Ogród ma właściwości lecznicze, zdolność poprawiania nastroju, koncentracji, sprzyja dobremu samopoczuciu. Wystarczy pozbierać owoce czy warzywa, przekopać czasem grządkę, pogrzebać w ziemi. Naukowcy udowodnili, że nawet samo przebywanie w ogrodzie powoduje uwalnianie do mózgu dopaminy.
O hortiterapii, coraz głośniej również w Polsce. Nadal trochę za mało. Warto pomyśleć, jak można to zmienić zaczynając od swojego balkonu, parapetu czy ogródka.
Gdy za oknem zalegają śniegi i na dodatek z nieba cały czas biały puch leci, robię więc plan działań na ten rok, by nie był to tylko rok korzystny dla mnie.
Aby do zadania zabrać się w dobrym humorze, a w ogrodzie pogrzebać trudno, ratuję się innymi sposobami.
Oto moja codzienna lista do zrobienia (oprócz oczywiście długiej listy innych spraw):
- ubierz co najmniej jedną bardzo kolorową rzecz
- przeczytaj dobrą historię (krótka też może być dobra)
- potańcz trochę
- dużo się śmiej
- śpiewaj, nuć, pogwizduj
- oddychaj głęboko
- idź na spacer
- zrób coś kreatywnego
- ciesz się z małych rzeczy
Dobra, przyznaję, nie wszystko udaje mi się codziennie spełnić, ale staram się. I pomaga:)
19 lutego 2013
12 lutego 2013
Natura wie, co dla nas najlepsze
Ględzę o wiośnie od dłuższego czasu. A dzisiaj... znów zrobiło się biało. Uświadomiłam sobie, że natura daje mi czas. Czas na odpoczynek, zregenerowanie sił i przygotowanie się do wiosny, nowych działań. By nie zwariować od tempa. Bom jeszcze nie gotowa. Zbieram siły. Polecam każdemu pogapienie się przez okno na wirujące płatki śniegu, na które nie mamy najmniejszego wpływu. Bo i po co.
11 lutego 2013
Cierpliwość - rzecz nabyta
Uczę się cierpliwości, bo takiej cechy nie mam, niestety, a przydaje się chociażby w ogrodzie. Kilka dni temu, gdy się nieco ociepliło, poczułam wiosenny zew i już niecierpliwie zaczęłam porządkować ogród, rozgarniać osłony, cieszyć się młodymi listkami. Cieszyłam się bardzo z tego, że ta moja niecierpliwość została nagrodzona. A okazało się, że nie do końca. Teraz znowu jest mroźno. Młode listki pewnie ostro dostaną w kość, o ile w ogóle przetrwają. Martwię się też o niektóre rośliny, które podobnie, jak ja, nie mogły się doczekać do wiosny i teraz wystawiły się na działanie minusowych temperatur. Mogą całe zmarnieć.
Pewnych rzeczy jednak nie należy przyspieszać, by potem nie żałować. Albo nie biegać w przyspieszonym tempie po ogródku i przykrywać to, co się wcześniej ładnie poodsłaniało. Dlatego warto mieć pod ręką geowłókninę czy korę, albo nie usuwać całkowicie osłon, tylko w cieplejsze dni lekko odsłaniać, by potem móc szybko zareagować i opatulić na nowo.
Cierpliwości lekcja druga - sianie. Jak wspominałam, już zasiałam jednoroczne z długim kiełkowaniem: lobelię, szałwię, tunbergię. Wiem, że na ich wzejście będę musiała jeszcze trochę poczekać, ale codziennie sprawdzam, czy już już coś widać. Otóż nie widać i jeszcze przez dwa trzy tygodnie widać nic nie będzie - muszę się z tym pogodzić i wam to samo radzę. Tymczasem jednak można rozplanować, gdzie te jednoroczne posadzimy.
Zacznijmy od mojej ulubionej lobelii przylądkowej (Lobelia erinus). To wyjątkowo piękna i wdzięczna roślina jednoroczna. Pięknie wygląda w niemal wszystkich kompozycjach. Mi najbardziej podoba się w srebrzysto-fioletowych zestawieniach np. z szałwią lekarską, bakopą o fioletowych kwiatkach i lawendą.
