Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomysły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomysły. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2016

Ziołami pachnie mi

Świeżych ziół nie da się zastąpić tymi z torebki. No może da, ale aromat jest całkiem inny – torebkowy jest przyciszony, nieco papierowy. Z kolei świeżymi ziołami zapachnie w całej kuchni, zakręca w nosie i zmysłami. Dadzą po prostu efekt.
Ja co roku kupuję nowe, gatunków i odmian jest mnóstwo. Warto więc poeksperymentować. 


Zachęcam więc - kto może, niech sadzi zioła w ogrodzie, ale i w donicach na tarasie, balkonie czy na parapecie. Zasada jest jedna – najlepiej, gdy są pod ręką. Gdy trzeba do nich przedzierać się przez pół ogrodu, to w słoneczny dzień jeszcze może Wam się zachce wyskoczyć, ale już w pochmurny dzień może być z tym kłopot.

Ziołowy ogródek na parapecie pasuje zarówno do kuchni wiejskiej, romantycznej jak i nowoczesnej. To doskonały element nie tylko estetyczny pomieszczenia, ale przede wszystkim zmysłowy. Zioła, a właściwie ich zapach i aromat, jaki dają potrawie, to, w moim mniemaniu, wręcz dusza kuchni. 
Ładnie wyglądają kompozycje ziołowe złożone z kilku gatunków, do tego ubarwione jadalnymi kwiatami, np. nasturcją, nagietkiem, ogórecznikiem.

 Należy jednak pamiętać, że nie wszystkie zioła się lubią, czasem wręcz przeciwnie, obok siebie rosnąć nie będą i już. Mają charakterek. Wszystko bierze się jednak stąd, że pochodzą z różnych stref klimatycznych. Te z basenu Morza Śródziemnego po lubią piaszczyste podłoże i bez słońca raczej obyć się nie potrafią, ale jednocześnie nie lubią silnego wiatru. To przede wszystkim tymianek, rozmaryn, lawenda, bazylia, melisa. Bardziej cienistych i wilgotnych miejsc potrzebują nasze rodzime: szczypiorek, pietruszka, trybula, lubczyk i mięta pieprzowa.
Szałwia lekarska rewelacyjnie wygląda na rabatach - jest jej prawdziwą ozdobą. 

Według podobnej zasady dobieramy zioła do upraw w donicach. Większość z nich doskonale sobie radzi w pojemnikach. Świetnie wyglądają razem i jaki dają aromat!

Wiosenny lubczyk w całej okazałości. 
Co do lubczyka, jest bardzo wybredny pod względem miejsca. Moja mam siedem razy przesadzała go, a i tak nadal nie jest bujny "jak na obrazku". A u mnie posadziłam go pod płotem i rośnie jak szalony. Jesienią ub.r. przed przymrozkami obdzieliłam liśćmi sąsiadki, bo nie miałam co z nimi zrobić, a szkoda było go zmarnować. Sąsiadka zresztą kilka minut wcześniej dała mi piękny pęk bazylii. Cudny krzew jej wyrósł, zdobił ogród przez cały sezon. Część ususzyłam, a kilka pędów włożyłam do wazonu. Ależ aromat miałam przez tydzień!

Rady mamine i książkowe:
- pietruszki nie siejemy dwa razy na tym samym miejscu, bo nie będzie rosnąć.
- im więcej tniemy zioła, tym bujniej rosną
- najwięcej aromatów maja zioła przed zakwitnięciem, dlatego z przygotowaniem zapasów na zimę warto wstrzelić się w odpowiedni moment




Pamiętajmy też, że kwiaty też są jadalne. Świetnie wyglądają w sałatkach, deserach.

Co robić z ziołami, gdy sezon się kończy, albo w szczycie sezonu będzie ich tyle, że nie nadążymy konsumować?
- można suszyć (w przewiewnym i raczej zacienionym miejscu). Suszymy albo całe gałązki (np. tymianek, rozmaryn), albo najpierw obrywamy listki (np. mięta, szałwia)
- łodyżki majeranku, rozmarynu, tymianku czy szałwii można zalać oliwą lub octem winnym i stosować później takie aromatyzowane w kuchni
- miętę, melisę, bazylię, pietruszkę, koper, lubczyk można zamrozić w foremce do kostek lodu. Kroimy drobniutko i upychamy w foremkach. Polewamy leciutko wodą czy oliwą. I zamrażamy. Zamrożone możemy przesypać do woreczka i przygotować kolejną porcję, a potem już w miarę potrzeby używamy kostki.
Ja zwykle kroję i ciasno upycham w malutkich słoiczkach i zamrażam. gdy potrzebuję np. pietruszki do zupy, ostrym nożem wydłubuję (łatwo się to robi) tyle, ile trzeba i resztę znów wkładam szybko do zamrażalnika. To sposób mojej babci i mamy. U mnie się sprawdza.


