Pokazywanie postów oznaczonych etykietą byliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą byliny. Pokaż wszystkie posty

14 sierpnia 2013

Hortensje - dlaczego nie kwitną?

Można ich nie lubić, mogą się komuś nie podobać, ale jedno trzeba przyznać - przyciągną wzrok każdego. Nie można bowiem obojętnie przejść obok ogromnych kwiatów, różnorodności liści. Tym bardziej, że kwitną przez całe lato do późnej jesienie. Każdy się na nie gdzieś natknie.
Zestawienie hortensji w Ogrodzie Botanicznym w Zielonej Górze

Przez wiele lat nie byłam zwolenniczką hortensji. Ale w dzieciństwie widziałam w ogrodach głównie hortensje ogrodowe (Hydrangea macrophylla). Pochodzą one z Japonii i Korei, nic więc dziwnego, że nasze zimy są dla nich za zimne. Zadziwiają tym, że można zmienić kolor ich kwiatów z różowego na niebieski. Wystarczy podlać specjalną odżywką.





Ale czasem kolor zmienia sama, szczególnie z niebieskiej na różowo. A że niebieski jest bardziej pożądany,
uchodzi to za typowa złośliwość natury:) Często się zdarza, że chociaż kupujemy piękność o błękitnych kulach, następnych latach mamy już tylko róż, róż, majtkowy róż, róż... Chociaż nie wiem, co byśmy robili.
Pojawiły się jednak w sklepach i szkółkach odmiany o pstrokatych liściach, kwiatach płonych, pełnych, przebarwionych z ciemnozielonymi naciekami czy też wręcz pstrokate. Jak się Wam podobają?



Często niestety jest tak, że zamiast dorodnych kwiatów w następnych latach hortensje tylko rozrastają się w wielkie kępy zielonych liści, a po kolorowych kulach ani śladu. Powód - przemarzanie. Pąki tej hortensji zawiązują się już jesienią, więc podczas naszych zim przemarzają. Czasem nie pomaga nawet przykrywanie, okrywanie i chuchanie.
Nie dosyć, że przemarzały, to wo dodatku ich "majtkowy" kolor jakoś do mnie nie przemawiał. Poza tym, często widywałam je na cmentarzach no i w kościele przy Bożym Grobie przed Wielkanocą. Raczej mało sympatyczne skojarzenia...
Potem poznałam jednak inne hortensje: krzaczaste (Hydrangea arborescens) i bukietowe czy tez inaczej - wiechowate (Hydrangea peniculata).

Krzaczaste szeroko się rozrastają, a latem mają mnóstwo ogromnych kwiatów w kształcie białych kul wielkości głowy. najbardziej znana do 'Annabelle' czy o nieco mniejszych kwiatach 'Grandiflora'. Krzewy te nawet przekwitając wyglądają ładnie, bo ich kwiaty z czasem zielenieją:), a i suche ładnie wyglądają w oszronionych ogrodzie.

Ważna uwaga - trzeba je podpierać, bo łatwo się łamią pod ciężarem kwiatów, szczególnie po deszczu. Najlepiej podpory zrobić już wiosną, gdy nie ma jeszcze gęstwiny liści.
Z kolei hortensje wiechowate dorastają do 2 m. Można je prowadzić w formie drzewka, mają sztywne pędy, a kwiaty w kształcie stożków. Wiele odmian dodatkowo cieszy tym, że przekwitające kwiaty, zwykle białe lub kremowe, zmieniają kolor na różowy, czasem bardzo intensywny.
Krzewy są mało kłopotliwe, rosną w słońcu i cieniu, ale trzeba im zapewnić sporą ilość wody, szczególnie tym rosnącym w słońcu. Najlepiej jednak czują się osłonięte koronami drzew lub w sąsiedztwie sporych krzewów w półcieniu.
Ważne jest przycinanie krzewów na wiosnę - krzewiaste można przycinać nisko nad ziemią - wtedy roślina odwdzięczy się nam dorodniejszymi jeszcze kwiatostanami. Bukietowe zaś przycina się w młodości, by krzew się zagęścił. Wtedy też zaczynamy formować ewentualne drzewko. Potem pędy ścinamy każdej wiosny do ok. 1/3 długości.
A oto kilka obrazków tych pięknych roślin:




No i została jeszcze hortensja pnąca. Nie, nie zapomniałam o niej, ale o pnączach innym razem...
 