Kwitnie od maja do października, a nawet pierwszych przymrozków. Na zdjęciu poniżej lobelia w listopadzie.

O ile kiełkuje bardzo powoli i trzeba ją już wysiewać w lutym, to później z małej sadzonki szybko rozrasta się do pokaźnej kępy o delikatnych pędach i mnóstwem jaskrawo niebieskich kwiatków. Zresztą kwiaty mogą być białe, fioletowe, różowe, ale i tak mi najbardziej odpowiada klasyczny błękit. Taki kolor rzadko trafia się wśród ogrodowych piękności.

Uwielbia słońce, ale i równomierne podlewanie. Gdy to się jej zapewni, ozdobi każdy słoneczny zakątek, donicę, skrzynkę balkonową na cały sezon. No i, co dla mnie jest ogromnym plusem - przyciągnie pszczoły oraz motyle.
Po pierwszym kwitnieniu warto ją przyciąć, wtedy zakwitnie ponownie ze wzmożona siłą.
Szałwię okazałą (Salvia splendens), a właściwie jej nasionka, kupiłam ze względu na fioletowy kolor kwiatów, które pasować będą do mojej "chłodnej" kolorystycznie rabaty w kącie ogrodu. Dotychczas nie miałam jej w swoim ogrodzie, bo jej, bardziej popularne czerwony siostrzyczki, jakoś do mnie nie przemawiały. Fiolet o wiele bardziej.
Szałwia to ładnie rozkrzewiająca się roślina do ok. 40 cm wysokości. Podobno jest łatwa w uprawie. Pewnie dlatego sadzi się ją często w zieleni miejskiej. Lubi przepuszczalne, ale żyzne podłoże. Najładniej wygląda w grupach i tak własnie zamierzam ją posadzić. M. in. już widzę oczami wyobraźni dużą białą drewniana skrzynię, która stoi przy tarasie, obsadzona fioletowym kwieciem. No i lubią ja pszczoły. Też ją lubię:)
A tunbergia (Thunbergia alata)? To będzie moje drugie do niej podejście. W ub. r. nawet nie wykiełkowała. Zobaczymy, czy tym razem mi się uda. Trzymajcie kciuki za nią i za moją cierpliwość, bym wcześniej nie zaczęła grzebać patyczkiem w ziemi w poszukiwaniu kiełkujących nasionek. Bo to też i się zdarza:)
Pewnych rzeczy jednak nie należy przyspieszać, by potem nie żałować. Albo nie biegać w przyspieszonym tempie po ogródku i przykrywać to, co się wcześniej ładnie poodsłaniało. Dlatego warto mieć pod ręką geowłókninę czy korę, albo nie usuwać całkowicie osłon, tylko w cieplejsze dni lekko odsłaniać, by potem móc szybko zareagować i opatulić na nowo.
Cierpliwości lekcja druga - sianie. Jak wspominałam, już zasiałam jednoroczne z długim kiełkowaniem: lobelię, szałwię, tunbergię. Wiem, że na ich wzejście będę musiała jeszcze trochę poczekać, ale codziennie sprawdzam, czy już już coś widać. Otóż nie widać i jeszcze przez dwa trzy tygodnie widać nic nie będzie - muszę się z tym pogodzić i wam to samo radzę. Tymczasem jednak można rozplanować, gdzie te jednoroczne posadzimy.
Zacznijmy od mojej ulubionej lobelii przylądkowej (Lobelia erinus). To wyjątkowo piękna i wdzięczna roślina jednoroczna. Pięknie wygląda w niemal wszystkich kompozycjach. Mi najbardziej podoba się w srebrzysto-fioletowych zestawieniach np. z szałwią lekarską, bakopą o fioletowych kwiatkach i lawendą.
Kwitnie od maja do października, a nawet pierwszych przymrozków. Na zdjęciu poniżej lobelia w listopadzie.
O ile kiełkuje bardzo powoli i trzeba ją już wysiewać w lutym, to później z małej sadzonki szybko rozrasta się do pokaźnej kępy o delikatnych pędach i mnóstwem jaskrawo niebieskich kwiatków. Zresztą kwiaty mogą być białe, fioletowe, różowe, ale i tak mi najbardziej odpowiada klasyczny błękit. Taki kolor rzadko trafia się wśród ogrodowych piękności.