01 maja 2014

Mozaika z kamyków czyli cuda z natury


Weekend nad morzem nigdy nie jest stracony. Chociaż morska nie jestem i bujająca się masa wody po pewnym czasie mnie nuży (wole górki i pagórki), to ty razem falowało dosyć intensywnie, a i kamyków na plaży było sporo, więc była zabawa.
Inspiracji mnóstwo już nazbierałam z internetowych czeluści i kuszą czekając chyba na zimowe długie wieczory (jak wszystko zresztą, co jest niekonieczne potrzebne, nagle przymusowe, ale może dać przyjemność).
Chodzi o mozaiki, które mnie zauraczają od dłuższego czasu. I to nie tylko te kolorowe ze szkiełek, ale przede wszystkim kamykowe. Bo z kamyków cuda można układać. Wystarczy wpisać nazwisko mojego ulubieńca Jeffrey'a Bale w wyszukiwarkę i cuda wyskakują.
No i oglądając po nocach takie obrazki potem marzą mi się takie mozaiki i śni, że podobne robię, klienci są wniebowzięci, a ja przeszczęśliwa, że takie (lub podobne) cudeńka udaje mi się realizować w ogrodach.
Wracając jednak do plaży i kamyków tam leżących, otóż wykorzystałam ładna pogodę, czas i kamyki.
Oto efekt:


Tymczasowa wprawka w piasku bardzo mi się spodobała. Przytargałam do domu torbę pełną nadmorskich kamyków. Ktoś chętny na mozaikę?

14 stycznia 2014

Stare, ale jare

Zbieraczy tryb życia odziedziczyłam chyba po ojcu, który w garażu ma wszystko (poukładane oczywiście tak, że dokładnie wie, co ma i gdzie). Mam kilkakrotnie robiła zamachy na jego włości widząc krążących złomiarzy czy trzymając ulotkę o zbiórce śmieci wielkogabarytowych. Na wiele się to nie zdało. Od zawsze lubiłam szperać w czeluściach strychu w naszym starym domu, w garażowych szafkach i zakamarkach szopki. Z takim samym zacięciem (w pozytywnym sensie) lubię flomarki za niemiecką granicą, targi staroci. Nie, żebym kupowała, ale oglądać uwielbiam. Przedmioty z duszą, historią, dziejami, które często nadawałyby się na film - tak przynajmniej sobie wyobrażam.
W domu staram się graciarni nie robić. Mąż nie lubi. Chociaż przymyka oko, gdy w garażu pojawia się sterta pojemników, które mogą posłużyć za doniczki, albo cierpliwie wynosi na strych pudła z kartonikami, rolkami, pudełeczkami, które potem wykorzystuję na warsztatach z dziećmi. Jestem mu z a to ogromnie wdzięczna.
Z rozrzewnieniem jednak oglądam brytyjskie programy ogrodnicze, w których Miejski Ogrodnik wyszukuje ciekawe rzeczy w sklepach z rzeczami używanymi. I idealnie wpasowuje je w przestrzeń ogrodu. Czy to stare obręcze po beczkach, czy pręty wkomponowane w posadzkę kamienną, czy też cynowe wanny jako wielkie donice. U nas niestety jeszcze wiele rzeczy się kupuje chcąc, by były nowiutkie, idealne, ewentualnie celowo postarzałe. Za co oczywiście płaci się o wiele więcej.
Najcudowniejszym miejscem pod względem wykorzystania do maksimum starych przedmiotów i pomysłowości ich przetworzenia są dla mnie ogródki działkowe. Zachęcam do spaceru i inspirowania się.
Tylko niech przestanie padać...
Tymczasem znalazłam świetną stronę z pomysłami, jak nadać nową wartość starej rzeczy.



No i ten sklepik...
Cherrie Carine's photo of the Brimfield Barn

Georgianna Velardi's photo of some mouthwatering junk letters....