08 sierpnia 2013

Królowe letnich rabat - liliowce

Łatwe w uprawie (urosną niemal wszędzie, chyba tylko skalniak odpada), kolorowe, czasem bajecznie upstrzone i chociaż nazywane są kwiatami jednego dnia (po jednym dniu kwiat rozkwitły usycha), to kwiatów jest na tyle dużo, że rabata przez całe lato mieni się kolorowymi trąbkami. Liliowce są po prostu niezawodne. A jeśli wykażemy choć odrobinę zainteresowania nimi (wody i nawozu), to odwdzięczą się z ogromną siłą. Warto liliowce w ogrodzie po prostu mieć. 
Są odmiany nieduże, do 30 cm, np. 'Stella d'Oro' dla tych, których przerażają teorie, że liliowce to się tak rozrastają, że okiełznać nie można. 
Ale są i wyższe znacznie wyższe (do 120 cm). Wszystkie jednak są bardzo wytrzymałe i radzą sobie doskonale nawet w ekstremalnych warunkach. Przykład? Jesienią ub. r. zauważyłam, że ktoś wyrzucił przy leśnej drodze karpy liliowców. Planowałam je pozbierać i posadzić, ale jakoś tak długo to trwało, że doszłam do wniosku iż już nic z nich pewnie nie zostało, bo korzenie na wierzchu wywalone, całe połamane. Potem śnieg je zasypał i zapomniałam. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy wiosną zauważyłam jak spod sterty liści wystają liliowcowe liście. Tym razem już nie czekałam długo. Wzięłam je do wiaderka (w sumie musiałam wykopać, by korzeniami z boku chwyciły się już mocno podłoża!!!) i przesadziłam do ogródka. Odwdzięczyły się pięknymi dużymi żółtymi kwiatami. Wprawdzie nie kwitły długo, ale bardzo ładnie. No i już widzę, że się zadomowiły na dobre, bo wypuszczają boczne liście. Pewnie za rok czy dwa będę nimi obdzielała sąsiadów i znajomych:) 
A wiecie, że liliowce bardzo łatwo się krzyżują i przy odrobinie szczęścia można wyhodować własną odmianę? Za bardzo nie wiem, jak to się robi, bo nigdy się w hodowle i krzyżówki hodowlane nie bawiłam (tylko na studiach w pracowni in vitro, ale tam "bawiliśmy" się bananowcami i muchołówkami), ale doczytałam, że od zapylenia do kwiatu czeka się nawet 3-4 lata i nigdy nie wiadomo, czy efekt będzie zadowalający. 
Zwykle w naszych ogrodach króluje liliowiec Hemerocallis fulva, odmiana pospolita i gęstej szybko rozrastającej się kępie liści i pomarańczowych kwiatach na wysokich łodyżkach. Znawcy twierdza, że to nieciekawa odmiana, tym bardziej, że do wyboru są tysiące odmian piękniejszych, ciekawszych z kwiatami o średnicy nawet 20 cm. 
Są odporne na choroby. Szkodników tez raczej nie zauważyłam na nich. Najlepiej wyglądają w kępach.
U mnie rośnie jeszcze  'Crimson Pirat' 
i 'Red Magic'. Tak przynajmniej były opisane w szkółce:). 
Warto się rozejrzeć, by cieszyły oko, ale i podniebienie. Kwiaty liliowców obsmażane na głębokim tłuszczu są przysmakiem kuchni orientalnej. Czyli piękne z pożytecznym. 