Uwielbia słońce, ale i równomierne podlewanie. Gdy to się jej zapewni, ozdobi każdy słoneczny zakątek, donicę, skrzynkę balkonową na cały sezon. No i, co dla mnie jest ogromnym plusem - przyciągnie pszczoły oraz motyle.
Po pierwszym kwitnieniu warto ją przyciąć, wtedy zakwitnie ponownie ze wzmożona siłą.
Szałwię okazałą (Salvia splendens), a właściwie jej nasionka, kupiłam ze względu na fioletowy kolor kwiatów, które pasować będą do mojej "chłodnej" kolorystycznie rabaty w kącie ogrodu. Dotychczas nie miałam jej w swoim ogrodzie, bo jej, bardziej popularne czerwony siostrzyczki, jakoś do mnie nie przemawiały. Fiolet o wiele bardziej.
Szałwia to ładnie rozkrzewiająca się roślina do ok. 40 cm wysokości. Podobno jest łatwa w uprawie. Pewnie dlatego sadzi się ją często w zieleni miejskiej. Lubi przepuszczalne, ale żyzne podłoże. Najładniej wygląda w grupach i tak własnie zamierzam ją posadzić. M. in. już widzę oczami wyobraźni dużą białą drewniana skrzynię, która stoi przy tarasie, obsadzona fioletowym kwieciem. No i lubią ja pszczoły. Też ją lubię:)
A tunbergia (Thunbergia alata)? To będzie moje drugie do niej podejście. W ub. r. nawet nie wykiełkowała. Zobaczymy, czy tym razem mi się uda. Trzymajcie kciuki za nią i za moją cierpliwość, bym wcześniej nie zaczęła grzebać patyczkiem w ziemi w poszukiwaniu kiełkujących nasionek. Bo to też i się zdarza:)
08 lutego 2013
Ja tu wiosna wiosna, a gdzie indziej sypieeee!
Właśnie dostałam e-mail od przyjaciółki z serdecznymi pozdrowieniami. W załączniku to:
Czyli w Holm koło Hamburga jeszcze zima w pełni. Cudna, ale ja wolę oglądać ją już tylko na zdjęciach:)
Czyli w Holm koło Hamburga jeszcze zima w pełni. Cudna, ale ja wolę oglądać ją już tylko na zdjęciach:)
Nasionami zasypana
Mam nasion, mam sporo. Pokazywałam już. Ale przecież nasion nigdy za wiele, więc ilekroć jestem w jakimś sklepie, gdzie nieopatrznie, albo i opatrznie ktoś wystawił stojak z nasionkami, muszę się przy nim zatrzymać, no po prostu muszę. Stąd sterta nasionek u mnie rośnie.
Głównie to rośliny, które siać można już w lutym, o innych pomyśle później. Stąd m. in. lobelia, szałwia, mieszanka sałat, poziomki. Przy okazji są oczywiście i inne. Z tym, że pomyślę o nich później, nie zawsze się udaje. Bo jakże tu przejść obojętnie obok cudnych maków wschodnich, dzwonków irlandzkich czy rumianku. No bo i rumianek kupiłam.
Przy okazji chciałam polecić bardzo sympatyczne miejsce - sklep ogrodniczy przy ul. Stromej w Zielonej Górze (zjazd z ul. Sienkiewicza, równoległa do Morelowej). Niepozornie wciśnięty między budynki, w sumie w trakcie rozbudowy. Na podwórzu sporo krzewów, ale przede wszystkim urzekł mnie przemiły starszy pan, pewnie właściciel i ogromny, dosłownie, wybór nasion różnych warzyw i ziół. Wystarczy, że wspomnę o sześciu co najmniej odmianach bazylii, o stewii czy innych rarytasikach nie wspominając. Tam też kupiłam nasiona brokułów na kiełki:) Już je zalałam wodą.