21 grudnia 2013

Śniegiem w szarugę sypnę...

Pogoda dzisiaj iście jesienna - szaruga na całego, a i wiatry cały czas daję się we znaki. Co, którzy pokrywali już wrażliwe rośliny na zimę (w tym ja:), pewnie zastanawiają się, co się teraz dzieje z kora i geowłóknina, a dokładniej - ile z tej naszej pracy zostało. Na szczęście na najbliższe dni, a nawet podobno tygodnie zapowiadana jest cały czas jesienna pogoda z ewentualnymi przymrozkami w nocy do minus 2-3 stopni, a zatem nic roślinom nie będzie. Ufff. Pociecha.

Cały czas jest więc szansa na zdążenie z wszystkimi pracami ogrodowymi. O ile jeszcze ktoś ma do tego głowę, bo przecież święta za pasem, i pierniczki, i rybki i świecidełka, i takie tam inne różności.
Pozazdrościłam tego śniegu w niektórych miejscach, górach, w Poznaniu... no i mam - leje z nieba na całego. To niby też wyśniony już śnieg, tylko się po drodze rozpuścił chyba... trudno. No to sobie zrobię białe płatki śniegu z papieru, a co.
Oto moja ściąga:)



Gdyby jednak ten mróz przyszedł, to przede wszystkim warto opatulić donice na tarasach i balkonach. Najlepiej postawić je na kawałku styropian czy deskach, by była izolacja od zimnego podłoża, potem owijamy workiem jutowym (ten pomysł mi się najbardziej podoba wizualnie, ale mam tylko jeden worek, a donic 4) albo jakimś dywanikiem (mam taki jeden dyżurny chodniczek:). Dodatkowo do między worek a donicę wkładamy stare gazety pozwijane w kulki albo słomę (tylko skąd ją wziąć?). Dla ozdoby można obwiązując rafią lub czerwoną wstążką.
Najważniejsze - materiały muszą być przepuszczalne, żadne folie. Niektórzy proponują karton, ale ja nie polecam, bo przy naszych zimach (deszcz raczej zamiast śniegu i mrozu) karton szybko rozmięka i zamiast chronić, szpeci i się wala po całym ogrodzie.
No i jeszcze jedna ważna rzecz. Najczęściej donice przestawiamy jak najbliżej ścian domu, by było im cieplej. I dobrze, bo to nam ułatwi ich podlewanie. Tak tak moi drodzy. Nie można o tym zapomnieć. Gdy nie ma mrozów, rośliny zimozielone w donicach podlewamy!!! inaczej to nie mróz je wykończy, ale susza.
I tym optymistycznym akcentem kończę. Idę przestawić donice, niech się same nawadniają wodą z roztopionego śniegu.

21 sierpnia 2013

Podlewanie w czasie urlopu, czyli jak nie zmarnować roślin

Są wakacje. Wprawdzie się kończą, ale jeszcze niektórzy wybierają się na urlopy, wyjazdy. A upały jeszcze się zdarzyć mogą. Przyznaję, właśnie na kilkudniowym, ale zawsze, urlopie jestem. I nie ukrywam, że zawsze mam jeden podstawowy dylemat: jechać czy nie? Powód? Moje rośliny.
O ile jeszcze ogród to podlewa się sam (chwała automatycznym systemom podlewania), ale już donice się same nie podleją. Dobrze, że mam sąsiadów, którzy z chęcią przelecą się po moim ogródku z konewką, ale gdy ktoś nie ma tak dobrze? Co wtedy?
Oto kilka rad, jak sobie radzić z dylematem - jechać na wakacje i zostawić rośliny na pewną klęskę, czy jechać na wakacje i niczym się nie martwić. Bo rozumiem, że opcja - nie jedziemy na wakacje, bo trzeba się zająć roślinami - nie wchodzi w rachubę.

