazji.
Gdy Marta zobaczyła kupy suchej trawy na trawniku, postanowiła, że się będzie bawić w gospodynię, a tata będzie gospodarzem. No i że będą robić sianokosy, bo siano potrzebne dla koni (wcześniej pytała czy czasem zebry nie jedzą też siana, ostatecznie stanęło na koniach).
No i w kapelusiku zbierała wyczesane suche liście w różowy kosz, podśpiewywała przy tym, a nawet tańczyła. Tacie też kazała, ale się wybronił:).
Przy ryczącej maszynie z sianokosów byłyby nici, a tak popołudnie minęło pracowicie i wesoło.
Nawet przyszedł pierwszy wiosenny deszczyk, a w nagrodę dla moich gospodarzy przygotowałam prawdziwie letnie ciacho - biszkopt z kremem i porzeczkami, malinami, borówkami. W zamrażalce miałam. Prosto z ogrodu sprzed kilku miesięcy:)
Spałaszowany błyskawicznie. Nawet zdjęcia nie zdążyłam zrobić mu w pełnej okazałości:)

14 marca 2013

Nuda, ptaki w ogrodzie i siewki szukające słońca

Choć zestaw przeziębieniowy przygotowany i używany (o, jak ładnie się prezentuje:)
Marta chora kolejny dzień.
Między lekarstwami i bajkami ratujemy się malowaniem farbami co popadnie. Ostatnio padło na karton, który zamienił się w domek. Ciasny i zamykany na skobelek, ale jest. Zabawa przednia polecam, nawet tym bez chorujących dzieci:).

Za oknem zima w pełni: śniegi, mróz (dzisiaj nad ranem było -13 stopni!!!!), nieodpalone auto i zasypany podjazd. Sąsiad też zastrajkował i stwierdził, że odśnieżać nie będzie. I już. Do zimowej scenerii dołącza chmara ptaszków, głównie sikorek maści różnistej, która zlatuje się już nie tylko o poranku i w porze obiadowej, ale przez cały dzień. Dobrze, że mam zapas smalcu i słoninki, ale słonecznik właśnie mi się skończył i trzeba się zaopatrzyć w zapas. 
Wczoraj jednak nawiedził nad nowy gość. Leżałyśmy z Martą spokojnie na kanapie gapiąc się w telewizor, gdy nagle coś załomotało w tarasowe drzwi. Za firanką zobaczyłyśmy niewielkiego ptaszka z czarną przepaską na oczach, który wczepił się we framugę i tak wisiał chyba z 15 minut. Ne bał się ani nas zaglądających zza firanki, ani aparatu wymierzonego w siebie. Mrugał do nas w dodatku. Po jakimś czasie sobie poleciał.

Czy ktoś rozpoznaje delikwenta? Wcześniej go u nas nie widywałam, albo przynajmniej nie zauważyłam.
A tymczasem na parapecie robi się ciasno Rośliny walczą o światło, którego albo nie ma, albo jest tak ostre, że wypala delikatne listki. Werbena tak wyciągnęła w górę, że po raz drugi już poobcinałam wierzchołki i powsadzałam w ziemię. Chyba będę miała jej sporo w tym roku:)

Wzeszły poziomki, ale są tak drobniutkie, że nie wiem co z nich będzie. Podobnie lobelia, hmmm. I jak to pikować?

Radzi sobie szałwia w rulonikach i groszek pachnący, ale boje się, że wyciągnie się za mocno, bo ma mało słońca.

Musi jeszcze trochę odczekać i najwyżej będę przesadzać wcześniej niż powinnam. Ech, wiosno, gdzie jesteś?


28 stycznia 2013

Zima w pełni, czyli czas planować... letnie wyjazdy

Dzisiaj Marta, po odśpiewaniu cyklu czterech piosenek o zimie, zapytała, gdzie pojedziemy, jak będzie ciepło. Za oknem śnieg, zima w pełni, słoninka dla ptaszków dynda na gałązce, a w kozie tli się ogień. No dobrze, widać nie tylko ja chcę już zmiany aury na bardziej kolorową, no dobra - zieloną:) Pikników mi się chce, jak nie wiem, co!

No i zaczęłam się zastanawiać, gdzie warto się wybrać w tym roku i co mogłabym polecić na wycieczkę z kilkuletnim dzieckiem. I przyznam, że jest kilka miejsc na mojej liście - "tam must be". Oczywiście ogrodowe "must be". Chociaż w niektórych już byłam, to chciałabym je pokazać innym i samej zobaczyć jeszcze raz, bardziej wnikliwie, dociekliwie, ciekawsko i efektywnie. Bo, tak szczerze, miejsca, które mam na myśli, wykorzystałam tylko wizualnie, a można je wykorzystać na wiele sposobów, głównie zabawowych. Warto zatem zabrać dziecko, bo samemu czasem głupio się wygłupiać na wielkiej huśtawce. Mnie przynajmniej trochę było...
Oto jedno z tych miejsc: Ogrody Świata w Berlinie.
Sam park otwarto w 1987 r. na 750-lecie Berlina. Nie różnił się niczym od innych typowych parków. Po upadku muru zaczął nabierać nowych kształtów. bardzo pieczołowicie odtworzono tam ogrody charakterystyczne dla różnych kultur. Każdy znajdzie coś dla siebie: od labiryntu, po ogród marokański, chiński, włoski, czy najmłodszy - chrześcijański.

 Na powitanie spacer w cieniu kwitnących wiśni piłkowanych 'Kanzan'.
 Ogród japoński z misternie czesanym żwirowiskiem.
 Ogród marokański - od wpatrywania się w mozaiki można było nabawić się oczopląsu:)

Ich zwiedzanie to nie lada gratka dla miłośników ogrodnictwa, ale miało być coś dla dzieci. No to jest. Wśród ogrodniczych popisów jest mnóstwo miejsca na doskonałą zabawę dla dzieci i dorosłych. Od wspomnianego już labiryntu, po proste elementy przestrzenne, które są doskonałym pretekstem do podskoków, turlania się, czy wygłupów. Jest też ogród wodny, gdzie można się do woli taplać, zakątek bajkowy z postaciami znanymi z książek ukrytymi w zaroślach, a przede wszystkim ogromne trawniki, na których można leżeć, spać, zrobić sobie piknik, wszystko, na co tylko macie ochotę.




  
Powyższa ławka urzeka pełzającym ślimakiem na poręczy. Niech was to nie zmyli w żaden sposób. Aby usiąść na tej ławce, trzeba się nieźle natrudzić, bo to ławka dla olbrzyma. Siedzisko jest na wysokości ok. 1,5 m.


Polecam, gdybyście mieli wolny dzień bez względu na to, czy z dziećmi, czy bez, czy jesteście maniakami ogrodów, czy po prostu lubicie poleniuchować w pięknych okolicznościach przyrody. To miejsce przyjazne, bardzo przyjazne ludziom.

Zajrzyj również tutaj:

Naturalny ogród dla wszystkich

Ogrody naturalne to miejsca przyjazne nam ludziom. A jeśli są rzeczywiście przyjazne nam, to i innym stworzeniom. Niestety trudno za przyja...