No i przy wejściu zobaczyłam szereg doniczek z kiełkującymi już cebulkami. Jak się okazało nie były to narcyzy, jak myślałam, ale cebulka dymka zasadzona na szczypiorek. Można więc sobie kupić gotowca już z malutką zieleniną, albo samemu ją posadzić (bo obok trzy kosze pełne cebulek). Wybieram opcję drugą:)
Przy jednej babraninie w ziemi. Bo dzisiaj sieję:)
Głównie to rośliny, które siać można już w lutym, o innych pomyśle później. Stąd m. in. lobelia, szałwia, mieszanka sałat, poziomki. Przy okazji są oczywiście i inne. Z tym, że pomyślę o nich później, nie zawsze się udaje. Bo jakże tu przejść obojętnie obok cudnych maków wschodnich, dzwonków irlandzkich czy rumianku. No bo i rumianek kupiłam.
Przy okazji chciałam polecić bardzo sympatyczne miejsce - sklep ogrodniczy przy ul. Stromej w Zielonej Górze (zjazd z ul. Sienkiewicza, równoległa do Morelowej). Niepozornie wciśnięty między budynki, w sumie w trakcie rozbudowy. Na podwórzu sporo krzewów, ale przede wszystkim urzekł mnie przemiły starszy pan, pewnie właściciel i ogromny, dosłownie, wybór nasion różnych warzyw i ziół. Wystarczy, że wspomnę o sześciu co najmniej odmianach bazylii, o stewii czy innych rarytasikach nie wspominając. Tam też kupiłam nasiona brokułów na kiełki:) Już je zalałam wodą.
No i przy wejściu zobaczyłam szereg doniczek z kiełkującymi już cebulkami. Jak się okazało nie były to narcyzy, jak myślałam, ale cebulka dymka zasadzona na szczypiorek. Można więc sobie kupić gotowca już z malutką zieleniną, albo samemu ją posadzić (bo obok trzy kosze pełne cebulek). Wybieram opcję drugą:)
Przy jednej babraninie w ziemi. Bo dzisiaj sieję:)
07 lutego 2013
Dalia, królowa na nowo odkryta
Przeglądając zdjęcia ogrodu z minionego sezonu, natknęłam się na fotografie pięknych czerwonych pomponów kwitnących od późnego lata do pierwszych przymrozków - mowa o daliach (Dahlia), czy też georginiach od dawnej nazwy botanicznej kwiatów. Ilość odmian, a co za tym idzie kolorów, kształtów, wielkości kwiatów jest tak ogromna, że każdy znajdzie coś dla siebie. A jeśli poświęci się im choć odrobinę uwagi (podleje i czasem nawiezie), to cieszą w każdych niemal warunkach, również na balkonie czy tarasie.
Dobrze wyglądają w rustykalnych ogródkach, warzywniakach, ale i nowoczesnych kompozycjach np. z trawami.
Odkrywam je na nowo, bo, przyznaję, jakoś dotychczas serca do nich nie miałam. Owszem, zawsze były w przydomowym ogrodzie. Uprawiała je babcia, teraz uprawia mama. Sadzone niekoniecznie w części ozdobnej, ale przy warzywniaku, w kącie, po to, by były zawsze świeże kwiaty do wazonu czy na cmentarz.
Tak prezentowały się mamine dalie w ub. r. wciśnięte między zagajnik malinowy i trawiastą skarpę.
Jakoś nie przypominam sobie wielkich ceregieli z ich pielęgnacją. Jesienią wykopywane, wiosną wsadzane do ziemi i rosły. W razie katastrofy zawsze była ciocia - wielka wielbicielka dalii, której ogród zawsze pełen był różnorakich odmian dalii z kwitami pomponami, szpileczkami, pojedynczymi, pełnymi, ogromnymi jak talerz i malutkimi jak rączka dziecka. Pamiętam te ogromne bukiety, które zawsze mama dostawała od niej na urodziny we wrześniu.
Gdy już miałam swój ogródek, mama pytała, czy chcę georginie, ale nie byłam przekonana. A raczej przerażona nieco koniecznością pamiętania o wykopywaniu, sadzeniu, palikowaniu. Bo ja z tych leniwych jestem, co to nie lubią tego samego wykopywać i zakopywać, bo trzeba. Ja to mogę wykopywać i zakopywać z mojego "widzimisię".
Dostałam jednak kilka karp od znajomej, która też je dostała, ale już mnóstwo, od swojej znajomej. Nieświadoma ani koloru, ani wielkości roślin (bo różnić się mogą baaaardzo), posadziłam w dwóch przypadkowych miejscach i czekałam.