Pierwsza rada - przenosimy rośliny w miejsce, gdzie nie będą narażone na bezpośrednie działanie słońca czy wysuszającego wiatru (od drzewko, krzew, w cień szopki) - nie zalewamy roślin na zapas - nie wkładamy ich do dużych mis z wodą czy nie lejemy na maksa wody do podstawki. Rośliny nam zgniją.
Jak zakładają znawcy - jednej roślinie doniczkowej wystarczy ok. 0,5 - 1 litra  wody w tygodniu.
Oto kilka sposobów, by im takiej ilości dostarczyć:
Kamykowa niecka - misę wysypujemy kamykami, np. keramzytem i napełniamy woda do poziomu kamyków. Na nich ustawiamy doniczki. - woda nie moczy korzeni, ale podsiąka do podłoża. A do miski wstawiamy przewróconą do góry nogami butelkę plastikową z wodą. Woda będzie spływała stopniowo uzupełniając poziom w naczyniu - to efekt sił przyrody - podciśnienia bodajże:)

Mokry sznurek - jeden koniec bawełnianego sznurka (ukręconego np. ze starej koszulki pociętej na paski) wkładamy do ziemi w doniczce, a drugi do pojemnika z wodą. Ten drugi powinien stać wyżej niż doniczka.

Butelka - potrzebna nam jest zakręcona plastikowa butelka z wodą. Robimy dziurkę w zakrętce, odwracamy i wkładamy do ziemi w doniczce. Można kupić też specjalne zakrętki z sączkami, ale po co...

Można też zaopatrzyć się w gotowe systemy sączkowe, czyli cienkie rurki, z których jeden koniec wkładamy do pojemnika z wodą, a drugi do doniczek. Zestawy w różnej cenie zależnej głównie od ilości sączków można kupić w marketach czy sklepach ogrodniczych.

Są też bardziej dekoracyjne poidełka, np. szklane kule ozdobne, które napełniamy wodą i długi koniec wkładamy do ziemi. Nie miałam, ale znajoma twierdzi, że się nie sprawdzają, bo woda bardzo szybko wypływa.
Wybór należy do Ciebie, a ja życzę miłego urlopu:)

Sama wybrałam ustawianie w cień, podlanie przed wyjazdem i telefon do sąsiadki:) tak na wszelki wypadek:)

05 marca 2013

Jaki pożytek ma kot z balkonu?

Wczoraj spotkałam znajomą. Zapaloną kociarę. Dowód? Większość jej zdjęć na fb to zdjęcia kota lub kotów:). W korytarzu zauważyłam stertę styropianu. - To na domek dla kotów na balkonie - wyjaśniła. - Fajny pomysł - pomyślałam, ale potem zaczęłam się zastanawiać. Jak to domek na balkonie ze styropianu? Dla zabawy? Przecież bardzo szybko kot rozdrapie styropian w proch...
Okazało się, że to domek nie dla zabawy, ale do mieszkania. Nie dla kota domowego, a dzikich wałęsających się po osiedlu. - Przed zimą ktoś wyrzucił z piwnicy w naszym bloku małe kociaki. A że mieszkam na parterze zaczęły się schodzić do mnie na balkon i takie biedne zziębnięte zaglądały przez okno. No to zrobiłam im domek ze styropianu oklejonego grubo taśmą, by im było ciepło i sucho. Tam też dostają jedzenie. Schodzi się teraz do mnie kociarnia z całego osiedla, a ja tylko siedzę i gapię na piękności, bo dotknąć się nie dają. Bezpieczna odległość to metr. Często wieczorami jest prawdziwa walka, który ma spać w domku. A że obecny jest już nieco wysłużony, czas na nową konstrukcję. Może nieco większą - zastanawia się znajoma.
Doskonały i inspirujący przykład na to, że balkon można wykorzystać na wiele sposobów korzystnych dla wielu stworzeń. Podziw i brawo!

01 marca 2013

Parapetowe sianie, czyli w co siać?

Taki dylemat miałam już kilka tygodni temu, gdy na parapecie pojawiły się pudełka po jogurtach i stare doniczki z sadzonkami, które pobrałam jesienią z roślin w ogrodzie. Teraz doszły siewy.
W ulubionym sklepie ogrodniczym podczas ostatniej wizyty widziałam gotowe szklarenki - fachowe z podwójnym dnem i przezroczystym przykryciem, a sama doniczka podzielona była na równe części. Hmmm. Mała kosztowała ok. 13 zł, a większa na 20 roślin bodajże - 16,80 zł. Kusiły ze względu na męża, który chaos parapetowy to wytrzyma na jednym oknie, ale na wszystkich już byłoby ciężko:)
Pani w sklepie podpowiedziała jednak inny sposób, tańszy, który zastosowałam. Oto moje szklarenki z recyklingu:.