26 maja 2013

Ogród bylinowy. Pochwała zmienności

Jeszcze miesiąc temu, gdy patrzyłam na swój ogród, zastanawiałam się, czy nie przesadziłam z tymi bylinami i awersją do iglaków. Bo ogród wczesną wiosną trochę biednie wyglądał. Krzewy jeszcze nie są na tyle duże, by nadrabiać miną za puste miejsca między nimi.
Gdy odwiedziła mnie znajoma, która ma ogród z tych "poukładanych", czyli faliste rabaty dookoła, tuje, kilka różaneczników, magnolia i róże, to przyznaję, było mi nawet trochę wstyd za mój niepoukładany ogród, który wtedy gdzieniegdzie zaledwie kusił kolorem. Bo przecież ogrodnictwo to nie tylko moja pasja, ale i zawód. Wychodziło na to, że potwierdzam porzekadło, jakoby szewc bez butów chodzi.
A dziś wstyd mi za siebie, że się wtedy wstydziłam, nie wierzyłam w potencjał mojego ogrodu i swojego nań pomysłu. Bo zawsze uwielbiałam byliny, kwitnące, zmieniające się z każdym tygodniem rabaty, zaskakujące mieszanki kolorów i odcieni. Wszystko uzupełniane roślinami jednorocznymi, które sieję sama lub same się już rozsiewają. Co roku w innych konfiguracjach. Ogród wtedy żyje. I taki ogród właśnie kocham.

Jeszcze kilka tygodni temu było tu łysawo, teraz jest cieszący me oko busz:)

Zbliżenie na różnorodność kolorów. To zasługa krzewów, ale bez bylin po miesiącu byłyby nudne...
 Niezapominajki ustępują pola krzewuszce, kokoryczce, a wkrótce irysom, potem tawułkom, potem rodgersji, potem hortensji.... cały czas zmiany, zmiany.

 Powyższy busz czeka na okiełznanie. Jest jednak dowodem na to, że wystarczy rok, by byliny, które sadziłam rok temu jako malutkie sadzonki, stały się równoprawnymi partnerami krzewów.  
No i trawy, moje faworytki. Nie zawodzą, oj nie!


 I na małej bocznej rabacie codziennie inny spektakl. Teraz w roli głównej szczypiorek i dąbrówka, ale już szykują się irysy i piwonie. To będzie pokaz!
 W wielu ogrodach brakuje bylin. Bo rzeczywiście wiosną nie robią piorunującego wrażenia. Kupowane nawet za ciężkie pieniądze ledwo wystają z ziemi albo niemrawo zachęcają kilkoma listkami podczas gdy krzewy z natury są większe, bardziej okazałe i wypinają swe gałązki w centrach ogrodniczych.
Wiele osób więc mając wydać tyle samo za bylinę i za krzew, wybiera to drugie. Bo widać. A przecież nic nie pokona bylin w tempie wzrostu. W ciągu roku potrafią rozrosnąć się w pokaźne kępy kolorowych kwiatów, o których większość krzewów tylko pomarzyć może. A i wzrostowo niektóre byliny na głowę biją krzewinki i spokojnie mogą robić "za tło".
Żeby było wszystko jasne - nie jestem przeciwniczka krzewów, wręcz przeciwnie. Ale między nimi warto posadzić choć kilka bylin, które za odrobinę wody i słońca odwdzięczą się nam przepięknie. Obiecuję!

12 maja 2013

Wiosenne piękności - co warto mieć wiosną w ogrodzie?