Wyrosły szybko, zawiązały pączki (podobno najlepiej ścinać główne pędy, gdy pojawią się pierwsze pąki, bo wtedy roślina się rozkrzewi i chociaż zakwitnie nieco później, kwiatów ma o wiele wiele więcej) i zakwitły. Mam piękne czerwone pomponiaste dalie. Nazwy odmiany nawet nie szukam, bo są ich dziesiątki, jak nie setki, a zresztą cały czas się krzyżują. Ale są piękne.
A dlaczego o nich piszę własnie teraz? Bo czas najwyższy sprawdzić, jak się mają wykopane z ziemi po pierwszych mrozach karpy. Czy nie zaatakowały ich szkodniki, jakieś zgnilizny, czy nie przeschły za bardzo (moje się nieco podsuszyły, więc spryskałam wodą). Warto je oczyścić i dokładnie im przyjrzeć. Można też je teraz rozmnożyć dzieląc karpy na mniejsze. Ważne, by każda miała po dwa, trzy oczka.
Kto ma słoneczny, ale chłodny parapet, może posadzić karpy do doniczek, wtedy szybciej zakwitną. Ja nie mam, więc moje musza poczekać na cieplejsze dni w kwietniu, by młodziutkim pędom nie zaszkodziły zbyt niskie temperatury.
Co warto wiedzieć o daliach?
- są bardzo żarłoczne i pięknie się odwdzięczą za kompost i nawóz przez cały okres wegetacji, a najlepiej kompost do dołka, a nawóz podczas kwitnienia.
- karpy nie lubią "stać" w wodzie, więc warto posadzić je na podsypanym z ziemi niedużym pagórku, ale nie lubią też suszy, wiec szczególnie latem trzeba je podlewać
- dużym okazom (niektóre sięgają 1,7 m) warto dać podpory już zanim przybiorą monumentalny rozmiar (teraz można te podpory przygotować:), bo łatwo się "przewracają"
- młode pędy są przysmakiem ślimaków, a z kolei później mogą je atakować mszyce.
Dobrze wyglądają w rustykalnych ogródkach, warzywniakach, ale i nowoczesnych kompozycjach np. z trawami.
Odkrywam je na nowo, bo, przyznaję, jakoś dotychczas serca do nich nie miałam. Owszem, zawsze były w przydomowym ogrodzie. Uprawiała je babcia, teraz uprawia mama. Sadzone niekoniecznie w części ozdobnej, ale przy warzywniaku, w kącie, po to, by były zawsze świeże kwiaty do wazonu czy na cmentarz.
Tak prezentowały się mamine dalie w ub. r. wciśnięte między zagajnik malinowy i trawiastą skarpę.
Jakoś nie przypominam sobie wielkich ceregieli z ich pielęgnacją. Jesienią wykopywane, wiosną wsadzane do ziemi i rosły. W razie katastrofy zawsze była ciocia - wielka wielbicielka dalii, której ogród zawsze pełen był różnorakich odmian dalii z kwitami pomponami, szpileczkami, pojedynczymi, pełnymi, ogromnymi jak talerz i malutkimi jak rączka dziecka. Pamiętam te ogromne bukiety, które zawsze mama dostawała od niej na urodziny we wrześniu.
Gdy już miałam swój ogródek, mama pytała, czy chcę georginie, ale nie byłam przekonana. A raczej przerażona nieco koniecznością pamiętania o wykopywaniu, sadzeniu, palikowaniu. Bo ja z tych leniwych jestem, co to nie lubią tego samego wykopywać i zakopywać, bo trzeba. Ja to mogę wykopywać i zakopywać z mojego "widzimisię".
Dostałam jednak kilka karp od znajomej, która też je dostała, ale już mnóstwo, od swojej znajomej. Nieświadoma ani koloru, ani wielkości roślin (bo różnić się mogą baaaardzo), posadziłam w dwóch przypadkowych miejscach i czekałam.