Potrzebne są plastikowe pojemniki po warzywach czy owocach, a większe np. po kluskach na parze:) i tekturowe rolki po papierze toaletowym.
Rolki ustawiamy ciasno w jednym z pudełek (ze względów estetycznych najlepiej ciemnym, bo wtedy nie widać ziemi, która nam się przesypie). Wcześniej jednak robimy w pudełku dziurki. Koniecznie!
Do tulejek wsypujemy ziemię wymieszaną z perlitem lub piaskiem. Nie ubijamy jej, ale nasypujemy do pełna, bo gdy namoknie i tak się ubije sama. No i wysiewamy nasiona. U mnie to szałwia i groszek pachnący.
Całość wstawiamy do większego pojemnika, do którego wlewamy wodę i zostawiamy na kilka godzin, aż ziemia namoknie. Przykrywamy plastikowym "wieczkiem" - ważne - przezroczystym, bo nie tylko utrzymywało wilgoć, ale też dopuszczało światło.
Dla malutkich nasionek, jak poziomki czy lobelia można wybrać małe pudełka plastikowe np. po pomidorkach koktajlowych, które maja swoje wieczko z otworkami, więc nie trzeba się przejmować wietrzeniem. Siejemy nasiona wprost do ziemi i ustawiamy na szczelnym podkładzie, do którego wlewamy wodę, by podsiąkła do ziemi w "doniczkach". 

Taka wersję mąż zaakceptował. Ufff:)

28 lutego 2013

Warzywa na balkonie? Żaden problem!

Zaczyna się okres siewów i wysiewów. I wśród moich znajomych, jak co roku, zaczyna się przekomarzanie - kto ile zmieści, albo raczej, kto czego nie zmieści, bo nie ma miejsca. Głównie dotyczy to tzw. "balkonowców", którzy twierdzą, że na małym balkonie nic się nie zmieści. Albo bardzo niewiele. A z mała ilością to nie warto sobie nawet głowy zawracać. I zostaje ewentualnie skrzynka z biedną pelargonią... (nie ujmując pelargoniom:)
Otóż pozwolę sobie się z tym nie zgodzić.
Poniżej mój dawny balkon w typowym bloku w Zielonej Górze. Chociaż donic było sporo (a rosły w nich typowe dla ogrodów rośliny:), było miejsce na karimatę czy kocyk, który wyciągaliśmy z mężem wieczorkiem na miłe nasiadówki. W dzień mieścił się na balkonie nawet malutki (1 m średnicy:) basen dla Marty. Królem był wiciokrzew, który pokrywał wszystko, włącznie z drewnianymi roletami, którymi osłanialiśmy się od prażącego słońca w letnie dni. Ech, wspomnienia...

Każdą przestrzeń można zmienić w zielony kawałek naszego świata. Sposobów jest mnóstwo. Oto na szybko wyszukane obrazki, jak radzą sobie inni. Można skopiować tylko jakiś element, jeśli balkon rzeczywiście jest z tych fikcyjnych, czyli tylko na sznurki do prania. Ale coś na pewno da się upchnąć.
Balkon może być kwietny, ale też warzywny. Oto przykład.



A gdy nie ma tyle miejsca? To może jest parapet.


Można tu uprawiać zarówno kwiaty, jak i warzywa, które wyglądają równie ciekawie przez swą różnorodność i ciekawe zestawienie. Ważne jednak, by pamiętać o preferencjach roślin i nie sadzić w jednej donicy tych, które lubią słonce i piach z cieniolubnymi wymagających sporo wody. Warto zatem przeczytać etykietki na opakowaniach nasion czy doniczkach kupowanych w sklepach ogrodniczych.

Doniczki również nie muszą być z przypadku. Gdy dobierzemy w podobnej kolorystyce albo przynajmniej stylistyce, nasz parapet, a przez to i balkon, może wyglądać romantycznie, nowocześnie, industrialnie czy... recyklinowo:)

Czas na ściany. To przestrzeń, którą na balkonach wykorzystać po prostu trzeba. Można skusić się na eleganckie gotowce plastikowe lub innych tworzyw sztucznych z bocznymi otworami albo skrzyneczki różnej maści i rodzaju.






Albo uruchomić wyobraźnię i stworzyć coś z niczego:





No i donice, różnej maści i kształtu. Ustawiane na półkach, stolikach, podłodze, wieszanych na parapetach, ścianach. Szaleństwo możliwości:)













Poniżej pomysłowa konstrukcja osłaniająca przed słońcem, a i rewelacyjna pod groszek pachnący czy fasolę ozdobną. Oczywiście można też wybrać jadalne odpowiedniki:)

 Możemy posiłkować się drewnianymi skrzyniami tradycyjnymi:
albo terakotą. Przyznaję, że marchewka w donicy mnie kusi:)

A poniżej istne szaleństwo. Ale w tym szaleństwie jest jakiś sens...

