Załamałam się ostatnio. Z ogrodniczego powodu. Bo u mnie warzywa rosnąć nie chcą. No nie chcą. Kwiaty i krzewy jak oszalałe, a warzywa nie. A uwielbiam warzywniaki, ale jeszcze bardziej warzywniki. Zakochałam się w jednym takim, mojej klientki. Starsza pani sama go oporządza od lat. Wypielęgnowany, z różnościami wszelakimi, tyle ich, że przechadza się między grządkami i można tu skubnąć groszek słodki, a tam truskaweczkę, a tam listek sałaty czy mięty. Przy okazji popatrzeć na ogórki, pomidorki, kalarepki. No cudo.
Dwa dni temu dotarłam wreszcie na działkę znajomej. Opowiadała o niej sporo, plony pokazywała często. Teraz miałam okazję pojechać tam i na własne oczy przekonać się, że choć trochę dzika ta działka, to wysiane rukole, kalarepy, jarmuże, marchewki, pietruszki, groszki, boby i wszelkie takie, idą jak szalone. Ani ślimak nie zje, ani mszyca nie obsiada. No i dostałam sadzonki kalarepek, jarmużu, kolendry, a rukoli nazrywałam w kapelusz Marty, bo tylko takie naczynie miałam pod ręką. Posadziłam te sadzonki, może chociaż to urośnie?
A wczoraj sąsiadka późnym wieczorem w kaloszach i kusej ogrodniczej kiecce wręczyła mi pęk świeżej pachnącej i przepysznej rzodkiewki. - Idą jak oszalałe i choć ciasno tam, bo nie przerywałam, wszystkie mają dorodne kulki - stwierdziła wręczając mi czarowny bukiet. Bo obiecała, że jak wyjdą, to się podzieli. No i udały się.
A u mnie? Nawet mi się pisać nie chce. Tylko po głowie zaczyna się plątać myśl - karczuję połowę ogrodu i robię warzywnik. Dobry pomysł? Hmmm, trochę tego karczowania by było...
Chociaż poziomki jakieś się pojawiły :)
A może jednak warzywnik... W końcu wprawę mam coraz większą. Po
przedszkolnym zrobiliśmy też nieduży przydomowy. O taki:

Może by mi taki wystarczył ...