Wyrosły szybko, zawiązały pączki (podobno najlepiej ścinać główne pędy, gdy pojawią się pierwsze pąki, bo wtedy roślina się rozkrzewi i chociaż zakwitnie nieco później, kwiatów ma o wiele wiele więcej) i zakwitły. Mam piękne czerwone pomponiaste dalie. Nazwy odmiany nawet nie szukam, bo są ich dziesiątki, jak nie setki, a zresztą cały czas się krzyżują. Ale są piękne.
A dlaczego o nich piszę własnie teraz? Bo czas najwyższy sprawdzić, jak się mają wykopane z ziemi po pierwszych mrozach karpy. Czy nie zaatakowały ich szkodniki, jakieś zgnilizny, czy nie przeschły za bardzo (moje się nieco podsuszyły, więc spryskałam wodą). Warto je oczyścić i dokładnie im przyjrzeć. Można też je teraz rozmnożyć dzieląc karpy na mniejsze. Ważne, by każda miała po dwa, trzy oczka.
Kto ma słoneczny, ale chłodny parapet, może posadzić karpy do doniczek, wtedy szybciej zakwitną. Ja nie mam, więc moje musza poczekać na cieplejsze dni w kwietniu, by młodziutkim pędom nie zaszkodziły zbyt niskie temperatury.
Co warto wiedzieć o daliach?
- są bardzo żarłoczne i pięknie się odwdzięczą za kompost i nawóz przez cały okres wegetacji, a najlepiej kompost do dołka, a nawóz podczas kwitnienia.
- karpy nie lubią "stać" w wodzie, więc warto posadzić je na podsypanym z ziemi niedużym pagórku, ale nie lubią też suszy, wiec szczególnie latem trzeba je podlewać
- dużym okazom (niektóre sięgają 1,7 m) warto dać podpory już zanim przybiorą monumentalny rozmiar (teraz można te podpory przygotować:), bo łatwo się "przewracają"
- młode pędy są przysmakiem ślimaków, a z kolei później mogą je atakować mszyce.
05 lutego 2013
Ziemia za paznokciami
Pracowałam bez rękawiczek, by poczuć wilgotność i strukturę ziemi, delikatność młodziutkich listków, które się już gdzieniegdzie pokazały, by nacieszyć się tym grzebaniem i przycinaniem. Ogłaszam wszem i wobec, że pierwszy dzień przedwiosennych porządków w ogrodzie za mną.
Było cudnie: słoneczko, lekki wietrzyk, śpiewające ptaki. A ja zbierałam suche liście, gałęzie, sprawdzałam stan okrycia, przyglądałam się pączkom i jak głupia cieszyłam się, że zawilce japońskie kiełkują, sasanki i angelica puszczają liście, bzy mają już pąki nabrzmiałe, rozchodniki już wypuściły swe srebrne pączusie błyszczące w słońcu kroplami wody, hortensja, która marna była przez dwa lata, wreszcie się ocknęła chyba, kozłek lekarski się pojawił, krwawnik się ładnie rozrósł. Już się nie mogę doczekać, kiedy jego terakotowe (bo to odmiana Terracotta) kwiaty znów zaczną przyciągać pszczoły i motyle.
A największą niespodziankę sprawiła mi werbena patagońska. Bo... przetrwała. niczym jej nie okrywałam. Z premedytacją skazałam na wymarznięcie. Po to przecież brałam szczepki, by się nie martwić o to, czy będę miała swe ulubione kwiaty w tym roku, czy nie. A ona sobie spokojnie przezimowała:)
No i tak chodziłam po rabatach i co chwilę pochylałam się nad jakimś wystającym z ziemi patyczkiem czy badylkiem, albo tylko miejscem, w którym rośnie coś, o czym tylko ja na razie wiem. Śmiałam się przy tym niemal na głos, podśpiewywałam witając z moimi roślinami.
Ale to nie wszytko. Bo i pracowałam. W końcu jakoś ta ziemia za paznokcie musiała się dostać.
A co robiłam? Przede wszystkim usuwałam suche badyle i liście bylin, których nie uprzątnęłam do końca jesienią. Odkryłam nieco spod kory m. in. szałwię błyszczącą i siewki ubiegłoroczne goździka brodatego, bo już dla nich za ciepło i zaczynały przegniwać.