Ciepło, sporo deszczu i mamy - feeria barw, zapachów, smaków jeszcze nie, ale patrząc na kwitnące jabłonie i poziomki - i tych się wkrótce doczekamy:)
Co warto posadzić w ogrodzie, by wiosna wyglądał cudnie?
Zacznę od tulipanów. To królowe sezonu. Odmian tysiące, kolorów tyleż samo. Jak ktoś się uprze, to może nimi zakwiecić ogród dobrych kilkanaście tygodni dobierając wczesne i późne odmiany. Sprawdzają się w pojemnikach, na rabatach, ale też na rondach i w pasach oddzielających jezdnie. W Zielonej Górze ostatnio mamy szaleństwo tulipanowe. Rosną na każdym rondzie, a że ich sporo w naszym mieście, to i wiosenny efekt jest.
Wróćmy jednak do ogrodu. Planowałam różowe smukłe na rabacie, by komponowały się z zamysłem pastelowego zakątka. Z pół godziny chyba wybierałam cebulki na ryneczku. Ale gdy zakwitły - okazały się żółtymi i czerwonymi klasycznymi tulipanami. Hmmm. No trudno. W sumie żółte też fajne.

Chociaż cebulki sadzimy we wrześniu, to właśnie teraz jest dla nich najważniejszy okres. Za to, że cieszą nasze oczy, oczekują dobrej opieki i mnóstwa smakołyków. Nie zapomnijmy więc sypnąć im nawozu podczas kwitnienia. niech nie zwiodą nas ich piękne kwiaty jako dowód, że niczego im nie trzeba. Bo właśnie trzeba: nawozu i ogławiania przekwitłych kwiatów. Tylko wtedy ich cebule się wzmocnią, nabiorą wigoru. Pamiętajmy też, ze tulipany wykopujemy dopiero wtedy, gdy liście zżółkną i zaczną obsychać. Cebule suszymy, wietrzymy i chowamy w ciemne suche miejsce aż do września. Niektórzy rezygnują z tej zabawy. Można, ale proszę się nie dziwić, że w następnych latach tulipany są mniej dorodne, albo nie kwitną wcale. Bo w mroźne zimy cebule lubią "uciekać" w ziemię i potem trudno ich liściom się przebić na powierzchnię.
Kolejne wiosenne "must have" to oczywiście szafirki.

Jak sama nazwa wskazuje, szafir ich kwiatków przyciąga wzrok z daleka, ale są i białe, i liliowe szafirki. W swoim ogrodzie mam ich zaledwie kilka (cebulki pochodzą z pędzonych w sklepie wiosennych zestawów). Ale u mojej mamy szafirkowa wstęga od lat zachwyca.
Lubią próchniczną zasobną glebę, ale na dobrą sprawę, poradzą sobie niemal wszędzie. Najlepiej wykopywać je w czerwcu, by posadzić we wrześniu, a nawet październiku. Jeśli tego nie robimy (jak ja:), to chociaż nie zapomnijmy zasilić czymś dobrym tych maleństw, by im dobrze było.

O bergenii już wspominałam tutaj. Teraz jednak jest w pełnym rozkwicie. No urocza jest i już. Mąż też się przekonał:)



Serduszka okazała (Dicentra spectabilis) lubi cień i półcień. Do wielkoludów nie należy (do 60 cm), ale wiosną widoczna jest z daleka, bo wyrasta dużo wcześniej niż inne rośliny. Jej piękne kwiaty w kształcie serduszek delikatnie wirują na długich pędach poruszane podmuchami wiatru. Doskonale komponują się z niezapominajkami, tulipanami. Odmiana podstawowa ma kwiaty różowo-białe, ale jest tez odmiana 'Alba' o całych białych kwiatach.
Pamiętam rozłożystą kępę z dzieciństwa. Sąsiadka, starsza pani, miała ją pod oknami. Co roku wyczekiwałam, kiedy zakwitnie. I zakwitała, chociaż nie miała ani zbyt troskliwej opieki, ani nikt na nią nie dmuchał czy chuchał specjalnie.  Bo serduszka to roślina bardzo długowieczna. Jeśli się zadomowi w jakimś miejscu, to sobie poradzi sama przez wiele wiele lat.