Oczywiście na początku nie wygląda to aż tak urokliwie. I to kłopot zarówno balkonowców, jak i tych z małymi ogródkami (np. mój), gdzie nie ma szans na szklarenkę. Ale ten okres kiełkowania i pikowania daje inna radość - z obserwacji fenomenu natury:) i efektów własnej pracy.

23 lutego 2013

Jak daleko nam jeszcze do Chelsea...

Na targach ogrodniczych Gardenia w Poznaniu byłam chyba cztery razy. Po raz ostatni w miniony piątek. Pierwsze zwiedzania targów oszałamiały mnie nieco, bo wszystko było nowe. Dotykałam każdego kwiatka, zbierałam wszystkie możliwe ulotki. Chłonęłam każde słowo przyjmując za wiarygodne i na prawdę ciekawe, nowatorskie. Po dwuletniej przerwie pojechałam znów.
Pozytywnie nastawiona. Było... fajnie. To enigmatyczne słowo chyba najbardziej tu pasuje. Ze stoisk najbardziej spodobało mi się szkółki Wybicki.

A poza tym? Rośliny były cudne (szczególnie ciemierniki, królowie tej pory roku w ogrodzie), ale wiadomo luty nie jest dobrym momentem by chwalić się roślinami, bo wiele jeszcze śpi, a podpędzone nie prezentują się tak okazale, jak w szczycie swego naturalnego rozwoju.
Nie o rośliny jednak mi chodzi, bo tych wstydzić się nie mamy najmniejszego powodu. Asortyment jest ogromny i nasze szkółki produkują w większości na prawdę dobrej jakości materiał.
Wielki niedosyt mam natomiast jeśli chodzi o małą architekturę, wyposażenie ogrodów. Tutaj nasze rodzime firmy w ogóle nie nadążają za światowymi czy europejskimi trendami. Coraz więcej pojawia się ciekawych donic, ale reszta?
Na całych targach znalazłam tylko jedną firmę oferującą nowoczesne pawilony i altany ogrodowe. Ceny są od kilkunastu tysięcy złotych w górę, owszem, ale przynajmniej ktoś, kto ma ochotę i pieniądze, ma wybór.
Z elementów metalowych zostają tylko oklepane już wszędzie pawiloniki z łuczkami, które na dobrą sprawę nadają się tylko do różanek, a i tam nie zawsze dobrze wyglądają.
W przypadku form artystycznych dominują nadal dziewczęta z dzbankami albo siedzące na kamieniach czy ławkach dzieci. Na pytanie, czy można zamówić realizacje autorskiego pomysłu, wszyscy rozkładali ręce - my to tylko sprowadzamy. Cóż. Dziwne, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby zrobić formy proste z metalu, bez udziwnień, zespawać kilka kółek, kwadratów, prętów, wygiąć kawałek blachy. Takie elementy teraz stawia się w ogrodach. To widać na wszelkich pokazach ogrodniczych na Zachodzie. A ludzie, czyli potencjalni klienci, naoglądają się zdjęć i filmów chociażby z Chelsea Flower Show i chcą mieć taki pawilon wielki u siebie, albo wygiętą metalową wstęgę, albo taką prostą kaskadę. A tu klops. Nie wiem, czym wytłumaczyć ten fakt, by chyba nie tym, że nasi rzemieślnicy nie mają umiejętności.
I taki mi mały niedosyt został.