No i zajęłam się trawami, czyli przycięłam je kilkanaście centymetrów nad ziemią. To najwyższy czas na to zadanie, bo już rozplenice, mozga, miskanty i spartyna już zaczęły wypuszczać młode liście, więc trzeba je przyciąć jak najszybciej, by potem z suchymi nie obcinać młodziutkich. Pracy było sporo, bo i traw trochę u mnie jest.
Przycięłam już budleję, (ok. 20-30 cm od ziemi, kwiaty zawiązują się na tegorocznych pędach, więc powinna się ładnie zagęścić i zakwitnąć).
A do przycinania jest jeszcze sporo innych rzeczy, ale resztę zostawiłam sobie na kolejne dni. Trzeba sobie dawkować przyjemności.
Zasłużyłam teraz na dobra kawę:)
Było cudnie: słoneczko, lekki wietrzyk, śpiewające ptaki. A ja zbierałam suche liście, gałęzie, sprawdzałam stan okrycia, przyglądałam się pączkom i jak głupia cieszyłam się, że zawilce japońskie kiełkują, sasanki i angelica puszczają liście, bzy mają już pąki nabrzmiałe, rozchodniki już wypuściły swe srebrne pączusie błyszczące w słońcu kroplami wody, hortensja, która marna była przez dwa lata, wreszcie się ocknęła chyba, kozłek lekarski się pojawił, krwawnik się ładnie rozrósł. Już się nie mogę doczekać, kiedy jego terakotowe (bo to odmiana Terracotta) kwiaty znów zaczną przyciągać pszczoły i motyle.
A największą niespodziankę sprawiła mi werbena patagońska. Bo... przetrwała. niczym jej nie okrywałam. Z premedytacją skazałam na wymarznięcie. Po to przecież brałam szczepki, by się nie martwić o to, czy będę miała swe ulubione kwiaty w tym roku, czy nie. A ona sobie spokojnie przezimowała:)
No i tak chodziłam po rabatach i co chwilę pochylałam się nad jakimś wystającym z ziemi patyczkiem czy badylkiem, albo tylko miejscem, w którym rośnie coś, o czym tylko ja na razie wiem. Śmiałam się przy tym niemal na głos, podśpiewywałam witając z moimi roślinami.
Ale to nie wszytko. Bo i pracowałam. W końcu jakoś ta ziemia za paznokcie musiała się dostać.
A co robiłam? Przede wszystkim usuwałam suche badyle i liście bylin, których nie uprzątnęłam do końca jesienią. Odkryłam nieco spod kory m. in. szałwię błyszczącą i siewki ubiegłoroczne goździka brodatego, bo już dla nich za ciepło i zaczynały przegniwać.
No i zajęłam się trawami, czyli przycięłam je kilkanaście centymetrów nad ziemią. To najwyższy czas na to zadanie, bo już rozplenice, mozga, miskanty i spartyna już zaczęły wypuszczać młode liście, więc trzeba je przyciąć jak najszybciej, by potem z suchymi nie obcinać młodziutkich. Pracy było sporo, bo i traw trochę u mnie jest.
Przycięłam już budleję, (ok. 20-30 cm od ziemi, kwiaty zawiązują się na tegorocznych pędach, więc powinna się ładnie zagęścić i zakwitnąć).
A do przycinania jest jeszcze sporo innych rzeczy, ale resztę zostawiłam sobie na kolejne dni. Trzeba sobie dawkować przyjemności.
Zasłużyłam teraz na dobra kawę:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Zajrzyj również tutaj:
Naturalny ogród dla wszystkich
Ogrody naturalne to miejsca przyjazne nam ludziom. A jeśli są rzeczywiście przyjazne nam, to i innym stworzeniom. Niestety trudno za przyja...
-
Często się zdarza, że wiosną i jesienią w naszych domach pojawiają się małe zielonkawe owady. Zwykle siedzą nieruchomo na firankach lub jasn...
-
Bracia postawili w ogrodzie szklarnię ze starych niepotrzebnych już okien. Pomysł stary niemal jak świat. Pamiętam takie szklarnie z dzieciń...
-
Potrzebne jest mocne cięcie. Z jednego krzewu prowadzimy zaledwie jedną, najwyżej dwa pędy, które będą owocować. Inne wycinamy w pień zostaw...