Postrzegałam ja jako kwiat niemal magiczny, bo piękny, elegancki, ale i niemal zakazany oglądany przez płot, bo w naszym ogrodzie jej nie było.
Teraz ją mam:) Trzeba jednak pamiętać, że latem roślina powoli zamiera. Trzeba jej znaleźć zatem dobre towarzystwo, które zasłoni suche badylki. U mnie to zadanie dla zawilców. Radzą sobie.
Kolejne moje odkrycie, które zdobywa moje serducho, to gajowiec żółty w swej odmianie najbardziej podstawowej czyli Lamium galeobdolon. Nie wiem dlaczego, ale zawsze mi się miesza z jasnotą. Może dlatego, że trochę podobne?  
W każdym razie gajowiec to bylina doskonała na zadarniania, we wszelkich możliwych warunkach (chociaż ucieszy się, gdy będzie trochę cienia). Jego żółte kwiaty przyciągają owady, a pędy w szybkim tempie zasłonią wszystko, co chcemy zasłonić (a nawet nieco więcej:).
Jak wspomniałam, podobna do gajowca jest jasnota plamista (Lamium maculatum). Kwitnie bardzo długo od maja, a nawet gdy nie kwitnie, zdobi. Jest pół zimozielona, czyli nawet w lekkie zimy trzyma fason (zresztą podobnie jak gajowiec). Lubi półcień i wilgotną glebę.

Mam jedną z kilku odmian: 'Beacon Silver'. Na początku wiosny listeczki miała malutkie, aż się zastanawiałam, czy coś z nią nie tak. Ale gdy ruszyła... kwiatami zaskoczyła na całego:)
 I jeszcze mam fiołki w zanadrzu. Kolejny pachnący element w ogrodzie. No chociaż te akurat  w odróżnieniu od fiołka powszechnie znanego czyli Viola odorata (fiołek wonny) nie pachną, tylko zdobią kwiatami białymi, fioletowymi, delikatnym lila. To fiołki motylkowate (Viola sororia). Kwiaty mają większe, ale bez zapachu. Coś za coś:(. Niby nie ma rozłóg, wiec nie rozrasta się za mocno, ale za to rozsiewa się na potęgę. To malutkie jeszcze dwulistkowe wokół dorosłych osobników to właśnie siewki fiołka.

 No i kwitną jabłonie. Zarówno te typowo owocowe w sadach, na działkach, jak i ozdobne. Moja 'Ola' trochę wprawdzie strajkuje i tylko kilka kwiatów miała w tym roku (urokiem nadrabiają młodziutkie miedziane liście).

Za to odmiana palowa (nie znam nazwy, niestety) obsypana po raz kolejny różowym kwieciem. Wprawdzie owoców z drzewa tego jeszcze nie jadłam (w ub. r. były trzy jabłuszka, ale nie utrzymały się na drzewie do momentu dojrzałości), za to wiosna mam ucztę dla oczu. Prawdziwą.
 

A co tam u mojej skimii? Ano kwitnie sobie w najlepsze. Puszcza młode przyrosty. Jest dobrze. Kolejna zima z przygodami za nami:).

02 maja 2013

Sasankowa kudłata wiosna

Sasanka zawsze kojarzyła mi się z górskimi halami, skalniakami, czymś, co tylko w wybranych rejonach rośnie, no i jest pod ochroną. Większość z tych rzeczy to prawda, jednak w sklepach ogrodniczych można znaleźć wiele ozdobnych odmian tych kudłatych kiatów, którym mróz nie jest straszny, a spore kielichy kwiatów zdobią rabaty już wtedy, gdy inne rośliny jeszcze się nie wybudziły z zimowego snu.
Do kupna sasanek przekonały mnie one same, gdy z bratową wybrałam się do centrum ogrodniczego po...pelargonie.
Przy wjeździe na teren centru powitały nas ogromne dorodne kępy sasanek - jeszcze kwitnące, ale większość kwiatostanów już przekwitłe szybowały pół metra nad ziemią puchatymi głowami. Obie kupiłyśmy po kilka sadzonek. Nie mogłyśmy się po prostu im oprzeć.
To było rok temu.
Posadziłam swoje sasanki na żwirowej podwyższonej rabacie. Bo sasanki lubią słońce, nie boją się suszy, mrozów. Rozchylają swe kwiaty już nawet w marcu. W tym roku anomalny początek wiosny trochę wszystko poprzewracał. Ale doczekałam się!