03 lutego 2013

Zimowa pietruszka z parapetu

Ostatnio spotkałam znajomą i rozmowa zeszła na... pietruszkę. Otóż znajoma planuje ją wysiać, bo sklepowa smaku nie ma, a pietruszkę uwielbia po prostu. Pietruszka jednak ma to do siebie, że długo kiełkuje.
Osobiście pietruszki mam spory zapas (zamroziłam i posuszyłam w sezonie), a i w ogródku nieźle sobie radzi, to nigdy listków aromatycznych i zdrowych za wiele.
Przypomniał mi się jednak stary sposób na zimową pietruszkę. Zupełnie wypadł mi z głowy, chociaż do dziś mam obraz pietruszki na maminym oknie. Mama, prócz mrożenia, zawsze miała korzeń pietruszki w słoiku wypełnionym woda i świeże listki np. na przybranie potrawy. Podobno nawet wystarczy tylko sama "główka" korzeniowa pietruszki, czyli to, co zwykle wyrzucamy, bo to stamtąd wyrasta nać. Kładziemy ją na wilgotnej wacie czy ligninie i za jakiś czas nam się zazieleni.
Oczywiście lepsze efekty przeniesie cały korzeń. Można w wodzie, ale szybciej się psuje i więcej zachodu z wymienianiem wody. Łatwiej po prostu posadzić kilka korzeni w stosunkowo wysokiej doniczce tak, by się nie stykały korzenie. I czekać.
Planowałam wstępnie kupić korzenie na ryneczku, ale z powodu nagłego ochłodzenia, o czym już pisałam, i buntu Marty, kupiłam korzenie w markecie. O ile pietruszki luzem miały "główki" poobcinane, to w zestawach włoszczyznowych znalazłam dorodne w całej okazałości, a z jednego korzenie nawet listki zaczynały wyrastać:)

Doniczkę miałam do wyboru jedną, a że korzenie były dosyć długie, to je poobcinałam, od dołu oczywiście. Najważniejsze, by nie uszkodzić sławetnej już tu "główki". No i czekam:)
Taka wiosenna ziemna robotka:)
I jeszcze jedna przy okazji była - rozsadzanie bazylii. Jak już byłam w markecie, to kupiłam doniczkę z bazylią. Gotowiec, wiem, ale jakoś sama jeszcze na sianie bazylii się nie skusiłam. Tylko, że sklepowe wersje są bardzo podpędzane, w doniczkach roślinek gęsto jak licho, więc i szybko padają. Sposób na nie to właśnie rozsadzenie do kilku doniczek. Na początku mogą trochę wyglądać marnie, ale po dwóch dniach zaczną rosnąć z werwą, obiecuję. Tylko uwaga na delikatne bardzo młode łodyżki bazylii, bo łatwo je połamać.


A tym, którzy trzymają kciuki za moje przygody z kiełkami i kiełkownicą spieszę donieść, że kiełki chyba się mają dobrze i niedługo zaczniemy z Marta konsumować:) Będzie święto!
Mieszanka ostra, a poniżej słonecznik.

30 grudnia 2012

Muszę - chcę - zrobię:)

Znalazłam to w internecie - lista rzeczy, które musisz zrobić z dzieckiem (lub bez dziecka). Lista była o wiele dłuższa, ale te punkty spodobały mi się najbardziej. Niektóre już zrobione, ale podaję dalej tym, którzy na przykład nigdy jabłka prosto z drzewa nie zjedli:) Czas zacząć odhaczać zrobione!
- wspiąć się na drzewo
- sturlać się z wysokiego wzgórza
- rozbić obozowisko w lesie
- zbudować szałas
- puszczać kaczki na rzece czy jeziorze
- biegać w deszczu
- puszczać latawiec
- złapać rybe w sieć
- zjeść jabłko prosto z drzewa
- przejść się na szczudłach
- stoczyć bitwę wodną
- brać udział w poszukiwaniu skarbu na plaży
- zrobić bardzo dużą babkę z piasku
- wziąć udział w budowaniu tamy na strumieniu
- bawić się hula hop
- zakopać kogoś w piasku na plaży
- przejść po zwalonym pniu drzewa
- huśtać się na linie
- bawić się w błotnej ślizgawce
- zjadać jeżyny prosto z krzaka
- zajrzeć w dziuplę drzewa
- nakarmić z dłoni ptaka
- polować z aparatem na robaki
- znaleźć żabi skrzek
- śledzić dzikie zwierzę
- zagrać na źdźble trawy
- szukać skamieniałości
- zobaczyć wschód słońca
- zagrać w gumę
- pójść w nocy na spacer przyrodniczy
- rozpalić ogień bez użycia zapałek
- odnaleźć drogę z mapą i kompasem w ręku
- zorganizować piknik
- ugotować posiłek nad ogniskiem


Zajrzyj również tutaj:

Naturalny ogród dla wszystkich

Ogrody naturalne to miejsca przyjazne nam ludziom. A jeśli są rzeczywiście przyjazne nam, to i innym stworzeniom. Niestety trudno za przyja...