Najpierw z kamieni wyjrzało kilka kosmatych listków,

potem pąk i wreszcie rozwinął się kwiat. Purpurowy.

Pierwszy, potem drugi, trzeci... jak czerwone latarnie błyszczały w słońcu wiosennym i cieszyły, gdy dookoła było jeszcze szare i pełne niewiadomych, co przetrwało kaprysy aury.
Po kilku dniach rozwinęły się kwiaty drugiej sasanki - fioletowe.
Rozwijają się pięknie. I chociaż daleko im jeszcze do okazałych okazów sprzed centrum ogrodniczego, to i tak jestem w siódmym niebie, gdy je dotykam, patrze na nie. Bo one puchate są milutko, a po przekwitnięciu łodyżki kwiatów z kilkunastu centymetrów wyrastają wysoko w górę i zdobią puchatymi głowami, ale to porównanie już było... inne jednak trudno mi znaleźć:)
Warto pamiętać, że sasanki nie są bylinami długowiecznymi. Co kilka lat trzeba je wykopać i podzielić na nowe rośliny. Ale z tego tylko korzyści - jeszcze więcej małych wczesnych wiosennych kwiatów w ogrodzie.
No to czekam na te puchate główki:)

26 kwietnia 2013

Natura buzuje, czyli co kwitnie wiosną

Wiele rzeczy ostatnio tak szybko się dzieje, że czuję się momentami jak w kołowrotku. Nawet w ogrodzie nie mam spokoju, bo wszystko w takim tempie rośnie i się rozwija, że zaskakuje co najmniej kilka razy na dobę. Kilka dni temu robiłam zdjęcia z myślą o blogu, ale nie dałam rady zasiąść przy komputerze i napisać o wiosennych radościach, a tu już zdjęcia się niemal zdezaktualizowały, bo rośliny już wyglądają inaczej, są większe, bardziej dorodne, niektóre biorą się już za kwitnienie (kaliny, piwonie mają już pączki, tawuła szara, porzeczka żółta, poziomki, dąbrówki rozłogowe), inne przekwitły (krokusy, szafirki, kalina bodnantska).
Oto zatem krótki przegląd, co się dzieje wiosna w ogrodzie moim i ogrodzie zaprzyjaźnionym, który przechodzi małą rewolucję (pozdrowienia dla pracujących ciężko).
 Zacznijmy od cebulicy. Są miejsca (często zaniedbane, jak skwerek przy mojej dawnej klatce w bloku), gdzie czuje się doskonale i co wiosnę raczy nas swym błękitem, coraz obfitszym z roku na rok.
To roślina cebulowa (jak sama nazwa wskazuje:). Odmian jest mnóstwo, ale mnie najbardziej urzeka cebulica syberyjska (Scilia sibirica). Gdy sie przeprowadzaliśmy, uszczknęłam kilka cebulek ze wspomnianego już skwerku pod blokiem, zasadziłam koło domu i już mam kilka swoich cebulic. Na zdjęciu powyżej to kępa w ogrodzie znajomych. Ale najpiękniej cebulice prezentują się przy jednym ze starych zabudowań w Jędrzychowie (Zielona Góra). Stary ceglany piękny dom, a przed nim łan błękitu. Coś pięknego. Jak zwykle za późno wybrałam się z aparatem, by to uchwycić. Już bowiem cebulice przekwitły:( przynajmniej u mnie.

Cudna jest też ułudka wiosenna (Omphalodes verna) o przepięknych niebieskich kwiatkach. Delikatniutkich jak mgiełka. Niezapominajki, które zresztą uwielbiam, wydaja się przy niej toporne i rubaszne. To kępiasta bylina stosowana czasem do zadarniania, ale na dobrą sprawę rzadko spotyka się ją w naszych ogrodach. W moim ja spotkacie wkrótce, jak wyproszę malutka sadzonkę u znajomej, bo wo sklepach czy szkółkach jeszcze jej nie widziałam. 

 Ale za to zaczynają się różowić i to coraz bardziej bergenie sercowate (Bergenia cordifolia). Wprawdzie mój mąż nazywa ją "kapustą" i nie jest jej przychylny, jednak jest ona niezawodna zarówno na miejsca cieniste, jak i słoneczne. Wystarczy jej to, ze ma wody pod dostatkiem. Jej liście zrobią ogród nawet w ziemie, gdy przybierają lekko bordowo-fioletowy odcień. A wiosna rozwijają się kwiaty: najpierw kule z małych kuleczek, a potem różowość bijąca po oczach w całej okazałości. Już się nie mogę doczekać na kwiaty w pełni.
 Magnolie zasługują na osobny wpis i taki planuję, jak tylko zrobię sobie obiecana wycieczkę fotograficzną na te piękne drzewa. Widziałam w ciągu ostatnich kilku dni na prawdę spore drzewa. Szczególnie pięknie teraz wygląda odm. magnolii gwiaździstej Stellata z białymi wielkimi kwiatami o płatkach falujących na delikatnym nawet podmuchu wiatru. Ale i magnolie Soulange'a nie są brzydsze, bynajmniej:) Ale na określenie odmiany się nie pokuszę, bo jest ich sporo, a nawet dużo. A przyznam, że chociaż co roku się nimi zachwycam, to jakoś nie urzekły mnie do tego stopnia, by ją posadzić w ogrodzie. Może dlatego, że stała się niemal powszechna, jak tuje, różaneczniki i wrzosy. W dodatku teraz władze miasta postanowiły wrócić do podobno tradycji, ze w Zielonej Górze było kiedyś mnóstwo magnolii i sadzą, gdzie się da. Jak rozmawiałam ze znawcami tematu, to stwierdzili, że magnoliowa tradycja naszego miasta to podanie ustne, bo żadne dokumenty, kartki pocztowe czy zdjęcia tego nie potwierdzają. Stąd magnolia jakaś oklepana mi się wydaje.
 A z kolei na myśli o narcyzach przed oczami widzę ogród przy starym domu, w którym kiedyś mieszkałam. Ciemny był jak licho. Rosła tam piękna różowa piwonia, trochę żółtych irysów bródkowych (jakim cudem dawały tam radę, nie mam pojęcia), parzydło przy furtce, a w najdalszym rogu panował słonecznik szorstki. I tak między tym wszystkim było zawsze kilka kępek narcyzów. Takich własnie żółtych, ale były i białe z pomarańczowym krótkim kołnierzykiem w środku. Odmian podobno jest 10 tys.
 Żółtym wiosnę wita też omieg wschodni (Doronicum orientale). Delikatne kwiaty jak stokrotki, tylko że calutkie żółciutkie. Po kwitnieniu liście zamierają i czekają na kolejną wiosnę. Warto więc posadzić go za jakimiś innymi roślinami, by badylki nie straszyły, a odwiedzający nas znajomi nie myśleli, że zapuściliśmy ogród, zaniedbaliśmy rośliny czy jeszcze coś innego, gorszego.

 A na balkonie, gdzie wystawiłam sadzonki różności moich, zakwitła werbena patagońska. Już mam mały zagajnik. Wkrótce przesadzanie do gruntu.
 A teraz zagadka: co to za roślina na zdjęciu poniżej. Znajoma ma ich pełno pod orzechem włoskim, który, jak wiadomo, nie jest przyjazny innym, szczególnie małym. A te żółte kwiatki sobie radzą. A dzisiaj odkryłam taki sam na rabacie przed domem. Ja go tam nie sadziłam. Więc skąd się wziął?
 

Zajrzyj również tutaj:

Naturalny ogród dla wszystkich

Ogrody naturalne to miejsca przyjazne nam ludziom. A jeśli są rzeczywiście przyjazne nam, to i innym stworzeniom. Niestety trudno za przyja...